Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Opinie

Jerzy Kowalski: Spółka – to ja

Jerzy Kowalski
tv.rp.pl
Państwo to ja – mawiał król Francji Ludwik XIV. Nie był wyjątkowy w tej ocenie. I przed nim, i po nim wielu zakochanych w sobie władców myślało i twierdziło podobnie. Ta w sumie zabawna – choć czasami i groźna tradycja – z biegiem lat upowszechniała się i popularyzowała w tzw. terenie.

Najpierw byle książątko aspirowało do roli podobnej monarchom. Potem gwałtowne społeczne przemiany czyniły pomazańcami bożymi magnatów pieniądza tego świata. W naszym wschodnioeuropejskim grajdołku bywały pięciolatki, gdy dyrektor przedsiębiorstwa państwowego uważał się za jego oczywistego właściciela. Dlatego mógł zawsze liczyć na to, że dostanie za darmo cement, zbrojenia i dachówki z państwowej firmy na budowę prywatnej daczy, że jego robotnicy wyasfaltują mu brakujący kilometr leśnej drogi, zadbają o ogródek i eleganckie ogrodzenie. O samochodzie i benzynie na codzienne rodzinne potrzeby to nawet nie warto mówić. Wszystko co państwowe było w zasięgu ręki. Gwoli prawdy, przydawało się jeszcze instancyjne wsparcie organizacji dzielnicowej, czy powiatowej. I przyszedł wielki – by nie rzec największy – przełom. Zmieniło się prawie wszystko. Dlaczego prawie – ktoś zapyta. Ano dlatego, że są sprawy, których już z pewnością być nie powinno.

Przekonali się o tym gdańscy sędziowie, którzy rozstrzygali sprawę jakby z mroków przeszłości. Tak jakby kodeks spółek handlowych nigdy nie objawił się na zakręcie historii. Oto pewna spółka zainwestowała swoje „spółkowe" pieniądze w remont i modernizację mieszkania, jego umeblowanie, wyposażenie w sprzęt agd, rtv. Specjalnie zamówiła też projektanta. Na to wszystko poszło sporo pieniędzy z kasy firmowej. I tu niepodziana. Lokal nie miał służyć celom gospodarczym, czy handlowym. Miał w nim zamieszkać sam prezes ze swoją konkubiną i wspólnym dzieckiem. Gdy związek się rozpadł, spółka przed sądem zażądała od wyposażonej przez siebie konkubiny zwrotu zainwestowanych finansów. Kobieta jednak nie oddała ani pieniędzy, ani sprzętu, a sąd uznał, że nie można żądać zwrotu świadczenia nienależnego, jeżeli jego spełnienie czyni zadość zasadom współżycia społecznego (konieczność wychowania i alimentacji dziecka).

I tak zakręciło się ponownie koło historii. Nie pomógł nawet kodeks spółek handlowych a prezes (i jego konkubina) pokazał, że spółka to ja. Tak ja ten monarcha z Wersalu.

Więcej szczegółów w tekście Mateusza Adamskiego „Spółka czasami odpowiada za prywatne życie prezesa".

Zapraszam do lektury także innych artykułów w najnowszym numerze „Prawo w Biznesie".

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL