Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Mieszczańskie kino Kieślowskiego

Fotorzepa, Robert Gardziński
Według zestawienia portalu Metacritic „Trzy kolory. Czerwony" Krzysztofa Kieœlowskiego to drugi najlepszy film w historii kina.

Ani pokręcona metodyka tego rankingu, ani nawet oryginalne towarzystwo, w jakim występuje tu obraz Kieœlowskiego (pierwsze miejsce zajšł „Boyhood" Richarda Linklatera), nie powstrzymały fali patriotycznego wzmożenia. W końcu mamy to, już nie musimy się uważać za obywateli kulturalnego Trzeciego Œwiata! Grzejmy się w czerwonym blasku poœmiertnego triumfu Wielkiego Reżysera.

Ostatni film Kieœlowskiego to rzeczywiœcie przykład doskonałego kina. A konkretnie kina doskonale mieszczańskiego – o wypolerowanej do błysku formie i treœci, która nachalnie sugeruje tkwišcš w niej głębię. Stężenie kieœlowszczyzny – metafizycznoœci wprowadzanej do fabuły przez niekończšce się zbiegi okolicznoœci, efekty motyla, tajemnicze pokrewieństwo losów bohaterów – przekracza w „Czerwonym" dopuszczalnš normę. To kino, które doskonale ilustruje napisana przez Zbigniewa Preisnera muzyka; najprostsze z możliwych rozwišzania harmoniczne zaaranżowane sš tu tak, jakby kompozytor dokonywał właœnie stworzenia nowego muzycznego œwiata. Proœciutkie melodie tonš w niekończšcych się pogłosach, smyczki powtarzajšce w kółko ten sam motyw tnš z takim zapałem, jakby wykonywały co najmniej V symfonię Beethovena.

A przecież Kieœlowski to wcišż jeden z najważniejszych polskich reżyserów, być może najwybitniejszy dokumentalista w historii polskiego kina. Za pomocš prostych œrodków potrafił tworzyć skromne arcydzieła. Intuicyjnie czuł, kiedy i kogo warto podpatrywać. W „Z punktu widzenia nocnego portiera" pokazywał Ÿródła totalitaryzmu, tym wyraŸniej widoczne, w im mniejszej skali się je obserwuje. Wystarczyło, że w „Gadajšcych głowach" zadał kilkudziesięciu osobom te same, proste pytania, „kim jesteœ, o czym marzysz?", by na podstawie nakręconych odpowiedzi skonstruować opowieœć o naturze człowieka. To właœnie w decyzji Kieœlowskiego o odejœciu od kina dokumentalnego trzeba szukać Ÿródeł napuszenia i przeestetyzowania jego póŸnych filmów.

„Kilka razy udało mi się sfotografować prawdziwš łzę. To zupełnie co innego. Ale teraz mam glicerynę. Mogę jš wkropić do oczu i aktorka będzie płakać. Boję się prawdziwych łez, nie wiem, czy mam prawo je fotografować. Czuję się jak człowiek, który się dostaje w sfery właœciwie zakazane. A to jest główny powód mojej ucieczki od filmu dokumentalnego". Trudno ocenić, ile w tych słowach reżysera etycznego odruchu, a ile lęku przed tym, co realne – nagie i bezbronne. Tak czy inaczej Kieœlowski jednak wstrzymał rękę, wyznaczył sobie granice, zaczšł kierować się lękiem, że pokaże za dużo, dotrze zbyt daleko. W ten sposób zaczšł stawać się mieszczaninem – tym, który nade wszystko ceni sobie spokój ducha. Ten gest odcisnšł piętno na jego fabularnych filmach.

Trudne pytania? Mieszczanin chętnie ich posłucha, ale niech nikt nie próbuje go zmuszać do udzielania odpowiedzi. Metafizyka? Bardzo proszę, ale koniecznie ładnie opakowana. Wszystko w odpowiednich proporcjach, w końcu chodzi o to, żeby przyjemnie spędzić w kinie dwie godziny, „zetknšć się z kulturš wysokš" i wrócić do swojego bezpiecznego życia.

I tak Kieœlowski stał się reżyserem letnich temperatur. Bo przecież nie chodzi tylko o zmianę rzemiosła z dokumentu na fabułę. Fikcja może być bardziej realna od zapisu prawdziwego życia, destylować przeżycia, niepokoić. Ale Kieœlowski-metafizyk zatrzymał się na stwierdzeniu, że istnieje jakiœ porzšdek, który nie jest widoczny na pierwszy rzut oka, a nasze życie ma być może głębszy sens. To za mało, żeby kręcić filmy naprawdę, a nie tylko z pozoru głębokie. Ale na uznanie krytyków i wysokie miejsca w rankingach „filmów wszech czasów" w zupełnoœci wystarczy.

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL