Plus Minus

Ten, który was podzieli

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Amerykańskie media ujawniły reklamy z czasu kampanii prezydenckiej, za których promowanie w mediach społecznościowych płacili Rosjanie. Są one zaskakujące.

Jedna przedstawia mocujących się diabła i Jezusa. Szatan mówi: „Jeśli ja wygram, to wygra Clinton". Jezus odpowiada: „Nie, jeśli ja mogę pomóc". A podpis głosi: „Zalajkuj ten post, jeśli chcesz, aby Jezus wygrał". Inny z postów przedstawia przekreśloną twarz Donalda Trumpa i podpis: „Nie mój prezydent". A obok wezwanie do udziału w wiecu przeciwników amerykańskiego miliardera. Na innym wpisie widać upamiętnienie policjantów zabitych w odwecie za śmierć czarnoskórych Amerykanów zastrzelonych przez funkcjonariuszy. Na kolejnym wezwanie mieszkańców Teksasu do odłączenia się od USA. I tak dalej...

Żadnej finezji, żadnego wysublimowania. Proste przekazy, hasła i wezwania. Nie wszystkie nawet dotyczą polityki. I wcale nie mają na celu wspieranie jednego kandydata. Paradoksalnie, niekiedy Rosjanie finansowali na Facebooku zaproszenia na dwie przeciwstawne imprezy – tak choćby było w przypadku napięć na tle rasistowskim. Cel był więc zupełnie klarowny: doprowadzić do podziału amerykańskiego społeczeństwa, przyczynić się do jeszcze większej polaryzacji, jeszcze mocniej rozgrzać emocje.

Parę dni temu z kolei amerykańskie media ujawniły, że dwie popularne podczas zeszłorocznej kampanii blogerki (jedna miała aż 70 tys. fanów na Twitterze) nigdy nie istniały. Ich konta, podobnie jak kilka tysięcy innych, zostały ostatnio zablokowane, gdy okazało się, że były prowadzone przez Agencję Badań Internetowych, czyli powiązaną z Kremlem fabrykę trolli buszujących w mediach społecznościowych. Co ciekawe, oba konta były popularne po prawej stronie ze względu na wyrazistość, krytykę amerykańskiego lewactwa czy ostre antyimigranckie wystąpienia. Podgrzewały polityczne emocje, polaryzowały amerykańskie społeczeństwo przed wyborami.

Czy dotyczy to wyłącznie Amerykanów? Oczywiście, że nie. Od kilku lat temperatura sporu politycznego w Polsce również rośnie. Wielu mądrych komentatorów, szczególnie z prawej strony, chwali to zjawisko, bo duża polaryzacja wynika z tego, że wreszcie spluralizowała się debata publiczna. Mainstream stracił monopol – przekonują – więc wreszcie Polacy mogą mówić, co myślą. Z jednej strony to prawda, pluralizm jest wartością. Prawdziwa demokracja jest możliwa tylko wtedy, gdy mamy do czynienia z różnymi punktami widzenia, gdy są różne opcje wyboru.

Z drugiej warto się zastanowić, dlaczego Rosjanom zależy na wzmacnianiu wewnętrznych konfliktów. Według Biblii jedność jest dana od Boga. Diabeł zaś to ten, który nas dzieli. W demokracji podział i konflikt są czymś innym niż w Kościele. Nie ma demokracji bez podziałów. W czym więc problem? Zbyt duża temperatura sporów, zbytnie rozhuśtanie nastrojów sprawiają, że społeczeństwo staje się bardziej podatne na manipulacje i wojnę informacyjną. Ale jest i poważniejszy problem: zbytnia polaryzacja rozbija wspólnotę. Owszem, spieramy się w demokracji o różne sprawy, ale jeśli przedmiotem sporu staje się wszystko, gdy wszystko nas dzieli, nagle przestajemy być wspólnotą, bo nie ma nic, co by sprawiało, że chcemy być razem. Nic nas już nie łączy.

Zgadzam się, że zbyt często w naszej debacie używa się argumentu, iż coś jest na rękę Rosji. Obrzucają się nim obie strony sporu. Sęk w tym, że skoro Rosjanom zależało na tym, by tak mocno podzielić Amerykanów, zależy im też na tym, by i wśród Polaków spór był coraz gorętszy. I z pewnością Rosjanie się cieszą, że dużą część tej roboty odwalamy bez ich pomocy.

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL