Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Opinie

Andrzej Rzońca: Osłabienie koniunktury w Polsce będzie oznaczało recesję

Andrzej Rzońca
Fotorzepa/Piotr Nowak
Przy następnym osłabieniu koniunktury Polska nie uniknie recesji. I nie jest to scenariusz ostrzegawczy, ale podstawowy – pisze ekonomista.

Polska gospodarka roœnie nieprzerwanie od 1991 r. Poza rokiem 1997 i 2007 nie notowała co prawda spektakularnego tempa wzrostu, ale dzięki temu, że ani razu nie doœwiadczyła recesji, była nie tylko regionalnym, ale nawet globalnym tygrysem gospodarczym. Od 1991 r. PKB liczony na mieszkańca zwiększył się u nas niewiele mniej niż w Korei Południowej, a bardziej niż w Chile.

Lukę w stosunku do Niemiec ograniczyliœmy do poziomu, który w naszej historii występował tylko raz: bezpoœrednio po drugiej wojnie œwiatowej, kiedy i Niemcy, i Polska były w ruinie, a granice naszego kraju przesunęły się na zachód.

Rosnšc w tych okresach, kiedy w innych krajach przejœciowe osłabienie koniunktury powodowało cykliczne kurczenie się gospodarki, w 25 lat praktycznie nadrobiliœmy dystans, który powstał na skutek 45 lat socjalizmu. Ale przy następnym osłabieniu koniunktury Polska nie będzie zielonš wyspš. Nie jest to wyłšcznie scenariusz ostrzegawczy o niewielkim ryzyku spełnienia. Na dzisiaj to scenariusz podstawowy.

Dlaczego tym razem będzie inaczej

Gdyby na podstawie naszych polskich doœwiadczeń mechanicznie szacować ryzyko spełnienia tego scenariusza, to rzeczywiœcie byłoby niewielkie: sięgałoby ledwie 5 proc. w horyzoncie dwóch lat. Ale tym razem przeszłoœć się nie powtórzy – z trzech powodów

Po pierwsze, wyraŸnie słabnie potencjał polskiej gospodarki, czyli ta częœć jej wzrostu, która odzwierciedla jej fundamenty, a nie cykliczne wahania koniunktury. Przed globalnym kryzysem finansowym w 2008 roku to równowagowe tempo wzrostu szacowano na 4,5 proc. Kryzys odjšł od niego około 1 pkt proc. Od tego roku zacznie je obniżać demografia (czyli zmniejszanie się liczby osób w wieku produkcyjnym), która wczeœniej je wspierała. Ten negatywny wpływ nie zniknie nawet jeœli rzšdzšcy zrezygnujš z obniżenia wieku emerytalnego.

Według ostatnich szacunków NBP równowagowe tempo wzrostu spadło już poniżej 3 proc., a za chwilę może się okazać, że i te dane sš zawyżone. Swoje odejmie niepewnoœć wywołana „dobrš zmianš", bo uderza w inwestycje. Od dwóch kwartałów przedsiębiorstwa je tnš, choć przez dziesięć poprzednich kwartałów zwiększały je w dwucyfrowym tempie, a bez inwestycji nie da się podnieœć zdolnoœci wytwórczych w gospodarce.

Żeby zdać sobie sprawę, że słabnięcie potencjału polskiej gospodarki, przed którym ostrzegały takie organizacje międzynarodowe, jak Komisja Europejska, MFW czy OECD, a w kraju Forum Odpowiedzialnego Rozwoju (FOR), postępuje i to być może nawet szybciej, niż wynikało z tych ostrzeżeń. Wystarczy rzut oka na bieżšce dane.

PiS odziedziczył gospodarkę blisko szczytu koniunktury. Bezrobocie czy odsetek zwalnianych pracowników jeszcze nigdy nie były tak niskie, a liczba pracujšcych – tak wysoka. Fundusz płac w przedsiębiorstwach roœnie realnie niemal w dwucyfrowym tempie, a odsetek rentownych firm, w tym o bardzo wysokich zyskach, bije kolejne rekordy. Niby mamy boom, ale wzrost PKB słabnie z 4,3 proc. w IV kwartale ubiegłego roku do zaledwie 3 proc. w I półroczu bieżšcego. Dla porównania, w poprzednim okresie boomu, tj. w pierwszym kwartale 2007 roku, wzrost zbliżył się do 8 proc. Z kolei w drugim półroczu 2011 roku, choć nie było boomu, wzrost przekroczył 5 proc. Dzisiaj o 8-proc. tempie wzrostu nikt nawet nie marzy. Granica marzeń przesunęła się o około 3 pkt proc. w dół.

Po drugie, automatyczny amortyzator wahań koniunktury, którym jest płynny kurs złotego, nie zadziała tak sprawnie jak w przeszłoœci. Jesteœmy blisko szczytu koniunktury, a kurs złotego jest bardzo słaby, w zestawieniu z szacunkami kursu równowagi nawet najsłabszy w historii. Oczywiœcie szacunki te sš wrażliwe na zmiany potencjału polskiej gospodarki i jej partnerów handlowych. Ale zastšpienie ich przez deklaracje przedsiębiorców ankietowanych przez NBP na temat progowego kursu opłacalnoœci eksportu nie zmienia istotnie oceny.

W takim zestawieniu tylko dwa razy w historii zloty był słabszy niż teraz: na przełomie lat 2008 i 2009, a więc w najostrzejszej fazie globalnego kryzysu finansowego, oraz lat 2011 i 2012, czyli w czasie kryzysu zadłużeniowego w strefie euro. Skoro bieżšcy kurs jest słaby, to jego dalsze osłabienie w razie pogorszenia koniunktury – inaczej niż w przeszłoœci – niewiele pomoże eksporterom.

Dzisiaj odsetek nieopłacalnego eksportu jest rekordowo niski: ledwie przekracza 1 proc. Dla porównania, w połowie 2008 roku, czyli bezpoœrednio przed pogorszeniem koniunktury, które osłabienie złotego najskuteczniej złagodziło, przekraczał on 11 proc.

Dalsze osłabienie złotego może natomiast wpędzić w kłopoty nieeksporterów. Już teraz udział importu zaopatrzeniowego w kosztach przedsiębiorstw sięga prawie 37 proc., najwięcej w historii, i o 5 pkt proc. przekracza wieloletniš œredniš. Jednoczeœnie importerzy majš niewielkie możliwoœci nieprzerzucania na odbiorców wzrostu kosztów importu, bo sš bliscy progu opłacalnoœci, w szczególnoœci jeœli płacš za import w dolarach. Więcej też kosztuje spłata zadłużenia w walutach obcych.

Jest znamienne, że od dwóch kwartałów przedsiębiorcy wskazujš kurs złotego jako najistotniejszš barierę rozwoju, poważniejszš nawet niż niepewnoœć, którš sytuujš na drugim miejscu.

Po trzecie, koła ratunkowego nie rzucš koniunkturze ani bank centralny, nie rzšdzšcy. Stopa referencyjna NBP wynosi zaledwie 1,5 proc. – najmniej w historii. Nawet gdyby RPP obniżyła jš do zera, to skala tej redukcji byłaby mniej więcej dwukrotnie mniejsza niż w odpowiedzi na spowolnienie wzrostu w latach 2008–2009 i 2012–2013.

Uporczywa mizeria wzrostu na Zachodzie od 2009 roku i w Japonii od 1991 roku, niewidziana tam po drugiej wojnie œwiatowej, wskazuje zarazem, że stopy procentowe bliskie zera bardziej osłabiajš fundamenty gospodarki, niż pobudzajš koniunkturę. Pozwalajš bowiem utrzymać się na rynku słabym firmom (odsetki od nawet bardzo dużego długu sš wtedy niewielkie), a tym samym hamujš ekspansję tych bardziej wydajnych.

W większoœci krajów na Zachodzie, pomimo największego kryzysu od lat 30. XX wieku, odsetek bankructw bije kolejne historyczne minima. Ale jednoczeœnie rekordowo rzadkie jest też rozpoczynanie działalnoœci.

Nawet gdyby stopy procentowe bliskie zera nie osłabiały fundamentów, to NBP będzie musiał być bardzo wstrzemięŸliwy z obniżkami, żeby uniknšć załamania kursu złotego, który już wyjœciowo jest słaby. O ile bank centralny ma mniej amunicji niż w przeszłoœci, o tyle rzšdzšcy strzelajš w niewłaœciwš stronę. Zwiększajš na kredyt wydatki publiczne (vide program 500+) w okresie dobrej koniunktury, w rezultacie czego będš musieli je cišć, kiedy koniunktura się pogorszy.

Dług publiczny ma w tym roku przekroczyć 52 proc. PKB, a za sprawš słabego złotego (który podnosi wartoœć w złotych zadłużenia w walutach obcych) może to być jeszcze więcej. Dla porównania, przed spowolnieniem wzrostu z lat 2008–2009 dług wynosił 44 proc. PKB. Przy takim jego poziomie wystarczy rok złej koniunktury, a otrze się on o konstytucyjnš granicę 60 proc. PKB. Deficyt wynoszšcy w okresie dobrej koniunktury blisko 3 proc. PKB zwiększy się zapewne do co najmniej 5 proc. PKB i tyle doda do długu.

Swoje dołoży osłabienie złotego – w 2008 roku dodało 2 proc. PKB, w 2011 roku 1,8 proc. PKB. Przychody z prywatyzacji nie odejmš nic, bo jej nie ma. Trochę odejmie inflacja, o ile się pojawi, ale tylko jeœli przeważy nad skalš realnego spadku PKB; realnie liczšc, będš to ułamki procentu.

Żeby w kolejnym roku dług nie przekroczył konstytucyjnej granicy 60 proc. PKB, rzšdzšcy będš musieli zredukować deficyt budżetu o kilka procent PKB i liczyć, że złoty zacznie odrabiać straty. Każdy procent PKB to około 19 mld (niewiele mniej, niż kosztuje program 500+), a łatwych politycznie oszczędnoœci w budżecie nie ma.

Transfery do OFE praktycznie nie istniejš (skšdinšd sięgnięcie po nie okazało się mieć wysokš politycznš cenę). Żadnych oszczędnoœci nie wyciœnie się z centralizacji zarzšdzania płynnoœciš, bo przeprowadzili jš już poprzednicy. Koszty obsługi długu, które za sprawš stóp procentowych szorujšcych po dnie spadły z 2,7 proc. PKB w 2012 roku do 1,7 proc. PKB w bieżšcym, wzrosnš na skutek osłabienia złotego.

Rzšdzšcym będzie więc niezmiernie trudno ograniczyć deficyt w wymaganej skali, a pewnie też nie będš się do tego palić, skoro usiłujš budować swojš pozycję na rozdawnictwie. Ale zwlekanie spotęguje ich problemy. Jeœli nie będš respektować konstytucyjnej granicy zadłużenia, to podskoczy premia za ryzyko żšdana od nich przez wierzycieli, a w œlad za niš koszty obsługi długu.

Przede wszystkim jednak pogorszy się sytuacja dochodowa budżetu, a tym samym powiększy skala cięć w wydatkach publicznych potrzebna do zatrzymania narastania długu, bo pogłębi się dekoniunktura. Kto będzie chciał rozwijać działalnoœć, nie wiedzšc, na kogo, kiedy i w jakiej skali spadnie ciężar zasypania dziury w budżecie?

Kiedy przyjdzie recesja

Pogorszenie koniunktury, które u nas wywoła pierwszš recesję od ponad ćwierć wieku, przyjdzie do nas, jak wszystkie poprzednie, z zagranicy. Polska jest gospodarkš otwartš, silnie powišzanš przede wszystkim z krajami wysoko rozwiniętymi, zwłaszcza ze strefš euro. Bieżšce prognozy nie wskazujš, aby miało tam nastšpić wyraŸne spowolnienie wzrostu w nadchodzšcych dwóch latach. To jednak nie powinno uspokajać rzšdzšcych.

Z jednej strony ekonomiœci nie potrafiš trafnie prognozować pogorszenia koniunktury. Nawet w Stanach Zjednoczonych, które przycišgajš najlepszych z nich, nie udało się przewidzieć dosłownie żadnej z powojennych recesji. Z drugiej strony koniunktura w strefie euro jest uzależniona od tego, co będzie się działo na œwiecie, w szczególnoœci w USA. Jeœli do 2019 roku w Stanach Zjednoczonych nie wystšpi recesja, będzie to najdłuższy okres nieprzerwanego (choć mizernego) wzrostu w tym kraju po drugiej wojnie œwiatowej. Scenariusz taki jest oczywiœcie możliwy, ale czy najbardziej prawdopodobny?

Tak być nie musi

Polska ma więc jeszcze czas, aby odbudować swojš odpornoœć na wstrzšsy z zagranicy. Żeby pozostała zielonš wyspš, rzšdzšcy musieliby jednak zarzucić „dobrš zmianę".

Po pierwsze, powinni przestać osłabiać fundamenty polskiej gospodarki i zaczšć je wzmacniać (np. zamiast obniżać wiek emerytalny – przyspieszyć jego podnoszenie; zamiast nacjonalizować – prywatyzować; zamiast komplikować podatki – uproœcić je; zamiast wprowadzać kolejne biurokratyczne bariery krępujšce przedsiębiorczoœć – jak te, kto może być rolnikiem – znosić je).

Po drugie, rzšdzšcy powinni uczynić swojš politykę przewidywalnš, co wzmocniłoby złotego. Po trzecie, wycofać się ze zwiększania wydatków publicznych na kredyt – w szczególnoœci w okresie dobrej koniunktury. Bez tego „dobra zmiana" okaże się dla nich prawie tak kosztowna jak dla koni w Janowie. Zostanš wymieceni ze œwiata polityki („prawie" robi jednak dużš różnicę). Ale wysokš cenę zapłacimy my wszyscy.

Autor jest głównym doradcš rady i zarzšdu FOR, jest też przewodniczšcym TEP

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL