Nie psujmy prawa - Maciej J. Nowak o grzechach polskiego ustawodawstwa

aktualizacja: 29.08.2017, 07:28
Maciej J. Nowak
Maciej J. Nowak
Foto: materiały prasowe

Grzechem głównym polskiego ustawodawstwa jest brak odpowiedniego respektu wobec tworzonych regulacji – pisze radca prawny Maciej J. Nowak.

REDAKCJA POLECA

Przy okazji nadejścia nowego sezonu politycznego (a tym samym nowego sezonu tworzenia ustaw) warto przez chwilę zdiagnozować główne problemy i błędy ustawodawcy związane ze stanowieniem prawa. Nie wnikając zbyt szczegółowo w to, kto za co politycznie odpowiada, można śmiało stwierdzić, że już od wielu lat w licznych działaniach ustawodawcy zauważalne jest nieszanowanie prawa.

Ów brak szacunku można sprowadzić do czterech głównych elementów. Pierwszym z nich jest tempo uchwalania konkretnych aktów prawnych. Rzecz jasna, bardzo złe jest rozwiązanie, kiedy proces legislacyjny ciągnie się w nieskończoność. Jednakże jeszcze gorzej wygląda sytuacja, gdy od napisania na chybcika projektu ważnej ustawy do jej przyjęcia mija kilka czy kilkanaście dni. Wówczas naturalne wydają się w takich aktach szkolne błędy, pomyłki dotyczące konkretnych liczb i niekonsekwencje (o negatywnych długofalowych skutkach nie wspominając). W tak krótkim czasie nawet wybitni prawnicy ze starożytnego Rzymu nie daliby rady stworzyć spójnych aktów prawnych.

Po drugie, błędem jest pomijanie etapu konsultacji społecznych – zwłaszcza obecnie, gdy w nauce rozwijane się koncepcje współzarządzania publicznego. Udawanie, że konsultacje takowe odbyły się już np. w trakcie kampanii wyborczej czy przy okazji jakichś zamkniętych, tajemniczych spotkań, nie wpłynie dobrze na proces legislacyjny i jego przejrzystość.

Trzeci błąd to wykorzystywanie tworzonych przepisów prawnych do osiągania doraźnych korzyści. Zachowując pewną dozę realizmu, można wskazać, że tego w zupełności nie wyeliminować się nie da. Już postanowienie konstytucji marcowej z 1921 roku były napisane tak, aby ograniczyć władzę Józefa Piłsudskiego. Cel polityczny na kilka lat został zrealizowany, ale w dłuższej perspektywie działanie to okazało się przeciwskuteczne. Słabe rządy przed rokiem 1926 nie mogły uzyskać stabilnej większości, aż w końcu Piłsudski wrócił do życia politycznego – i to nie w roli konstytucyjnego organu, np. prezydenta, ale wszechwładnego dyktatora. Trzeba o tym pamiętać również dzisiaj, przy okazji przepisów wprowadzanych tylko po to, aby szybko kogoś pozbawić stanowiska lub wprowadzić określoną osobę na inne stanowisko. W tym kontekście warto zauważyć, że jeszcze więcej wątpliwości budzi przerywanie ustawowo określonych kadencji różnych organów. Zamiast stabilności systemu prawnego powoduje to chaos.

I w końcu po czwarte, brak szacunku dla prawa wiąże się również z jego nadprodukcją. Zbyt duża liczba ustaw, pośpiesznie wprowadzanych instytucji również może doprowadzić do niejasności i zamieszania. Czasem ustawodawca miewa pomysły, aby napisać wszystko, na każdy temat. To również nie jest właściwe rozwiązanie. Aby jednak wyważyć, jakie przepisy są konieczne, a jakie zbędne, potrzeba trochę czasu. I znów w ten sposób wracamy do wymienionych powyżej dwóch pierwszych punktów.

Niezależnie od poglądów politycznych obywatele na pewno chcieliby żyć w państwie stabilnym i przewidywalnym. A napisanie dobrej ustawy nie polega jedynie na wymyśleniu w ciągu pięciu minut przepisów stanowiących złoty środek na różne bolączki. Przepisy, gdy zaczynają obowiązywać, pojawiają się w zupełnie zróżnicowanych stanach faktycznych. Zawsze wówczas wymagają racjonalnej interpretacji. Im gorsze są ku temu warunki, tym bardziej odchodzimy od standardów demokratycznego państwa prawa. Poszanowanie prawa jest więc realnym państwowym wyzwaniem.

Potwierdzają to zresztą zdarzenia z naszej przeszłości. W 1919 roku politycy różnych opcji uznali, że sami nie są w stanie połączyć i uporządkować regulacji ze sfery prawa i postępowania cywilnego oraz karnego z trzech różnych byłych zaborów.

W pracach nad aktami prawnymi z tego zakresu uczestniczyli najwybitniejsi ówcześni polscy prawnicy, a ich dorobek (pomimo licznych sporów w toku prac nad poszczególnymi regulacjami) przetrwał nawet II wojnę światową. Po jej zakończeniu nowe władze, chcąc nie chcąc, musiały wykorzystać przygotowane w toku prac Komisji Kodyfikacyjnej akty prawne. Stanowi to najlepsze świadectwo ich wysokiej jakości: nawet kontestujący dziedzictwo II RP komuniści musieli skorzystać z jej dorobku.

Nie chodzi oczywiście o to, aby dzisiaj nad każdą małą ustawą latami debatowały najtęższe głowy. Ale sposób prac Komisji Kodyfikacyjnej z dwudziestolecia powinien być pewnym punktem odniesienia, kompasem dla dzisiejszego ustawodawcy (niezależnie od tego, przez jaką opcję polityczną jest zdominowany). Im bardziej od standardów Komisji Kodyfikacyjnej on się oddala i im bardziej wskazane na początku przejawy braku szacunku dla prawa są zauważalne, tym gorsze wieści zwiastuje to dla państwa i obywateli.

Autor jest doktorem prawa i historykiem

POLECAMY

KOMENTARZE