Opinie

Łukasz Kozłowski: Deficyt emerytalny też jest kosztowny

Rzeczpospolita
Średnio 4960 zł rocznie płaci każdy zatrudniony na pokrycie luki finansowej w systemie ubezpieczeń społecznych i przywileje emerytalne różnych grup zawodowych.

Czy w Polsce nie zabraknie pieniędzy na emerytury? Jeśli zadać to pytanie, nawiązując do armii 550 tys. nowych emerytów, jakich ZUS spodziewa się jeszcze w tym roku oraz bieżącej sytuacji budżetowej, to odpowiedź brzmi: nie zabraknie. Zbyt rzadko zadaje się jednak inne pytanie: w czyjej kieszeni trzeba będzie znaleźć te pieniądze?

Kwestia zmian w systemie emerytalnym, jakie nastąpią w październiku, jest jednym z punktów najbliższego posiedzenia rządu. W centrum uwagi znajdzie się z pewnością kwestia sprawnej obsługi 330 tys. wniosków, jakie są spodziewane na ostatnie miesiące roku. Kwestie finansowe pozostają na dalszym planie.

Ryzyko przekroczenia liczącego 3 proc. PKB limitu deficytu sektora finansów publicznych jest niewielkie, więc problem wydaje się opanowany. Brak procedury nadmiernego deficytu nie oznacza jednak, że kłopotów brak.

Planowana na 2017 r. dotacja z budżetu państwa do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS), z którego wypłacane są renty i emerytury większości Polaków, wynosi 46,7 mld zł. Całkowite wydatki w pozycji „obowiązkowe ubezpieczenia społeczne" mają natomiast wynieść 85,2 mld zł. Taka kwota odpowiada więcej niż jednej czwartej dochodów budżetu. Jest ona abstrakcyjnie duża, a będzie nadal rosła. Z bazowego wariantu prognozy opracowanej przez ZUS wynika, że już w 2022 r. deficyt samego FUS wzrośnie – po korekcie o spodziewaną inflację – do 64,6 mld zł.

Deficyt ma znaczenie

W dyskursie publicznym zadziwiająco często wyrażany jest pogląd, że wielkość deficytu w systemie ubezpieczeń społecznych nie ma znaczenia. Wpływa na to fakt, że w działanie tego systemu, mimo reformy wprowadzanej od 1999 r., jest immanentnie wpisana nierównowaga pomiędzy wpływami a wydatkami. Stąd teza, że deficyt jest, był i będzie, a jego wielkością nie należy się przejmować.

Skoro mamy do czynienia z systemem państwowym, to państwo – tak długo, jak tylko będzie istnieć – zawsze przyjmie na siebie odpowiedzialność za świadczenia, nawet gdyby trzeba było dotować FUS dwukrotnie wyższą kwotą niż dziś. Nie sposób przecież wyobrazić sobie, by emeryci zostali zostawieni sami sobie.

Jest w tych argumentach trochę racji. Zapewnienie niezakłóconej wypłaty świadczeń z ubezpieczenia społecznego pozostaje obecnie jedną z podstawowych funkcji państwa. Na pewno byłoby ono gotowe posunąć się bardzo daleko, by tylko wywiązać się z tej powinności.

Nie można jednak pomijać innego faktu. Państwo nie ma własnych pieniędzy. Do zasypywania dziur wydatkowych muszą być wykorzystywane pieniądze obywateli. Alternatywą dla natychmiastowej podwyżki podatków może być wprawdzie zaciąganie nowych zobowiązań finansowych, które dzięki możliwości ich rolowania nie muszą zostać kiedykolwiek spłacone. Jednak dług publiczny trzeba obsługiwać z pobieranych podatków. Zaciąganie dodatkowych długów na spłatę odsetek jest pewną drogą do spirali zadłużenia.

W efekcie to dochód pracujących pokoleń musi być obciążany w celu pokrycia luki finansowej w systemie. I gdy zacznie się analizować źródła finansowania, ów spokój, z jakim patrzy się na wywiązywanie się państwa z obowiązków emerytalnych, musi zostać zakłócony. Jak wynika z badań aktywności ekonomicznej ludności, w I kw. pracowało w Polsce prawie 16,3 mln osób. Upraszczając, oznacza to, że deficyt FUS kosztuje każdego pracującego 2867 zł rocznie.

Ta kalkulacja byłaby jednak niekompletna bez uwzględnienia tego, ile podatnicy dorzucają się do świadczeń wypłacanych tym przedstawicielom grup zawodowych, które są wyłączone z systemu powszechnego. Do kwoty tej trzeba zatem dodać 1076 zł rocznie na pokrycie budżetowej dotacji na emerytury i renty rolnicze. Fundusz Emerytalno-Rentowy w KRUS tylko w 8 proc. finansuje swoje wydatki ze składek ubezpieczonych. Nie można pominąć dopłat do świadczeń funkcjonariuszy służb mundurowych, sędziów i prokuratorów, od których płac nie są potrącane składki. Przeciętny pracujący Polak dokłada się na ten cel średnio po 1017 zł rocznie.

Łącznie daje nam to kwotę aż średnio 4 960 zł rocznie, jaką każdy zatrudniony płaci na pokrycie luki finansowej w systemie i przywileje emerytalne wybranych grup zawodowych.

Można oczywiście usprawiedliwiać ten stan rzeczy, powołując się na zasadę solidarności międzypokoleniowej. Ale pamiętajmy, że ten „haracz" nakładany na pracujących to nie są składki emerytalne. To koszty związane wyłącznie z dotacjami budżetowymi, które są finansowane z podatków. Różnica jest fundamentalna. Zapłacona składka, tak samo jak podatek, oznacza transfer dochodów od pracującego do emeryta. Daje nam ona jednak roszczenie do części dochodów przyszłych pracujących pokoleń. Natomiast z tytułu zapłaconego podatku nie należy się w zamian nic. Innymi słowy, bez względu na to, jak dużo pracujący dołożą ekstra do łatania dziur w systemie ubezpieczeń społecznych, nie będzie to mieć żadnego wpływu na wzrost ich przyszłych emerytur.

To nie koniec problemów. Od zatrudnionych stosunkowo łatwo można egzekwować obowiązek solidarności z powojenną generacją młodych emerytów. To bowiem wciąż bardzo liczne pokolenie: w szczycie wyżu demograficznego przypadającego na 1983 r. było ponad 723 tys. urodzeń. Biorąc pod uwagę, że 30 lat później liczba urodzeń była już prawie dwukrotnie mniejsza, a wskaźnik dzietności zanurkował do 1,3, trzeba postawić pytanie: od kogo w przyszłości dzisiejsi 30-latkowie mieliby oczekiwać okazania takiej samej solidarności?

Niekorzystne tendencje demograficzne w połączeniu z obniżką wieku emerytalnego spowodują szybki wzrost deficytu FUS w przyszłości. Opierając się na przywołanych powyżej prognozach ZUS można oczekiwać, że już w 2022 r. dopłata do systemu będzie kosztować każdego pracującego średnio 4580 zł rocznie w ujęciu nominalnym, a 4036 zł w cenach z 2014 r. Przyjmując, że kwoty dotacji do świadczeń rolniczych i resortowych per capita pozostaną na dotychczasowym poziomie, będzie to oznaczać wzrost całkowitego średniego rocznego obciążenia do 6129 zł. W wyniku samej tylko obniżki wieku emerytalnego dodatkowy roczny koszt na jednego pracującego wyniesie 920 zł w 2020 r.

Trzeba pracować dłużej

Świat się zmienił, a wraz z nim warunki funkcjonowania systemu ubezpieczeń społecznych. To, co było oczywiste i łatwe do osiągnięcia przeszło 40 lat temu, gdy na emeryta przypadało 15 ubezpieczonych, przestaje takie być, gdy proporcje te wynoszą obecnie 1:2,5. Każdy kolejny nieprzemyślany gest hojności wobec dzisiejszych świadczeniobiorców musi oznaczać coraz większe wyrzeczenia pracujących. Jeśli wzrost obciążeń będzie nadmierny, doprowadzi do zwiększenia emigracji, a co za tym idzie rozłożenia ciężarów na jeszcze mniejszą grupę. Decyzje w sprawie zmian w systemie emerytalnym powinny być więc dokonywane z pełną świadomością efektu międzypokoleniowej redystrybucji, jaki wywołują.

Jest tylko jeden sposób na zapewnienie wyższych emerytur bez nakładania dodatkowych obciążeń na pracujących. Jest nim dłuższa aktywność zawodowa. Jak długo będziemy jeszcze udawać, że 30–35 lat płacenia składek wystarczy, by kobiety kończące pracę w wieku 60 lat pobierały godną emeryturę przez średnio ponad 24 lata?

Autor jest ekspertem Pracodawców RP i członkiem rady nadzorczej ZUS

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL