Opinie

Trudne godzenie twórców, biznesu i odbiorców sztuki

Dominik Skoczek
Piotr Ruman
Każde państwo Unii może i powinno wprowadzać do swojego systemu prawa autorskiego elementy uwzględniające lokalne warunki i miejscową tradycję – przekonuje Dominik Skoczek, ekspert w dziedzinie prawa autorskiego, w rozmowie z Markiem Domagalskim.

Rz: Sejm uchwalił długo dyskutowaną nowelizację prawa autorskiego, w szczególności liczne wyjątki pozwalające na bezpłatne korzystanie z utworów. Z których skorzysta zwykły człowiek?

Dominik Skoczek: Nowelizacja nie ograniczyła się do sfery dozwolonego użytku, ale też objęła dużą grupę przepisów, które mają zapewnić obywatelom szerszy dostęp do dóbr kultury. Wprowadzono możliwość korzystania z dzieł osieroconych i niedostępnych w obrocie handlowym. Uregulowano problem opłat za wypożyczenia biblioteczne, tzw. public lending right. Skreślono art. 40 ustawy o prawie autorskim, likwidując opłaty na rzecz Funduszu Promocji Twórczości za rozpowszechnianie będących już w domenie publicznej utworów literackich, muzycznych, plastycznych czy fotograficznych. Sam Fundusz został utrzymany, ale jego wpływy będą pochodziły z innych źródeł.

Te zmiany, częściowo wymuszone przez regulacje unijne, nie budziły większych kontrowersji, największe znaczenie będą miały chyba zmienione przepisy o dozwolonym użytku publicznym?

Znacząco wzrosła możliwość korzystania z utworów bez konieczności uzyskiwania zgody autora i zapłaty wynagrodzenia, co wzbudziło duże emocje w środowiskach twórczych. Najważniejsze zmiany dotyczą rozszerzenia wyjątku edukacyjnego: szkoły, uczelnie oraz inne instytucje oświatowe uzyskały możliwość sporządzania kopii cyfrowych utworów oraz kopiowania w celach dydaktycznych całych utworów, a nie tylko fragmentów, jak dotychczas. Wprowadzono również nowy wyjątek, na podstawie którego osoby uczące się lub studiujące mogą bez zgody twórcy, wydawcy lub producenta korzystać z utworów w nauczaniu na odległość (e-learning).

Poszerzono także zastosowania prawa cytatu.

I to znacząco. Wprowadzono nowe cele uzasadniające dopuszczalność cytatu, tj. polemikę, parodię, karykaturę, pastisz. Sam katalog możliwości zastosowania cytatu został otwarty. Dopuszczono także możliwość cytowania w innych utworach prac fotograficznych i plastycznych w całości. Przesądzono również wyraźnie o możliwości korzystania z utworu, do którego w sposób przypadkowy i niezamierzony został włączony inny utwór (np. muzyka grana przez orkiestrę przechodzącą ulicą w trakcie realizacji filmiku dla znajomych).

Wprowadzono także wiele drobniejszych zmian ułatwiających dostęp do utworów w różnych sferach. Każdy będzie mógł np. korzystać z przemówień politycznych, mów oraz innych publicznych wystąpień, a nie tylko prasa, radio i telewizja.

Beneficjentami dozwolonego użytku są też instytucje. Które na tym skorzystają?

Najbardziej skorzystają instytucje oświatowe oraz kultury. Oprócz poszerzonej możliwości udostępniania utworów w celach edukacyjnych otrzymają możliwość korzystania na zasadach dozwolonego użytku z dzieł osieroconych. Najpierw będą musiały jednak przeprowadzić tzw. staranne poszukiwania autorów utworów znajdujących się w ich zbiorach. W tym celu sprawdzą źródła zatwierdzone przez resort kultury w rozporządzeniu, np. bazy organizacji zbiorowego zarządzania prawami. Jeżeli nie uda się w nich ustalić lub – mimo ustalenia – odnaleźć pierwotnych autorów, to będzie można udostępniać dzieła osierocone w celach kulturalnych i edukacyjnych, nawet jeżeli wciąż pozostawać będą pod ochroną prawa autorskiego.

Archiwa, instytucje oświatowe, biblioteki i muzea otrzymają także możliwość korzystania z utworów, które są niedostępne w obrocie handlowym. Chodzi o utwory literackie oraz fotografie i rysunki włączone do utworów literackich, niedostępne na rynku, np. po wyczerpaniu nakładu książki. Jeżeli wydawca, który jest właścicielem praw autorskich, nie będzie zainteresowany wznowieniem, to prawo publikacji dzieła przejdzie na wskazane wcześniej instytucje publiczne.

Same pozytywy?

Szkoda, że Ministerstwo Kultury ograniczyło się wyłącznie do implementacji przepisów dyrektywy i nie zaproponowało rozwiązania, które umożliwia szersze korzystanie z dzieł osieroconych na podstawie licencji i umów zawieranych z organizacjami zbiorowego zarządzania. Nie wykorzystano również możliwości rozwiązania przy tej okazji problemu zbiorów archiwalnych nadawców publicznych, które wciąż nie są w pełni dostępne publiczności. Może się okazać, że katalog dzieł osieroconych podlegających udostępnianiu na podstawie nowych przepisów będzie niezbyt duży.

Jest oczywiście druga strona, tj. twórcy oraz firmy dysponujące częścią praw autorskich. Co oni zyskują?

Nowelizację ograniczono w zasadzie do kwestii otwierania dostępu do kultury, na czym twórcy, wydawcy i producenci raczej tracą, niż zyskują. Ułatwienia w korzystaniu z twórczości są potrzebne. Nowelizacja, niestety, nie zawiera żadnych mechanizmów, które by mogły przeciwdziałać naruszeniom prawa autorskiego, nadużywaniu dozwolonego użytku czy piractwu internetowemu, które w Polsce – czego dowodzą liczne badania – jest prawdziwą plagą. Ministerstwo Kultury nie zdecydowało się wprowadzić do ustawy mechanizmu określonego w art. 8.3 dyrektywy o prawie autorskim w społeczeństwie informacyjnym. Wdrożenie tego przepisu pozwoliłoby skutecznie walczyć z podmiotami, które z naruszania prawa autorskiego w internecie stworzyły sobie sposób na zarabianie dużych pieniędzy, bez opłat licencyjnych dla twórców czy producentów oraz bez odprowadzania podatków na rzecz państwa polskiego.

To miała być próba pogodzenia praw twórców i wydawców. Czy to się udało ?

Mam co do tego mieszane uczucia. Dyrektywa o prawie autorskim w społeczeństwie informacyjnym większość wyjątków uznaje za fakultatywne. Każde państwo Unii może i powinno wprowadzać je do swojego wewnętrznego systemu prawnego z uwzględnieniem lokalnych warunków i miejscowej tradycji. Uważam, że należy ostrożnie podejmować działania w obszarze dozwolonego użytku, który – co należy wyraźnie podkreślić – wkracza w sferę własności autora, który stworzył utwór. Dla osiągnięcia pewnych celów publicznych, czasami bardzo istotnych, takich jak działalność bibliotek czy muzeów, pozbawia się twórców prawa do decydowania o sposobie eksploatacji utworów, a czasem dodatkowo również prawa do wynagrodzenia. Dochodzi tutaj do próby pogodzenia dwóch przeciwstawnych wartości: interesu publicznego i indywidualnego interesu właściciela lub autora dzieła. Za korzystne dla twórców i wydawców można w zasadzie uznać jedynie skreślenie art. 30 prawa autorskiego i wprowadzenie opłat za wypożyczenia biblioteczne.

Właśnie, ta zmiana dotyczy też mojego pracodawcy, a pośrednio nas, dziennikarzy.

Artykuł 30 przywoływany był przez niektóre firmy monitorujące media do uzasadniania przygotowywania przeglądów prasy bez zgody wydawców. Przepis dotyczył jednak zupełnie innej sfery aktywności, dobrze więc, że został usunięty. Implementowano również dyrektywę, która nakazywała wprowadzić wszystkim państwom Unii rekompensatę za dozwolony użytek biblioteczny (tzw. public lending right). Należy pochwalić ministerstwo, że po wielu latach w końcu wydawcy i twórcy, w tym dziennikarze, będą otrzymywać z tego tytułu wynagrodzenie. Mówiąc uczciwie, będzie ono w zasadzie symboliczne.

Są głosy, że w rozszerzaniu dozwolonego użytku działania MKiDN poszły dość daleko.

Zbyt szeroko dopuszczono moim zdaniem możliwość korzystania z utworów w ramach wyjątku edukacyjnego. Szczególnie może to być widoczne przy e-learningu, kiedy dostęp do utworów zapewnią szkoły czy uczelnie online. Bardzo łatwo tutaj o nadużycia, a trudno o kontrolę. Gdyby zapewniono twórcom i producentom wynagrodzenie za korzystanie z ich utworów w ramach tak poszerzonego wyjątku edukacyjnego (tak jak jest w wielu państwach europejskich), pewnie wszyscy byliby zadowoleni. Tak się jednak nie stało. Zbyt szeroko określono też przesłanki dopuszczalności korzystania z utworów w ramach prawa cytatu.

Czy Polska w Unii i w dobie internetu ma jakąś jeszcze istotną swobodę w regulowaniu tych kwestii? Jaki jest trend w Europie: więcej ochrony twórców czy swobodnego użytku?

Nasze działania są w znacznej mierze determinowane pomysłami brukselskich urzędników, ale przynależność do Unii nie zwalnia nas z samodzielnego myślenia i regulacji rynku według własnych potrzeb, z poszanowaniem narodowych interesów. W obszarze prawa autorskiego ścierają się obecnie w Europie dwa główne nurty: otwieranie dostępu do kultury w ramach znoszenia barier terytorialnych czy przez rozszerzanie dozwolonego użytku oraz wzmacnianie ochrony prawa autorskiego w pozostałym zakresie. Ten drugi trend wyraża się w coraz aktywniejszej walce z piractwem internetowym oraz próbą ograniczenia przywilejów gigantów internetowych, którzy korzystając z systemu tzw. bezpiecznych przystani, stwarzają warunki do naruszania prawa autorskiego w internecie. Obie tendencje są wyraźnie widoczne w strategii jednolitego rynku cyfrowego przyjętej przez Komisję Europejską, swoistym planie pracy na całą kadencję oraz w dwóch głośnych raportach Parlamentu Europejskiego: poseł Julii Redy i posła Pavla Svobody.

Jak pan ocenia niedawny wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który rozpatrując skargę największego operatora kablowego w Polsce, orzekł niekonstytucyjność przepisu pozwalającego żądać od osoby, która w sposób zawiniony naruszyła prawa autorskie, trzykrotności opłaty licencyjnej, która by się należała twórcy.

Najbardziej w tym wszystkim zaskoczyła mnie argumentacja Trybunału. Sędziowie rozpatrujący sprawę stwierdzili, że przepis o trzykrotności za bardzo uprzywilejowuje twórców i stanowi przejaw zbyt daleko idącej ingerencji w wolność majątkową sprawcy naruszenia. Byłem bardzo zdziwiony, kiedy usłyszałem, że twórca wcale nie jest już stroną słabszą w relacji z podmiotami korzystającymi z utworów, bo np. może być reprezentowany przez producenta lub organizację zbiorowego zarządzania. Tymczasem usunięty z systemu prawnego przepis chronił twórcę przede wszystkim prawem zakazowym, pozwalającym nie wyrazić zgody na eksploatację swojego utworu, gdy tego nie chce. Konsekwencją wyroku TK będzie istotne osłabienie ochrony praw autorskich w Polsce. Przepis o trzykrotności zniechęcał użytkowników do naruszania prawa. Wiedzieli bowiem, że po niekorzystnym dla siebie wyroku będą musieli zapłacić nawet trzykrotność wynagrodzenia, które by się twórcy należało, gdyby uzyskali jego zgodę i umowa została od razu podpisana. Redukcja odpowiedzialności naruszyciela jedynie do jednokrotności wynagrodzenia nie spełnia funkcji ochronnej. Po co bowiem podpisywać umowę z twórcą, skoro można bez jego zgody korzystać z utworów, a po kilku latach jedyne ryzyko to zapłata wynagrodzenia, które by się twórcy i tak należało od samego początku w przypadku legalnego rozpowszechnienia.

Dominik Skoczek, radca prawny, ekspert w dziedzinie prawa autorskiego, pełnomocnik Stowarzyszenia Filmowców Polskich, doradca zarządu Stowarzyszenia Kreatywna Polska

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL