Segregacja śmieci - nowe zasady od lipca 2017

aktualizacja: 15.07.2017, 07:56
Foto: 123RF

Rozmowa | Gminy, które nie osiągną odpowiedniego poziomu recyklingu i przygotowania do ponownego użycia będą musiały płacić kary nałożone przez Unię Europejską, a te zostaną wkalkulowane w opłaty mieszkańców – mówi Dariusz Matlak, prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami.

REDAKCJA POLECA

Rz: Obowiązujące od 1 lipca br. rozporządzenie ministra środowiska wprowadziło jednolity system segregowania odpadów w całym kraju. Czym różni się on od dotychczasowych rozwiązań?

Dariusz Matlak: W zasadzie dotychczasowe rozwiązania dawały pełną swobodę gminom. Począwszy od podziału na zmieszane odpady suche i mokre (z zawartością bioodpadów), jak również oznaczania kolorami pojemników – tutaj panowała całkowita dowolność. Także w zakresie organizowania przetargu na samo odbieranie, czy też odbieranie i przetwarzanie odpadów, czyli na kompleksową usługę, panowała dowolność. Nie miało, więc w praktyce specjalnego znaczenia, czy firma, która wygra przetarg na taką kompleksową usługę faktycznie dysponuje możliwością zgodnego z przepisami przetworzenia śmieci.

Mimo, iż przepisy dotyczące zakazu składowania odpadów nieprzetworzonych i obowiązku segregowania odpadów funkcjonują już w Polsce od wielu lat, dotychczas starano się realizować te zadania po linii najmniejszego oporu i jak najmniejszym kosztem.

- Czy nowelizacja ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach i rozporządzenie w sprawie szczegółowego sposobu selektywnego zbierania wybranych frakcji odpadów wystarczą, by poprawić obecny stan, czy też jest to dopiero początek długiej drogi?

Zdecydowanie początek. Po pierwsze, to nowe rozporządzenie zakłada pięcioletni okres dostosowawczy. Pewnie nie wszystkie gminy będą chciałby z niego skorzystać, ale niektóre zapewne będą nadużywały tego czasu i przeciągały wprowadzenie zmian ile się da. Druga sprawa, o wiele ważniejsza, jest taka, że w rozporządzeniu, przynajmniej na razie, nie ma sankcji, ani innych instrumentów, które zachęcałyby mieszkańców do prawdziwej, rzetelnej segregacji. Gminy nie mają motywacji, żeby egzekwować ten obowiązek, bo to trochę sprawa polityczna. Musiałyby nakładać kary, i to dość dotkliwe, za wrzucenie do niewłaściwego pojemnika. Niestety, prawo niepoparte sankcją deprecjonuje się. To byłoby najgorsze, co mogłoby się stać. Ten system wprowadzany odgórnie rozporządzeniem, musi też być wdrożony przez mieszkańców, wspólnoty mieszkaniowe i spółdzielnie osiedlowe. Musi powstać synergia także z firmami, które odbierają śmieci, aby je również selektywnie zbierały. Ważne jest też, żeby gminy dysponowały instalacjami, które będą przetwarzały odpady biodegradowalne. To wszystko musi być też poparte edukacją ekologiczną – system nie może opierać się tylko na strachu przed sankcją i represją. Ważna jest rola zarządców nieruchomości, być może będą musieli oni rozbudować altany śmieciowe, aby zapewnić odpowiednią ilość miejsca dla pojemników. Muszą być one też odpowiednio często wywożone. Cały system musi być higieniczny i sprawny, by mieszkańcy łatwiej do niego przywykli i zrozumieli, że rozdzielanie odpadów jest potrzebne i musi być respektowane.

- To pewnie będzie się wiązało z dodatkowymi kosztami dla gmin, a więc także dla mieszkańców.

Rzeczywiście, mogą się pojawić dodatkowe koszty. Zwłaszcza dla gmin, które nie mają jeszcze systemu selektywnego zbierania odpadów. Dla nich może to być trudne i uciążliwe oraz spotykać się z dużymi oporami mieszkańców. Ale koszty i tak wzrosną, bo jeśli nie będzie postępu, to gminy, które nie osiągną odpowiedniego poziomu recyklingu i przygotowania do ponownego użycia będą musiały płacić kary nałożone przez Unię Europejską, które zostaną wkalkulowane w opłaty mieszkańców. Nie ma żadnych alternatyw, żadnej trzeciej drogi. Trzeba organicznego, konsekwentnego działania i pewnej cierpliwości. Nie można liczyć, że może te regulacje zmienią się, i jakoś ten problem się sam rozwiąże, albo pojawi się jakaś nowa cudowna technologia zastępująca segregację odpadów. Nie pojawi się – przynajmniej w najbliższych kilkudziesięciu latach. Trzeba po prostu wdrażać mechanizm z rozporządzenia i przyzwyczajać mieszkańców, że to jest standard, nie jakaś przejściowa moda na eko. Mieszkańcy wspólnot osiedli i kamienic też powinni wzajemnie się dyscyplinować, zwracając uwagę, czy ktoś nie miesza odpadów, bo to leży w ich interesie.

- Od przyszłego roku, na mocy rozporządzenia z 6 marca 2017 r. zmieniającego rozporządzenie w sprawie opłat za korzystanie ze środowiska, mają też wzrosnąć opłaty za składowanie śmieci.

Tak, to konsekwencja wdrażania nowego systemu. Chodzi przede wszystkim o ograniczenie składowania odpadów. Dotychczasowy system, jak powiedziałem, opierał się na przetwarzaniu odpadów zmieszanych. Efektywność takich instalacji była na poziomie 10 proc. odzyskiwanych odpadów. Reszta, poddawana różnym procesom biologicznym lub fizyko-chemicznym, lądowała na składowisku odpadów. Już od wielu lat funkcjonuje taki instrument jak opłaty za składowanie odpadów, tzw. opłaty marszałkowskie, pobierane od każdej tony śmieci na wysypisku. Rozporządzenie o którym Pan mówi, w najbliższych trzech latach drastycznie podnosi stawki tych opłat. W związku z tym, koszty składowania zmieszanych odpadów wzrosną niewspółmiernie. Można, więc zakładać, że w którymś momencie segregacja zacznie się wreszcie opłacać, bo z prostego rachunku będzie wynikało, że nawet, jeżeli na surowcach nie można zarobić, to, chociaż zaoszczędzi się na kosztach składowania, które w ostatecznym rachunku doliczane są do opłat mieszkańców. Wydaje się tutaj, że synergią jest powstanie zarówno przepisów o segregacji jak i rozporządzenia podnoszącego opłaty za składowanie odpadów. Może rynek gospodarki odpadami zacznie wreszcie funkcjonować poprawnie.

- Z czego Pana zdaniem wynikało dotychczasowe lekceważenie przepisów o segregacji śmieci przez wiele samorządów?

Po pierwsze z nieświadomości tego, że jest to podstawa i baza współczesnej gospodarki odpadami komunalnymi. Po drugie, co ważniejsze, samorządy szukały przede wszystkim minimalizacji wydatków. Wychodząc z założenia, że selektywne zbieranie zwiększa koszty systemu gospodarowania odpadami komunalnymi, wybierano często w przetargach na odbieranie i zagospodarowanie odpadami systemy pseudoselektywnej zbiórki, czyli podział na frakcje suche i mokre, co zresztą było dopuszczalne w świetle dotychczasowych przepisów. Jeszcze dwa, trzy lata temu Ministerstwo Środowiska pisało w oficjalnych komunikatach, że takowe systemy można także uznać za selektywne zbieranie odpadów.

- Czy są jakieś dane pokazujące, że podział tylko na mokre i suche frakcje, powodował mniejszy poziom recyklingu niż system wprowadzony rozporządzeniem?

Nie. Wszelkie dane, jakie można przytaczać mają tylko charakter estymacji. Nie ma do tej pory bazy danych o odpadach. Sprawozdania, które gminy przekazują urzędom marszałkowskim są często bardzo „kreatywne". Można za to opierać się na doświadczeniach innych krajów, jak i poszczególnych przedsiębiorstw odbierających odpady od mieszkańców, które jednoznacznie wskazują, że bez selektywnego zbierania przynajmniej czterech podstawowych frakcji odpadów surowcowych, nie ma szans na osiągnięcie określonych przez Unię poziomów recyklingu. To jest pewnik potwierdzany badaniami Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, wskazującymi na to jak słaba jest efektywność przetwarzania odpadów zmieszanych. Niektórzy twierdzili, że przy zastosowaniu nowoczesnych technik, np.: optycznej segregacji można zbierać zmieszane odpady, a potem je w sortowniach rozdzielać z wykorzystaniem tych różnych innowacyjnych technik. To, niestety jest mit i biorąc pod uwagę nawet aspekty ekonomiczne, nie ma innego rozwiązania jak segregacja.

- Pamiętam raport NIK, który mówił, że mamy w Polsce za dużo przetwórni śmieci, przez co nie mają one dostatecznej ilości odpadów, aby utrzymać ciągłość pracy.

Są takie opinie, ale myślę, że to także mity. W dużej części moce przetwórcze instalacji przetwarzających opierają się na mało wiarygodnych – w mojej opinii – danych. Rzeczywiście jest ich sporo – w niektórych regionach, zwłaszcza tam gdzie powstały spalarnie lub instalacje do mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów, pojawia się niezdrowa konkurencja. Natomiast instalacje do mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów częstokroć mają zawyżane moce przerobowe, albo liczone z dużym zapasem - zakładając w przyszłości rozbudowę ich mocy przetwórczych. Myślę jednak, że wciąż jest potrzeba budowy takich instalacji. Oczywiście, nie do zmieszanych odpadów, bo tych jest dostateczna ilość. Potrzeba jednak instalacji do sortowania oraz przetwarzania odpadów komunalnych zebranych selektywnie. Te instalacje, które obecnie przetwarzają odpady zmieszane, muszą też zostać zmodernizowane i przestawione na selektywną zbiórkę. W każdym razie nie można mówić, że mamy już nadmiar mocy przerobowych instalacji, bo zupełnie inna będzie sytuacja, gdy z odpadów komunalnych będziemy odzyskiwać, co najmniej 50 proc. surowców, a nie jak dotychczas niecałe 20 proc., które z powodu zanieczyszczenia nie bardzo nadają się do recyklingu.

- Co nalałoby zrobić, by poprawić rynek gospodarki odpadami?

Konieczne jest zwiększenie zaangażowania producentów, w finansowanie kosztów odbierania odpadów opakowaniowych. To spora część odpadów komunalnych. W krajach UE przyjęto tzw. zasadę rozszerzonej odpowiedzialności producentów, w szczególności wprowadzającego na rynek towary w opakowaniach. Są oni zobowiązani pokryć koszty selektywnego zbierania odpadów opakowaniowych i ich przygotowania do recyklingu – czyli sortowania, transportu itd. Robią to za pośrednictwem organizacji odzysku, które pobierają odpowiednie opłaty od producentów.

W Polsce ten system funkcjonuje wadliwie. Odpowiednie przepisy wprowadzone zostały już przed wieloma laty, ale w praktyce nie działają. Ani gminy, ani firmy, które odbierają śmieci, nie otrzymują dofinansowań z tego źródła na zbiórkę i wstępne przetworzenie opakowań. Jeśli ten system zacznie funkcjonować, to będzie istotnym hamulcem wzrostu cen za wywóz śmieci. Owszem, producenci będą musieli te opłaty niejako „zaszyć" w kosztach swoich produktów. Ale takie rozwiązanie jest zdecydowanie bardziej efektywne, niż finansowanie całości kosztów gospodarki odpadami komunalnymi bezpośrednio z portfeli mieszkańców. Ponadto, jego istotą nie jest karanie producentów, ale motywowanie do korzystania z materiałów recyklingowalnych i ograniczania ilości i masy wprowadzanych na rynek opakowań jednorazowych. Obecnie często zdarza się, że niewielki produkt znajduje się w trzech różnych opakowaniach i dodatkowo jest owinięty folią. To będzie koszt dla przedsiębiorcy, więc żeby skutecznie konkurować, i przetrwać na rynku, producenci będą musieli zastanowić się nad ograniczaniem wykorzystania surowców na opakowania.

- Czy gminom bardziej opłaca się wprowadzić zmiany jak najszybciej, by zdążyć przed wzrostem opłat za składowanie, czy też rozłożyć koszty reformy w czasie i maksymalnie wykorzystać okres dostosowawczy?

Moim zdaniem zwlekanie jest najgorszym rozwiązaniem. Okresy przejściowe wynikają głównie z tego, że gminy mają już zawarte umowy na odbiór śmieci, zazwyczaj dwu- trzyletnie. W prowadzając niejako z marszu nowe zasady segregacji musiałyby je, więc rozwiązać i robić nowy przetarg, albo odpowiednio aneksować, co byłoby bardzo trudne mając na względzie przepisy Prawa zamówień publicznych. Każda gmina powinna, więc w mojej opinii sukcesywnie wprowadzać kolejne pojemniki na poszczególne frakcje, żeby nie była to taka terapia szokowa, że nagle pojawi się całkiem nowy system. Najtrudniej pewnie będzie przyzwyczaić mieszkańców do odrębnego, brązowego pojemnika na bioodpady i oddzielnego zbierania ich w domach. Dlatego dobrze jest kontraktować sukcesywnie pojedyncze pojemniki na określone frakcje, według ustalonego planu, oraz monitorować, jakie są postępy i jak się układa sytuacja na rynku przetwarzania odpadów. To pozwoliłoby też rozłożyć wzrost kosztów na dłuższy okres.

- Z tego, co wiem, np.: Kraków zamierza prowadzić program pilotażowy, dla części mieszkańców – czy to dobre rozwiązanie?

Myślę, że tak, choć zamożniejsze miasta powinny działać bardzie energicznie i szybciej wprowadzać nowy system. Takie pilotaże, które obejmują jedynie część gminy, mogą prowadzić do zróżnicowania – jedni mieszkańcy mają lepiej, bo nie muszą segregować, a drudzy gorzej, bo objęto ich pilotażem. Takie pilotaże zresztą już były, np. w Warszawie w zakresie zbierania odpadów biodegradowal-nych, już w połowie lat 90-tych. Dlatego lepiej wprowadzać zmiany od razu, na terenie całej gminy. Nie ma, co eksperymentować, wszystko jest wiadome – jakie powinny być pojemniki, jaka częstotliwość wywozu. Niewiadomą jest to, jak mieszkańcy będą wchodzili w ten system. Jeśli będą mieli wiadomość, że to pilotaż, eksperyment, a sąsiad z drugiej ulicy nie ma tego problemu, to będzie to powodowało znów chaos i dowolność.

- Może mieszkańców zachęciłoby większe zróżnicowanie opłat za zbieranie śmieci segregowanych i zmieszanych?

Z czasem z pewnością do tego dojdzie. Pytanie: czy będzie to polegało na bonusach dla tych, co segregują czy też karach dla niesegregujących. To jest sprawa wtórna. Na pewno w przepisach trzeba doprecyzować, że segregacja nie jest opcją, którą można wybrać, ale jak się nie chce, to wystarczy zapłacić więcej, i wszystko jest w porządku. To miesza w głowach i pokazuje jakieś dziwne uwarunkowania, że bogaty to nie musi segregować, a biedny lub ten, kto chce zaoszczędzić – musi. Nie tak ten system ma wyglądać. Po prostu selektywne zbieranie i wrzucanie posegregowanych odpadów do określonych pojemników musi być obowiązkiem na poziomie krajowym (do tego zmierzają kolejne nowelizacje przepisów). Ale musi być przede wszystkim wdrażane w gminach, w zapisach lokalnych regulaminów utrzymania czystości i porządku będących aktami prawa miejscowego, które na terenie gminy obowiązują tak jak ustawy. Spodziewać się należy, że jeśli nie będzie wymaganych efektów w zakresie redukcji zmieszanych odpadów, to będą kary. Na razie w różnych gminach wprowadza się różne systemy np.: nakleja żółte kartki na kontener, jeśli są w nim odpady zmieszane, ale coraz powszechniej w takich sytuacjach nie kwalifikuje się już tego, jako odpady segregowane, i nalicza wyższe opłaty.

- Jak można by pobudzić popyt na surowce wtórne, który jest w Polsce mały?

Możliwości są bardzo ograniczone. Jeśli chodzi o np.: tworzywa sztuczne, to cena ich skupu zależy przede wszystkim od cen ropy na rynkach światowych. Gdy są niskie, nie opłaca się kupować surowców z recyklingu. Szkła natomiast brakuje – zapotrze-bowanie jest znacznie większe niż można pozyskać z selektywnej zbiórki. Duże znaczenia mają też koszty przygotowania i transportu surowców. Dochodzi nieraz do sytuacji paradoksalnej, że taniej ściągnąć np.: makulaturę z zagranicy, niż kupić krajowy surowiec, który przez byle, jaką selekcję też jest często gorszej jakości. Doczyszczenie go do jakości akceptowanej przez zakłady recyklingowe wymaga zbyt dużych kosztów.

Nie ma się też, co spodziewać, że państwo będzie dopłacać i robić jakieś interwencyjne skupy surowców, czy wprowadzać jakieś specjalne instrumenty finansowe, oprócz wspomnianych opłat marszałkowskich, które mają obrzydzić składowanie. Przedsiębiorcy, w naturalny sposób ograniczając koszty, będą inwestować w sortownie, a dzięki temu i cena i jakoś surowca z recyklingu będzie lepsza. Państwo może za to ograniczać wwóz surowców wtórnych z zagranicy, pod warunkiem, że krajowy rynek będzie w stanie dostarczyć odpowiednią ich ilość. ©?

—rozmawiał Szymon Cydzik

podstawa prawna: Ustawa z 13 września 1996 r. o utrzymaniu czystości i porządku w gminach (tekst jedn. DzU z 2017, poz.1289)

podstawa prawna: Rozporządzenie Ministra Środowiska z 29 grudnia 2016 r. w sprawie szczegółowego sposobu selektywnego zbierania wybranych frakcji odpadów (DzU z 2017, poz. 19)

podstawa prawna: Rozporządzenia Rady Ministrów z 6 marca 2017 r. zmieniające rozporządzenie w sprawie opłat za korzystanie ze środowiska (DzU z 2017 r., poz. 723)

POLECAMY

KOMENTARZE