Pietryga o reformie sądownictwa: prymat polityki nad prawem

aktualizacja: 14.07.2017, 07:16
Tomasz Pietryga
Tomasz Pietryga
Foto: rp.pl

Jeżeli ktoś z uwagą słuchał wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego sprzed ponad roku o konieczności odcięcia sądownictwa od PRL-owskiej pępowiny jako siedliska patologii, nie powinien być zaszokowany ani przyjęciem przez Sejm ustawy o KRS i ustawy sędziowskiej, ani pojawieniem się radykalnego projektu zmian w ustawie o Sądzie Najwyższym.

REDAKCJA POLECA

Ten ostatni ma doprowadzić do twardego resetu, wymiany kadr najważniejszego sądu w Polsce. Operacja ma być przeprowadzona pod pełną kontrolą władzy politycznej. Taki sam manewr na innych szczeblach Temidy ma zapewnić uchwalone w środę prawo o ustroju sądów powszechnych.

PiS, dążąc do radykalnej wymiany sędziowskich elit, umożliwił powstanie bardzo niebezpiecznego mechanizmu. Nowe elity mogą być budowane na przesłankach pozamerytorycznych, eliminacji niepokornych, oportunizmie, tworzeniu sieci zależności pomiędzy decyzyjnymi politykami i chcącymi zrobić kariery sędziami.

Takie zależności są destrukcyjne. Bo PiS nie stworzy nagle lepszych ludzi. Nowi będą pewnie w jakiejś części tak samo ułomni. Co się stanie, gdy przed sądem stanie polityk z partii, dzięki której sędzia lub jego przełożony zrobił karierę? Czy nie odwróci głowy lub nie mrugnie porozumiewawczo, jak kiedyś tak krytykowany przez PiS słynny sędzia Milewski? To duże ryzyko. Tak przeprowadzane zmiany mogą się obrócić przeciwko zamierzeniom partii władzy, uczynić z Temidy karykaturę.

Jedno jest pewne: pakiet trzech ustaw (KRS, u.s.p. i SN) oznacza gruntowne, trwałe przeoranie sądownictwa na każdym jego szczeblu. Po wykręceniu bezpiecznika w postaci Trybunału Konstytucyjnego będą to zmiany praktycznie nieodwracalne. Następcy PiS musieliby dokonać systemowego wstrząsu, co z czasem może być coraz trudniejsze. To uświadamia, z jak poważną zmianą mamy do czynienia.

PiS od dawna był w konflikcie z elitami prawniczymi, które przyczyniły się zresztą do jego porażki wyborczej dziesięć lat temu. Powodem napięcia jest inne podejście do państwa i prawa. Ścisłe, proceduralne trzymanie się norm i zasad starło się nagle z filozofią prymatu polityki nad prawem. Gdy wyborcy dali PiS wręcz nieograniczone prawo do zmiany ustaw, starcie to okazuje się dla Temidy śmiertelne. Dobrze było to widać przy okazji „odzyskiwania" TK. Sytuacja powtarza się przy „odzyskiwaniu sądów". Prawo stało się narzędziem politycznym.

Ale jest też druga strona medalu. Otwarcie trzeba zapytać, jak to się dzieje, że kruszenie fundamentów sądownictwa ukształtowanego w III RP odbywa się przy zupełnej bierności społecznej. Nie ma wielkich manifestacji czy masowych protestów, które utemperowałyby działania partii władzy. Salonowe warszawskie protesty to zdecydowanie za mało, aby zatrzymać rozpędzony pisowski walec.

Możliwe, że to wina samych sędziowskich elit. Przed ponad dwiema dekadami zamiast mozolnie budować pomosty między obywatelami a sądami, stawiać na szeroką edukację prawną, dbać o upowszechnianie norm i zasad, uczyć szacunku dla prawa – zamknęły się w wieży z kości słoniowej. Jak wysokiej, wystarczy spojrzeć na uzasadnienia wyroków sądowych. Trudne, zawiłe, niezrozumiałe dla przeciętnego obywatela.

Zamiast otwartości i służby pojawiła się – najłagodniej to ujmując – alienacja. Możliwe, że to właśnie jej zawdzięczamy bierność społeczną w sytuacji, kiedy stan sędziowski znalazł się w opresji.

POLECAMY

KOMENTARZE