Arbitraż – lekcja dla całego sportu

aktualizacja: 16.06.2016, 07:35

Tak długo, jak prawo do sądu będzie respektowane, w tym również polubownego, nie będzie podstaw, by kwestionować wydawane rozstrzygnięcia – pisze ekspert Hubert Radke.

REDAKCJA POLECA

Zapowiadało się na wyrok, który wstrząśnie monopolistycznymi strukturami światowego sportu. A przynajmniej na wyrok, który doprowadzi do kolejnej, potrzebnej ewolucji sportowego wymiaru sprawiedliwości. W orzeczeniu dotyczącym niemieckiej łyżwiarki Claudii Pechstein, jakie zapadło przed niemieckim sądem najwyższym Bundesgerichtshof (BGH) 7 czerwca 2016 r., prawidłowość działania lozańskiego Trybunału Arbitrażowego do spraw Sportu (CAS), określanego mianem „sądu najwyższego światowego sportu", została potwierdzona. Orzekające w sprawie sądy niższej instancji, monachijskie Landesgericht (LG) oraz Oberlandesgericht (OLG), wyraziły jednoznaczne wątpliwości co do ważności przymusowej klauzuli arbitrażowej, narzucanej sportowcom odgórnie w regulacjach ustalanych przez organizacje sportowe (a dającej umocowanie CAS). Wielu prawników sportowych postulowało reformy, gdy chodzi o zasady funkcjonowania CAS.

Saga prawna Pechstein

Batalia prawna Pechstein sięga 2009 r., kiedy to łyżwiarka w kontrowersyjnych okolicznościach została zdyskwalifikowana przez organy dyscyplinarne Międzynarodowej Federacji Łyżwiarskiej (ISU), w oparciu o postanowienia Światowego Kodeksu Antydopingowego, w związku z dopingiem. Apelacja łyżwiarki złożona do CAS, działającego jako instancja odwoławcza od decyzji dyscyplinarnych ISU, w oparciu o umieszczoną w jej regulacjach klauzulę arbitrażową, została oddalona. Wyrok CAS został podtrzymany przez Szwajcarski Federalny Trybunał (SFT), właściwy do rozpatrywania skarg na orzeczenia sądów polubownych.

W 2010 r. w kolejnej sprawie przed CAS, Pechstein nieskutecznie kwestionowała decyzję Niemieckiego Komitetu Olimpijskiego odmawiającą jej nominacji olimpijskiej w związku z nałożoną dyskwalifikacją. Wreszcie udała się do sądu powszechnego w Niemczech z roszczeniami odszkodowawczymi sięgającymi ponad 4 milionów euro, skierowanymi przeciwko organizacjom sportowym działającym w ramach hierarchicznej struktury Ruchu Olimpijskiego. U podstaw roszczeń legło przeświadczenie łyżwiarki oraz jej prawników o nieważności klauzuli arbitrażowej, gwarantującej jurysdykcję CAS w sporach pomiędzy sportowcami a organizacjami sportowymi.

W orzeczeniu stwierdzono nieważność narzuconej jednostronnie klauzuli arbitrażowej, uznając jednocześnie, iż decyzja CAS posiada moc res iudicata, gdyż Pechstein nie zakwestionowała kompetencji CAS, decydując się na złożenie odwołania od orzeczenia dyscyplinarnego ISU.

Zdecydowanie dalej poszło orzeczenie OLG, który zasądził na rzecz Pechstein odszkodowanie, uznając, iż klauzula arbitrażowa stanowi niezgodne z niemieckim prawem konkurencji nadużywanie pozycji monopolistycznej. Konstrukcja przymusowej klauzuli arbitrażowej nie została uznana przez OLG za naruszenie prawa konkurencji. Odnotowano przy tym znaczenie CAS jako instytucji przyczyniającej się do rozstrzygania sporów w świecie sportu szybko i z wykorzystaniem fachowej wiedzy grona arbitrów, zapewniającej jednolite orzecznictwo w obszarze stosowania reguł sportowych. Zdaniem OLG problem stanowił sposób wyboru arbitrów, preferencje w tym względzie na rzecz organizacji sportowych, także utrzymywanie ich zamkniętej listy, co pozwala na podanie w wątpliwość niezależności poszczególnych paneli arbitrażowych CAS.

Poglądów OLG nie podzielił BGH, posługując się przy tym zgoła paradoksalną argumentacją. Stwierdzono, iż ISU stanowi co prawda monopolistyczną organizację, ale narzucanie klauzuli arbitrażowej nie oznacza nadużywania monopolistycznej pozycji. Uznano, iż Pechstein wyraziła zgodę na klauzulę arbitrażową, dodając jednocześnie, iż zgoda ta w znacznym stopniu warunkowana była pozycją drugiej strony sporu.

W tym miejscu orzeczeniu BGH postawić można najpoważniejszy zarzut. Leżąca u fundamentu sądownictwa polubownego dobrowolna zgoda stron na poddanie sporu jego rozstrzygnięciu w sporcie de facto nie istnieje. Sposób organizacji współzawodnictwa w ramach monopolistycznego Ruchu Olimpijskiego sprawia, że sportowcy nie mają innego wyboru, jak zgodzić się na narzucany arbitraż. Inaczej nie mogliby w ogóle przystąpić do współzawodnictwa, w konsekwencji także wykonywać swojej profesji. Jeżeli chodzi o dobrowolność wyboru w sporcie, sprowadza się ona wyłącznie do wyboru możliwości uprawiania danego sportu w ogóle. Jest to swoista odmiana słynnego Hobson's choice – wyboru wszystko albo nic!

Nie oznacza to, iż w świecie sportu nie ma miejsca na przymusowy arbitraż. Wydaje się jednak, że jego uzasadnianie nie powinno się odbywać na tradycyjnej drodze, poprzez odwoływanie się do kwestii konsensualności, ale raczej na drodze postkonsensualnej poprzez wskazywanie zalet takiego arbitrażu, równoważących brak jego dobrowolności.

Drogą tą podążył BGH, wskazując, iż w przypadku arbitrażu w sporcie wyważenia wymagają interesy wspólnoty sportowej i prawa indywidualnych sportowców. Rozstrzyganie sporów przed CAS miałoby więc leżeć we wspólnym interesie wszystkich, a jest nim walka z dopingiem. Czy jednak tak postawiony cel może przykrywać niedociągnięcia sportowego wymiaru sprawiedliwości? Tak samo można by powiedzieć, iż w ramach wymiaru sprawiedliwości w sprawach karnych gwarancje oskarżonych schodzą na dalszy plan, wobec nadrzędnego celu, jakim jest walka z przestępczością. Czy takie stawianie sprawy rzeczywiście świadczy o równoważeniu interesów?

CAS gwarantuje w sporcie fachowość, szybkość oraz jednolitość rozstrzygnięć, co sprzyjać ma podtrzymywaniu esencjonalnej dla sportu równości szans. W obszarze zglobalizowanego sportu dzięki działalności CAS uformowane zostało lex sportiva, dzięki któremu wszyscy rywalizujący podlegają tym samym prawom. Różnice pomiędzy krajowymi porządkami prawnymi, które mogłyby prowadzić do zróżnicowanych rozstrzygnięć przed sądami powszechnymi w podobnych przypadkach, są zaś niwelowane.

Zbyt powierzchowne odwoływanie się do postkonsensualnego uzasadnienia arbitrażu oferowanego przez CAS budzi jednak niedosyt w orzeczeniu BGH. Wystarczy wskazać na stwierdzenie BGH mówiące, iż CAS oferuje należyte gwarancje proceduralne, które zapewniają bezstronność rozstrzygnięcia i niezależność arbitrów. Tymczasem sportowcy mają nie tylko niewiele do powiedzenia, jeżeli chodzi o wybór arbitrów, ale i możliwości podważenia wyroku CAS przed SFT pozostają niezwykle wąskie. BGH, uznając CAS za „prawdziwy sąd arbitrażowy", odwołując się przede wszystkim do aspektu „konsensualności" klauzuli arbitrażowej, niewystarczająco wyeksponował, iż w przypadku przymusowej klauzuli arbitrażowej dostarczone powinno być quid pro quo w postaci należytych gwarancji proceduralnych służących sprawiedliwości rozstrzygnięcia, na czele z równymi szansami, gdy chodzi o wybór arbitrów.

Ciąg dalszy walki?

Pechstein przygotowuje się do kontynuacji walki o prawa sportowców, tym razem przed niemieckim trybunałem konstytucyjnym Bundesverfassungsgericht (BVG). Tutaj nadzieję na pozytywne dla sportowców rozstrzygniecie przynosi słynna doktryna Solange. Analogicznie więc jak przed laty w przypadku relacji na linii instytucje i sądy UE a sądy powszechne w Niemczech, BVG mógłby sięgnąć po stwierdzenie, iż tak długo jak fundamentalne prawa są gwarantowane przed CAS, jurysdykcja sądów powszechnych może zostać wyłączona. Dodatkowym orężem w rękach Pechstein jest postępowanie przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasbourgu, gdzie jej skarga przeciwko Szwajcarii o naruszenie gwarantowanego w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka prawa do rzetelnego procesu, została przyjęta i czeka na rozpatrzenie od 2010 r.

Sprawa Pechstein służyć może jako lekcja dla wszelkich „przymusowych" sądów polubownych działających zarówno w światowym, jak i polskim sporcie. Uwagi te wydają się także adekwatne w odniesieniu do Trybunału Arbitrażowego do spraw Sportu przy PKOl (TAS PKOl). Co prawda rozstrzygając odwołania od decyzji dyscyplinarnych polskich związków sportowych TAS PKOl nie działa jak klasyczny sąd polubowny, ale jako swoisty arbitraż obligatoryjny umocowany ustawą o sporcie, wyłączającą właściwość sądownictwa powszechnego w sportowych sprawach dyscyplinarnych. Biorąc jednak pod uwagę, iż środkiem pozwalającym na wzruszenie jego orzeczeń pozostaje skarga kasacyjna do Sądu Najwyższego, przez co konstytucyjne prawo do sądu jest ograniczone, konieczne wydaje się, by gwarancje rzetelnego procesu zostały spełnione. Tak długo jak gwarancje wynikające z konstytucyjnego prawa do sądu będą odpowiednio respektowane, zarówno w przypadku sądów polubownych w sporcie, jak i TAS PKOl, nie będzie podstaw, by kwestionować ich rozstrzygnięcia. Wówczas monopol organizacji sportowych i prawa sportowców pozostaną zrównoważone.

Autor jest konsultantem z zakresu prawa sportowego w Kancelarii Adwokackiej Radke

POLECAMY

KOMENTARZE