Opinie

Michał Kanownik: Prawo autorskie potrzebuje reformy

123RF
Konsumenci powinni mieć poczucie, że pieniądze, które wydają na rzecz artystów, rzeczywiście do nich trafiają. A artyści – że ich praca jest uczciwie wynagradzana. Bez zmian w przepisach nie da się tego osiągnąć – zauważa ekspert.

Polski system finansowania artystów jest anachroniczny i nie odpowiada na wyzwania cyfrowej rzeczywistości. Potrzebny jest model, który będzie z jednej strony chronił twórców, a z drugiej prawa konsumentów w dostępie do kultury.

Jako ZIPSEE „Cyfrowa Polska", który zrzesza największych producentów sprzętu elektronicznego w Polsce, jesteśmy częścią obecnego systemu wynagradzania pracy twórców. Od urządzeń, które teoretycznie mogą służyć do legalnego kopiowania na własny użytek, odprowadzamy do organizacji zbiorowego zarządzania (OZZ) tzw. opłatę reprograficzną. Ta w swoim założeniu rekompensuje potencjalne straty dla twórców z tytułu tzw. dozwolonego użytku. Nie powinno więc nikogo dziwić, że przyglądamy się i sprawdzamy, jak potem te pieniądze są przez OZZ wydawane i czy faktycznie one trafiają do twórców. Robimy to także w interesie konsumentów, którzy przecież faktycznie z własnej kieszeni pokrywają opłatę od czystych nośników, zawartą w cenie nabywanego sprzętu.

W wywiadzie „Tantiemy należą do twórców, nie do ZAiKS", który ukazał się na łamach „Rzeczpospolitej" 3 kwietnia br., dyrektor generalny Stowarzyszenia Autorów ZAiKS Krzysztof Lewandowski zarzucił nam, że prowadząc tego typu działania kontrolne – np. poprzez ogólnopolską kampanię „Nie płacę za pałace", w której ujawniliśmy faktyczny stan kont ZAiKS, czy też za pomocą ostatnio opracowanego przez Fundację Republikańską raportu „Organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi" – próbujemy zdyskredytować działania organizacji zbiorowego zarządzania. Niesłusznie. Jesteśmy za skuteczną ochroną twórców i ich właściwym i należytym wynagradzaniem. Dlatego nie uchylamy się od płacenia opłat reprograficznych, a dostrzegając jednocześnie pewne niejasności i luki w obecnym systemie oraz z uwagi, że nie jest on dostosowany do obecnej, cyfrowej rzeczywistości, jesteśmy za jego kompleksową reformą.

Nasze stanowisko nie jest odosobnione. Pod koniec marca głos w tej sprawie zabrał również wicepremier i minister kultury prof. Piotr Gliński, który w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej słusznie zauważył, że istnieje pilna potrzeba uporządkowania kwestii instytucji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi. Jak podkreślił, nie wszystkie OZZ dobrze wywiązują się ze swoich obowiązków – robią to nierzetelnie lub nie przekazują zebranych środków autorom.

Problem z podziałem środków dla artystów

Obecny system budzi wiele kontrowersji przede wszystkim z powodu kosztów, jakie generuje dystrybuowanie środków do artystów za pośrednictwem organizacji zbiorowego zarządzania. OZZ pobierają nieraz dość spore inkaso, co powoduje, że nie wszystkie pieniądze, które konsument oddaje w ramach opłaty reprograficznej, trafiają do twórców, za to pozostają na kontach organizacji.

Spore niejasności budzi kwestia samego sposobu podziału środków, które pochodzą ze zryczałtowanych opłat, nie tylko tych pobieranych od producentów sprzętu, ale także tych, które muszą uiszczać za odtwarzanie muzyki przedsiębiorcy prowadzący np. zakład fryzjerski, sklepik czy inne punkty usługowe. Środki te dzielone są na podstawie tajemniczego algorytmu, który znają chyba tylko same OZZ i który to – jak się okazuje – premiuje głównie najbardziej znanych, popularnych wykonawców. Dlatego to do nich w większości trafiają zgromadzone pieniądze. Taki system pomija artystów mniej znanych czy niszowych. Jak wynika z badania, które w marcu przeprowadziliśmy wspólnie z portalem Patronite.pl, wśród zdecydowanej większości artystów i ich odbiorców panuje przekonanie, że obecny system oparty na podziale pieniędzy przez OZZ jest po prostu niesprawiedliwy. Przez to, w ich opinii, sytuacja polskich twórców jest zła lub bardzo zła. Ankietowani potwierdzili, że środki od organizacji zbiorowego zarządzania trafiają rzadko bądź nawet wcale do niszowych i młodych twórców, którzy dopiero rozpoczynają karierę, a którzy przecież takiego wsparcia najbardziej potrzebują.

Rozszerzenie opłaty reprograficznej na smartfony i tablety, które we wspomnianym wywiadzie postuluje dyrektor generalny ZAiKS Krzysztof Lewandowski jako remedium na zwiększenie dochodów artystów, to złe rozwiązanie. Oczywiście zwiększyłoby to środki przekazywane w ramach opłaty reprograficznej. Jednak w obecnej sytuacji, gdy podział środków jest wątpliwy, powiększyłoby budżet nie twórców, tylko samych OZZ. A ostatecznie uderzyłoby to po kieszeni zwykłych konsumentów. Przekonały się o tym kraje, w których takie rozwiązanie zastosowano. W Niemczech np. zaraz po wprowadzeniu opłaty od czystych nośników na tablety i smartfony ich ceny poszły do góry.

Warto przy tym zauważyć, że w dzisiejszym systemie finansowania pracy twórców samym problemem jest to, że nie istnieje właściwa metodologia wyliczania rzeczywistych strat dla artystów związanych z korzystaniem z poszczególnych urządzeń oraz nośników. Przy ustalaniu opłaty reprograficznej obecnie uwzględnia się jedynie zdolność danego urządzenia do wykonania kopii. Jest to sprzeczne z unijną dyrektywą o prawie autorskim (InfoSoc), która mówi, że rekompensata dla twórcy należy się jedynie wtedy, kiedy taki twórca rzeczywiście ekonomicznie stracił na sytuacji, gdy jego utwór został skopiowany. Co więcej, jego szkoda musiałaby być naprawdę znacząca. Bo w sytuacji – jak wskazywał w swoich orzeczeniach Trybunał Sprawiedliwości UE – gdy szkoda poniesiona przez podmioty praw autorskich byłaby niewielka, nie powoduje ona powstania zobowiązania do zapłaty rekompensaty. Jednak w dobie nowoczesnych technologii kopiowanie na własny użytek najczęściej nie generuje żadnych strat.

Przepisy kontra cyfrowy świat

Wyobraźmy sobie sytuację: kupimy legalnie płytę, a następnie kopiujemy ją sobie na smartfona. Staje się on wówczas dla nas narzędziem, na którym słuchamy muzyki, za którą już zapłaciliśmy. Czy powinniśmy za nią zapłacić jeszcze raz tylko dlatego, że do odtwarzania używamy innego narzędzia?

Opłata reprograficzna, której wprowadzenie zainicjowały Niemcy prawie 60 lat temu, z założenia miała być rekompensatą dla twórców za kopiowanie ich utworów na użytek prywatny, np. poprzez magnetofony i magnetowidy. Dziś opłata nakładana jest m.in. na płyty CD, odtwarzacze DVD, kopiarki, dyski twarde czy papier do drukarki. O ile nałożenie opłaty reprograficznej na urządzenia, które rzeczywiście służyły tworzeniu kopii dóbr intelektualnych korzystających z prawnoautorskiej ochrony, miało swoje uzasadnienie, o tyle przenoszenie takiego obowiązku na smartfony i tablety, które przede wszystkim służą komunikacji i internetowej rozrywce – w tym korzystania z legalnych i płatnych serwisów streamingowych służących do słuchania muzyki – jest dyskusyjne. Dzięki smartfonowi możemy się do serwisu zalogować i słuchać muzyki. Ale przecież za dostęp do takiej usługi i tak wcześniej płacimy. Przy czym warto podkreślić, że wraz ze wzrostem popularności usług streamingowych liczba kopiowanych utworów spada. Bo przecież wygodniej jest użytkownikowi słuchać czy oglądać utwory online, niż gromadzić je na danym urządzeniu. Zresztą na multimedialności smartfonów czy tabletów zyskują nie tyko konsumenci, którzy dzięki tym urządzeniom mają dostęp do kultury. Ich potencjał wykorzystują sami twórcy, którzy dzięki nim rozpowszechniają swoje dzieła.

Dyrektor Krzysztof Lewandowski kwestię opłaty reprograficznej porównał do ubezpieczenia zdrowotnego: „każdy obywatel płaci, a nie każdy korzysta". Nie zgadzam się z takim podejściem zwłaszcza w dobie serwisów streamingowych. Bo to oznacza, że konsument musi zapłacić za to samo dwa razy – raz przy opłacie za prawo do korzystania z takiego serwisu, a drugi raz przy zakupie urządzenia z funkcją kopiowania. Argument, że jest to niesprawiedliwe, podnoszony jest też w Brukseli, gdzie od miesięcy toczy się debata na temat reformy prawa autorskiego i przystosowania go do cyfrowego świata.

Trzeba zadbać o interesy twórców i konsumentów

Sądzę, że sprawiedliwy system finansowania twórców powinien godzić interesy zarówno artystów – którzy muszą być uczciwie nagradzani za swoją pracę – jak i konsumentów. Powinien mieć też charakter powszechny, tak by jego beneficjentami byli wszyscy artyści, a nie tylko ci zrzeszeni w stowarzyszeniach grupujących jedynie część autorów i wykonawców. Reformując system finansowania pracy twórców w Polsce, powinniśmy również pomyśleć o skróceniu drogi przepływu funduszy między odbiorcą a twórcą oraz zadbać o to, aby trafiały one bardziej celowo, ograniczając w ten sposób częściowo lub całkowicie koszty pobieranego dziś przez organizacje zbiorowego zarządzania inkasa. Konsumenci powinni mieć wreszcie poczucie, że pieniądze, które wydają na rzecz artystów – płacąc podatki czy inne „ukryte" opłaty, jak np. opłata reprograficzna – trafiają faktycznie do twórców. A artyści, że ich praca jest uczciwie wynagradzana.

Reformie prawa autorskiego powinien przyświecać jeszcze jeden cel: by dostęp do kultury był łatwiejszy i nieograniczany zbyt dużymi barierami finansowymi. Kultura to przecież wartość sama w sobie, która przyczynia się do rozwoju społeczeństwa poprzez poszerzanie horyzontów. Kultura jest też naszym dziedzictwem narodowym, o które należy dbać i któremu trzeba stwarzać jak najlepsze warunki do dalszego rozwoju.

Autor jest prezesem ZIPSEE „Cyfrowa Polska"

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL