Pracownik, który akurat ma ochotę na bumelkę albo chce wykonać w trakcie zwolnienia chorobowego jakąś fuchę i jednocześnie ma pecha, może trafić na... sprytnego, dociekliwego i upartego pracodawcę. Dodatkowo swoje podejrzenia zechce on zamienić w absolutną pewność i ukarać cwaniaka. A do tego potrzebny jest mu detektyw. To on, za całkiem nieskromną opłatą sprawdzi pracownika – kombinatora. Polski Sherlock ma za zadanie wyśledzić pracownika, który jest ułomny i chromy, czyli na L-4, ale tylko na papierze. Powstaje wówczas pytanie – czy tak wolno, czy prawo dopuszcza takie rozwiązanie? Czy polskiego robotnika na zlecenie polskiego pracodawcy może śledzić polski detektyw, który weźmie za to polskie pieniądze. Potem zechce on je odzyskać, obciążając pracownika kwotą wręczoną detektywowi i poinformować o wszystkim Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Pracodawcy chodzi o to, by nikt go nie okradał, a robotnikowi o dodatkowy zarobek, by wyżywić rodzinę. Tak to wygląda, ale nie jest to takie proste, tak jak to było przed wielu laty, gdy trójka aktywistów z nieodłącznym sekretarzem organizacji partyjnej sprawdzała czy, aby L-4 nie było fikcyjne.

I tutaj kończy się sfera fantazji. Pracodawca nie ma całkowitej dowolności w sposobie przeprowadzania kontroli pracownika. W przypadku, gdy w grę wchodzi podejrzenie lewego zwolnienia uprawniony do kontroli jest właściwy organ rentowy. Oznacza to, że przedsiębiorca nie powinien i nie musi korzystać z usług detektywistycznych. Może on złożyć wniosek o przeprowadzenie kontroli przez właściwy organ rentowy. Nie można więc też uznać, że przedsiębiorca poniósł jakąkolwiek szkodę, a tym bardziej, że „bumelant" przyczynił się w jakikolwiek sposób do jej powstania. I o tym właśnie powinien wiedzieć każdy przedsiębiorca.

Więcej szczegółów o tej ciekawej sprawie na kolumnie >D5 w artykule Mateusza Adamskiego „Kontrola pracownika przez detektywa jest niedozwolona".

Zapraszam do lektury także innych artykułów w najnowszym numerze „Biznesu".