Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Opinie

Alimenty: Kto zapłaci za głupotę rodzica - komentarz Ewy Usowicz

Ewa Usowicz
rp.pl
Klub fatalnych ojców rośnie w siłę. I niech się mężczyźni nie oburzają, bo fakty są takie, że 95 proc. dłużników alimentacyjnych to właśnie panowie.

Przykro patrzeć, jak dłużnicy alimentacyjni grają na nosie nie tylko własnym dzieciom, ale i państwu. Ich długi rosną w sposób zastraszający – sięgnęły już ponad 11 mld zł, a średnia przypadająca na dłużnika to aż 35 tys. zł! Około miliona dzieci nie otrzymuje alimentów.

Klub fatalnych ojców rośnie w siłę. I niech się mężczyźni nie oburzają, bo fakty są takie, że 95 proc. dłużników alimentacyjnych to właśnie panowie. Z tych ponad 11 mld zł zaległości kobiet to zaledwie 0,4 mld zł. Co gorsza, dłużnikami są w znakomitej większości ojcowie w sile wieku (36–45 lat), którzy zwykle pracują i mogliby płacić na własne pociechy. Ale nie chcą. Mało tego, gdy tylko pojawiło się świadczenie 500+, od razu znaleźli się tacy, którzy wystąpili do sądu o... obniżenie alimentów! Po co mają płacić, skoro państwo postanowiło coś do ich dzieci dorzucić?

Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego przez całe lata państwo nie było w stanie poradzić sobie z alimenciarzami. Potrafi dorwać każdego, kto nie zapłacił choćby kilku złotych podatków. Bez problemu ściąga niezapłacone mandaty, ale na alimenty nie ma sposobu. Niestety, państwo woli płacić samo, niż ścigać niefrasobliwego rodzica. Z Funduszu Alimentacyjnego utrzymuje jednak tylko dzieci najbiedniejsze – te, w których rodzinach dochód nie przekracza 725 zł na osobę. Reszta pociech, a dokładnie ich matek siłaczek, musi liczyć na siebie.

Problem w tym, że dotychczasowe pomysły na niepłacących alimentów kompletnie nie wypaliły. Nie zadziałało odbieranie im prawa jazdy, bo samochód stał się nagle dla wielu głównym narzędziem pracy. Nie skutkuje też obowiązujące od prawie dwóch lat wpisywanie alimenciarzy do rejestrów dłużników. Również dlatego, że nie wszystkie gminy ich wpisują.

Jaskółką zwiastującą zmianę wydają się regulacje przygotowane przez resort sprawiedliwości – uchwalone przez Sejm, ale jeszcze nieobowiązujące. W końcu nie trzeba będzie się zastanawiać, czy ktoś się uchyla od płacenia alimentów uporczywie czy nieuporczywie. Rodzicowi, który zalega z płatnościami stanowiącymi równowartość trzymiesięcznych alimentów, będzie grozić do roku pozbawienia wolności. Ale – co istotniejsze – alimenciarze założą elektroniczne „obrączki". Taki dozór nie tylko jest dziesięć razy tańszy niż ich utrzymanie za kratkami, ale przede wszystkim pozwala pracować. A państwu daje możliwość ustalenia, czy delikwent, który twierdzi, że nie pracuje, jednak nie chodzi do jakiejś pracy na czarno. Przydałyby się jeszcze zmiany w postępowaniu egzekucyjnym, dające komornikom większe możliwości sprzedaży zajętych alimenciarzom ruchomości.

Działania Ministerstwa Sprawiedliwości mogą jednak nie wystarczyć. Bo nie da się wygrać wojny z alimenciarzami bez poważnego zaangażowania resortu pracy. Wiele firm zatrudnia na czarno dłużników alimentacyjnych, doskonale wiedząc, że ci unikają płacenia na własne dzieci. Tymczasem pieniądze na alimenty powinny pochodzić właśnie z pracy, a nie z... odbierania ich innym dzieciom! Pomysł resortu pracy, by ściągać zaległe alimenty należne dzieciom z poprzedniego związku ze świadczeń przysługujących dzieciom z nowego (gdy rodzic nie skorzystał z oferty pracy), jest kuriozalny! Bo żadne dziecko nie powinno płacić za głupotę rodzica. ©?

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL