Opinie

Polska dyplomacja: Wschodni chaos

Ministrowie spraw zagraniczny państw Grupy Wyszehradzkiej oraz unijny komisarz Johannes Hahn podczas ostatniego szczytu Partnerstwa Wschodniego
PAP/ Marcin Obara
Polski rząd stracił motywację, a w oczach partnerów legitymację, do wspierania proeuropejskich reform w Kiszyniowie, Mińsku czy Kijowie – pisze ekspertka do spraw wschodnich z Fundacji Batorego.

Co się stało z polską polityką wschodnią? To pytanie coraz częściej jest zadawane w Europie i za Atlantykiem. Nasi sojusznicy dostrzegli, że zabrakło jednego z głównych ambasadorów unijnej polityki wobec wschodnioeuropejskich sąsiadów – Polska abdykowała z aktywnego kształtowania wspólnotowej strategii wobec Ukrainy, Rosji czy Białorusi.

Co więcej, w relacjach bilateralnych z Kijowem, zwłaszcza w kwestii znowelizowanej ostatnio ustawy o IPN, Warszawa zaczęła zachowywać się na tyle niejednoznaczne, że pojawiły się pytania o możliwy zwrot rządu Prawa i Sprawiedliwości w kierunku Rosji. Samo pojawienie się takich pytań pokazuje, że w naszej polityce wschodniej dzieje się coś, co w ciągu ostatnich dwóch dekad było absolutnie niewyobrażalne.

Satysfakcja Kremla

Polska przestała występować z inicjatywami dotyczącymi europejskiej polityki wschodniej. Od dłuższego czasu Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie organizuje i nie bierze udziału w wielostronnych wizytach w Kiszyniowie, Mińsku, a nawet Kijowie. Nie uczestniczy też w projektowaniu i implementowaniu unijnego wsparcia dla Ukrainy. Wszystko to nie jest jakimś wypadkiem przy pracy czy efektem chwilowej słabości naszej dyplomacji. Przyczyny leżą dużo głębiej – polska polityka utraciła wspólny mianownik z celami polityki unijnej. Od samego początku, czyli od momentu rozszerzenia Unii w 2004 roku, kluczowym elementem działań Brukseli wobec wschodnich sąsiadów było przekazywanie im unijnych rozwiązań ustrojowych. Temu celowi podporządkowane było całe, wypracowane przez Wspólnotę przy wsparciu Polski, instrumentarium: umowy stowarzyszeniowe, wsparcie finansowe, polityka Partnerstwa Wschodniego.

Negując dokonania własnej transformacji, a także podważając słuszność unijnego modelu liberalnej demokracji rząd Polski, stracił zarówno własną motywację, jak i legitymację w oczach partnerów do wspierania proeuropejskich reform na wschodzie. W konsekwencji nastąpiło osłabienie lobby wschodniego w Brukseli, co sprzyja przesuwaniu uwagi i środków Wspólnoty ku innym jej sąsiadom: Bałkanom i krajom Afryki Północnej. To scenariusz dobry dla Moskwy, która postrzega aktywność UE w Europie Wschodniej jako niepożądaną konkurencję dla swoich wpływów w regionie.

Rozdwojenie jaźni

Wycofanie się z unijnej polityki osłabiło także pozycję Polski wobec jej wschodnich sąsiadów. Możliwość współdecydowania o działaniach UE powodowała, że Kijów, Mińsk, a nawet Moskwa rozumiały, że jeśli chcą dogadać się z Brukselą, to powinny także porozumieć się nami. Teraz Warszawa została z sąsiadami, niejako „sam na sam", bez wsparcia unijnego autorytetu. W tej sytuacji tym bardziej znacząca stała się polska polityka skierowana bezpośrednio do wschodnich partnerów. Ta jednak zaczyna przypominać działania realizowane przez państwo o „podwójnej osobowości".

Z jednej strony rządzący jako główny element relacji ze wschodem wskazują na zagrożenia związane z agresywną polityką Rosji. Podkreśla się, że w interesie Warszawy leży ograniczanie wpływów Moskwy w regionie, a także współpraca z państwami, które podobnie jak my czują się zagrożone. Realizacją tak zdefiniowanych priorytetów było powołanie do życia wspólnej polsko-ukraińsko-litewskiej brygady, wsparcie sankcji nałożonych przez Zachód po agresji na Krym i Donbas. W politykę tę wpisuje się także dążenie do uniezależnienia Polski od rosyjskich dostaw gazu oraz sprzeciw wobec rozbudowy gazociągu północnego, który pozwoliłby Gazpromowi „ominąć" tranzyt tego surowca przez Ukrainę.

Z drugiej strony ta sama władza podsyca w Polsce antyukraińskie nastroje i przymyka oko na inspirowaną przez Kreml propagandę. Dobitną Ilustracją takiej polityki są przyjęte ostatnio poprawki do ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Ustawodawca poświęcił w noweli nieproporcjonalnie dużo uwagi (w porównaniu ze zbrodniami radzieckimi) ukraińskim zbrodniom wobec Polaków, posługując się przy tym konfrontacyjnym językiem (w ustawie użyto polskiej nazwy regionu będącego dzisiaj częścią państwa ukraińskiego) i datami zaczerpniętymi z radzieckiej historiografii. Na dodatek część ekspertów, która broni tej ustawy w prorządowych mediach, równocześnie wypowiada się w środkach masowego przekazu będących „narzędziami" rosyjskiej wojny informacyjnej.

Polityka wobec Ukrainy daje pożywkę do podejrzeń, że w Polsce następuje stopniowy zwrot ku Rosji. Wzajemne sprzeczne deklaracje i działania polskich władz pokazują jednak, że raczej nie mamy do czynienia z zaplanowaną „zmianą sojuszy", lecz chaosem wywołanym rozbieżnymi wewnątrzpolitycznymi impulsami i brakiem strategicznej wizji.

Wyobraźnia z poprzedniej epoki

Na wszystkie te elementy dodatkowo nakładają się wyobrażenia o płynących ze wschodu wyzwaniach dla naszego bezpieczeństwa. Zagrożenie ze strony Rosji postrzegane jest głównie przez doświadczenie XIX i XX-wiecznych imperialnych zachowań tego państwa. Kroki prewencyjne, takie jak dozbrajanie polskiej armii czy powołanie obrony terytorialnej, pokazują, że rząd koncentruje się na scenariuszu podboju terytorialnego. Dlatego też duże znaczenie przypisuje się obecności w Polsce amerykańskich żołnierzy. Mają oni stanowić gwarancję tego, że atak na Polskę będzie uznany przez Waszyngton za atak na obywateli USA, a więc także na ten kraj. Takie postrzeganie zagrożeń de facto odsuwa na dalszy plan znaczenie dla bezpieczeństwa Polski stosunków z Ukrainą i Brukselą.

Nie należy wykluczać scenariusza klasycznej agresji zbrojnej. Jednak dużo bardziej realne są zupełnie inne wyzwania. Rosja nie jest dzisiaj zainteresowana podbojami terytorialnymi. Jej celem jest maksymalne osłabienie Zachodu. Rozważając hipotetyczny konflikt militarny, należy raczej brać pod uwagę „wojnę zapośredniczoną" – takie toczą się obecnie w Syrii czy na Ukrainie. W obu przypadkach jednym z celów Kremla jest konfrontacja z Waszyngtonem, ale w sposób ograniczony, który nie doprowadzi do konfliktu na dużą skalę. Dlatego wojny te rozgrywają się w krajach „peryferyjnych". Wykorzystanie Polski jako „pola bitwy", np. w celu dyskredytacji sojuszu transatlantyckiego, jest bardziej realne niż klasyczna wojna imperialna. Taki scenariusz mógłby się zrealizować jedynie w przypadku dramatycznej marginalizacji naszego kraju w świecie zachodnim. Same wojska amerykańskie nie stanowią remedium na taką sytuację. Równie ważnym środkiem prewencji jest jak najmocniejsze zakorzenienie w NATO i UE, a także jak najlepsze relacje z USA i Niemcami. Tymczasem polityka międzynarodowa Polski prowadzi dzisiaj w dokładnie odwrotnym kierunku. Warszawa jest w konflikcie z Komisją Europejską, ma także najgorsze od dekady stosunki z Niemcami i USA.

Za najbardziej prawdopodobne wyzwanie w sferze bezpieczeństwa należy jednak uznać nie wojnę, ale budowanie wpływów Kremla wewnątrz Polski. Do tego idealne warunki stwarza właśnie narastający konflikt z Kijowem. Kreml może wykorzystać eskalację antyukraińskich radykalizmów do sterowania procesami politycznymi w Polsce, np. poprzez prowokacje, które pozwolą na manipulację społecznymi nastrojami. Przeciwdziałanie takim zagrożeniom wymaga profesjonalnego monitorowania i powściągania skrajnie nacjonalistycznych środowisk, stanowiących nie tylko w Polsce, ale w całej Europie naturalny teren zainteresowań Kremla, przy równoczesnym budowaniu zaufania pomiędzy państwami i narodami.

Na poziomie deklaratywnym politycy PiS często wskazują na zagrożenia płynące z rosyjskiej agentury wpływu. W wymiarze realnym, być może wbrew własnej woli, rząd kreuje dogodne warunki dla jej działania.

We władzy żywiołu

Prowadzona obecnie polityka wschodnia Polski to igranie z ogniem. Choć nie mamy do czynienia z celowym zwrotem ku Rosji, to jednak w panującym chaosie w zbyt wielu sferach następuje zbieżność działań polskich władz z działaniami i interesami Rosji, przy równoczesnym rozejściu się pozycji Warszawy z sojusznikami w UE i NATO. Coraz bardziej zaciera się też granica między ekspertami i politykami związanymi z władzą a tymi, którzy podzielają rosyjski punkt widzenia. W efekcie jest nam coraz trudniej chronić się przed zagrożeniami płynącymi z Rosji. Rząd PiS traci także wiarygodność międzynarodową, która pozwalałaby krytykować ryzykowne dla bezpieczeństwa naszego regionu kompromisy innych unijnych krajów z Moskwą. Polska potrzebuje dzisiaj jednoznacznych, opartych na prawdziwym oglądzie zagrożeń, priorytetów w polityce wschodniej.

Jeśli rząd w dalszym ciągu będzie oddawał relacje z naszymi sąsiadami zza Bugu we władanie niekontrolowanych żywiołów politycznych, to pewnego dnia Polska może ponownie znaleźć się w centrum unijnej polityki wschodniej. Tym razem nie będzie już jednak ani jej współtwórcą, ani ambasadorem. Będzie poważnym wyzwaniem dla relacji Wspólnoty z jej wschodnioeuropejskimi sąsiadami.

Autorka była ambasadorem Rzeczypospolitej Polskiej w Moskwie

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL