Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Opinie

Powracający fetysz innowacyjnej gospodarki

Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
Referaty i deklaracje sobie, a innowacje sobie. Bo innowacji nie da się „zarządzić" ani „zadeklarować" – pisze prezydent Akademii Leona Koźmińskiego.
W „Poemacie dla dorosłych" Adama Ważyka, intelektualnie wyprzedzającym polski Październik '56, można znaleźć taki oto ironiczny fragment adresowany do ówczesnych komunistycznych włodarzy naszej gospodarki:

„Słyszałem mądry referat

»Bez odpowiednio rozłożonych

Bodźców ekonomicznych

Nie osiągniemy postępu technicznego«.

Oto słowa marksisty.

Oto znajomość praw rzeczywistych,

Koniec utopii".

Dziś znów słuchamy podobnych referatów, choć ich autorzy nie deklarują się co prawda jako marksiści, ale charakteryzują się podobnym poziomem realizmu. Fetysz innowacji i innowacyjnej gospodarki wraca z zadziwiającą regularnością i z tym samym skutkiem: referaty i deklaracje sobie, a innowacje sobie. Bo nie da się ich „zarządzić" ani „zadeklarować". Błędem jest wiązanie innowacji z przełomowymi wynalazkami. Te zdarzają się tylko w wyjątkowych sytuacjach skutecznej współpracy wielkiej nauki z wielkim biznesem. W krajach średnio rozwiniętych, takich jak Polska, to mało prawdopodobne: zawsze na coś zabraknie „cierpliwych pieniędzy": albo na badania, albo na wdrożenie. Innowacje, jeśli się pojawią, wyciekają tam, gdzie gra się wielkimi pieniędzmi w technologicznego pokera.

Tropem wydatków zbrojeniowych

Oto przykład. W czasie, gdy wykładałem na UCLA i mieszkałem w Kalifornii, poznałem pewnego wynalazcę biznesmena polskiego pochodzenia, który produkował na zlecenie Departamentu Obrony niekonwencjonalne urządzenia pomiarowe. Zdziwiłem się, kiedy powiedział mi, że na rynku dostępne są zwykłe urządzenia o bardzo podobnej funkcjonalności, równie dokładne i znacznie tańsze.

– Jaki sens mają więc zamówienia dla pana firmy? – zapytałem. Wyjaśnił mi, że chodzi o to, by trzymać rękę na pulsie technologii we wczesnych fazach jej rozwoju i wykorzystać ją w pierwszej kolejności, gdy dojrzeje. To kosztuje i taka jest cena ryzyka. Na ryzyko potencjalnego marnotrawstwa mogą sobie pozwolić tylko rządowe programy wojskowe realizowane w bogatych krajach.

William H. Janeway, znany inwestor i finansowy, insider Doliny Krzemowej, w książce o roli kapitalistów dysponujących kapitałem wysokiego ryzyka (venture capitalists) w innowacyjnej gospodarce zwraca uwagę na decydującą rolę wydatków zbrojeniowych państwa. Inwestorzy prywatni i służące im instytucje finansowe podążają ich tropem. Podobnie rzecz się ma w innych krajach, które dużo wydają na zbrojenia, zwłaszcza w Izraelu. Innowacje powstają więc ze swoiście rozumianego „nadmiaru bogactwa". Tak dzieje się tylko w gospodarkach najwyżej rozwiniętych. Kraje średnio rozwinięte, zwłaszcza o dużym udziale własności państwowej, nie powinny podążać tą drogą, bo grozi im taki finał, jak gierkowskiej Polsce.

W krajach średnio rozwiniętych, gdzie pieniądze można wydawać tylko na dobrze uzasadnione cele o wysokim prawdopodobieństwie realizacji, gospodarkę napędzają nieznane na rynku zastosowania istniejących już rozwiązań technologicznych, ekonomicznych (finansowych) i społecznych. Nie są to więc wynalazki, tylko raczej lokalne „odkrycia".

Aby zilustrować tę tezę, posłużę się przykładami dwóch absolwentów Akademii Leona Koźmińskiego. Pierwszy z nich, nazwijmy go p. Maciejem, po skończeniu studiów znalazł się w prowincjonalnym ośrodku, gdzie wypadło mu prowadzić rodzinny biznes: małą agencję turystyczną. Biznes szedł kiepsko ze względu na coraz częstsze zastosowanie internetu i konkurencję agencji z niedalekiego ośrodka wielkomiejskiego. Pewnego razu p. Maciej spotkał przypadkiem kompletnie zagubioną parę Amerykanów polskiego pochodzenia, którzy wybrali się w tamte strony na poszukiwanie korzeni rodzinnych. Z udzielonej im pomocy zrodziła się innowacyjna koncepcja biznesu. Obejmuje „szytą na miarę usługę": przygotowanie drzewa genealogicznego przez historyków na podstawie dostępnych dokumentów, zorganizowanie wizyty w rodzinnych stronach i spotkań z rodziną. Biznes rozwija w oparciu o ten na pozór prosty pomysł.

Pan Waldek jest właścicielem niewielkiego przedsiębiorstwa wyspecjalizowanego w mechanice precyzyjnej. Przez lata był podwykonawcą urządzeń dla koncernów samochodowych i całkowicie uzależnił się od ich zleceń. Kryzys 2008 r. niemal z dnia na dzień pozbawił go chleba.

Niszę na rynku p. Waldek dostrzegł w kinie, oglądając za pomocą okularów seans 3D. Zainteresował się, co się dzieje z tymi okularami po jednorazowym użyciu. Okazało się, że ich mycie, dezynfekcja i pakowanie są kłopotliwe i kosztowne. Zaprojektował więc i wyprodukował swego rodzaju automatyczną pralkę spełniającą wszystkie te funkcje szybko, tanio i niezawodnie.

Udało mu się przekonać do swojej oferty wielkie, międzynarodowe sieci kin i dzisiaj w skali tej globalnej niszy jest podmiotem dominującym. Obecnie rozważa zastosowanie swoich urządzeń do mycia soczewek laboratoryjnych. Tak zrodził się na moich oczach polski „hidden champion" (czyli „mały mistrz"), nawiązując do tytułu znanej książki Hermanna Simona.

Warunki powodzenia

Czynniki, które warunkują pojawianie się takich „innowacji biednego człowieka" jak opisane wyżej, są wyraźnie widoczne i dość banalne. Przede wszystkim chodzi o dostępność masowych międzynarodowych rynków, o zdolność dotarcia do niewielkich na pozór nisz, które w skali globalnej zapewniają nieograniczone niemal możliwości rozwoju biznesu. W tym celu potrzebny jest odpowiedni poziom i praktyczny charakter wykształcenia, znajomość języka (angielskiego) i świata, no i oczywiście swoboda poruszania się w sieci.

Ważne są także obowiązujące w danym społeczeństwie wzorce kulturowe wspierające lub nie działania przedsiębiorcze. Duże znaczenie ma przyjazne biznesowi stabilne otoczenie instytucjonalno-prawne. W dalszej kolejności przedsiębiorcy wymieniają wysokość podatków i dostępność finansowania. Kluczem do innowacji nie są więc pieniądze na inwestycje, lecz ludzka aktywność określana mianem przedsiębiorczości.

Potencjał absorpcji przez globalne rynki już istniejących innowacji jest daleki od pełnego wykorzystania. Z badań przeprowadzonych w USA nad 700 różnymi zawodami i stanowiskami pracy wynika, że 47 proc. spośród nich można by już dzisiaj zastąpić systemami technicznymi, czyli innowacjami procesowymi. Dlaczego tak się nie dzieje? Spójrzmy na to zagadnienie z punktu widzenia przedsiębiorstw, pomijając względy makro ekonomiczne i polityczne zawarte w przerażającej perspektywie 40-proc. bezrobocia.

Przedsiębiorcy wstrzymują się przed automatyzacją procesów z dwóch powodów. Po pierwsze, ze względu na stale rosnącą w skali globalnej podaż bardzo taniej siły roboczej, która jest coraz lepiej wykształcona. W zglobalizowanej gospodarce stwarza to olbrzymie możliwości optymalizacji łańcuchów wartości i łańcuchów zaopatrzenia.

Po drugie, hamulcem innowacyjności jest pewna prawidłowość ekonomiczna zwana od końca lat 80. zeszłego wieku paradoksem Solowa. Polega ona na tym, że wzrostowi nakładów na technologie informacyjne (stanowiące dziś niezbędny element każdej innowacji) nie towarzyszy wzrost produktywności i tworzenie lepszych miejsc pracy.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL