Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Opinie

Czy jesteśmy skazani na nowy nacjonalizm?

Jacek Tomkiewicz
materiały prasowe
Dzisiejszy wzrost poparcia dla populistów i nacjonalistów jest skutkiem długotrwałych procesów społecznych i gospodarczych.

Do napisania tekstu skłoniła mnie lektura ciekawego artykułu prof. Andrzeja Koźmińskiego (2 lutego 2017 r.), w którym autor nawiązuje do koncepcji tzw. nowego pragmatyzmu – idei/doktryny stworzonej przez prof. Grzegorza Kołodkę. Nowy pragmatyzm na być odpowiedzią na strukturalne problemy dzisiejszej gospodarki światowej, takie jak rosnące nierówności społeczne, narastające zmiany klimatyczne czy wymykające się spod kontroli masowe migracje.

Powody społecznego niezadowolenia

Prof. Koźmiński nie kwestionuje poprawności i sensowności rozwiązań nowego pragmatyzmu, które w dużym skrócie polegają na światłej ingerencji państwa (rozumianego szeroko, jako narodowy i ponadnarodowy układ instytucjonalny) w mechanizm rynkowy, ale wskazuje, że w dzisiejszych warunkach niestety wygrywają nacjonalizmy, czego wyrazem jest Brexit, prezydentura Donalda Trumpa czy rosnące poparcie dla populistycznych nacjonalistów w wielu krajach Europy. Zamiast więc postępującej integracji i koordynacji polityki gospodarczej w skali globalnej, obserwujemy raczej zapowiedzi izolacji poszczególnych gospodarek za pomocą ceł, barier handlowych czy blokowania migracji.

Trudno nie przyznać racji prof. Koźmińskiemu, że tendencje protekcjonistyczne trafiają dziś na bardzo żyzny grunt społeczny, ale warto się zastanowić, dlaczego społeczeństwa wielu krajów postanowiły odrzucić zastany obraz gospodarki i zwróciły się ku populistom. Oczywiście można wskazywać, że niedoinformowani wyborcy są cynicznie manipulowani przez tabloidy i nowoczesne instrumenty marketingu politycznego, ale problem moim zdaniem jest głębszy.

Ludzie po prostu powiedzieli „dość", widząc, jak bardzo rosnący dobrobyt jest nierówno podzielony. Właściwie to powinniśmy się dziwić, że na wybuch niezadowolenia społecznego czekaliśmy tak długo.

Nierówności dochodowe w większości krajów wyraźnie rosną już od lat 80. Znowu należy przyznać rację prof. Koźmińskiemu, że za podział dochodu w dużej mierze są odpowiedzialne obiektywne procesy wynikające z charakteru bieżącej fazy globalizacji.

Połączenie mobilności kapitału i przepływów towarowych przy jednoczesnej ograniczonej skali migracji siły roboczej (około 95 proc. ludzi w skali świata pracuje w tym samym kraju, w którym się urodzili) mocno ogranicza siłę przetargową pracowników. W tym samym czasie postęp techniczny zmniejsza popyt na niskie kwalifikacje, natomiast w cenie są ci, którzy potrafią posługiwać się nowoczesnymi technologiami, oraz innowatorzy i twórcy wysokiej wartości dodanej w takich obszarach jak nauka, rozrywka czy sztuka.

Mamy więc mieszankę mechanizmów, które powodują, że jednocześnie spadają wynagrodzenia (udział płac w PKB maleje w większości krajów świata) i mocno zwiększa się premia za wysokie kwalifikacje i innowacyjność, więc rosną nierówności dochodowe na skutek coraz większej roli dochodów kapitałowych oraz rozwarstwienia w płacach. Warto jednak pamiętać, że państwo ma instrumenty, którymi można korygować rynkowy rozkład dochodu, więc ostateczny podział dochodów i majątków w społeczeństwie jest także decyzją polityczną.

W tych samych warunkach otwartości na globalne procesy gospodarcze w Skandynawii udaje się utrzymać niewielkie rozwarstwienie, a w Brazylii w czasie prezydentury Ignatio da Silvy można było łączyć szybki wzrost gospodarczy z malejącymi nierównościami.

W zdecydowanej jednak większości krajów wybrano inny model polityki gospodarczej oparty na doktrynie neoliberalnej. Obiektywne mechanizmy gospodarcze powiększające nierówności były więc wzmacniane przez spadającą skalę progresji podatkowej, ograniczanie opodatkowania kapitału czy postępującą deregulację sektora finansowego.

Dwie prawidłowości

Pytanie więc, dlaczego wyborcy w USA czy Wielkiej Brytanii wybierali rozwiązania ewidentnie sprzyjające niewielkiej grupie społecznej. Przecież według tzw. teorii przeciętnego wyborcy rosnące nierówności dochodowe powinny automatycznie wynieść do władzy ugrupowania postulujące zmniejszenie rozwarstwienia poprzez instrumenty podatkowe czy regulację rynku pracy. To, że tak długo społeczeństwa akceptowały pogłębiające się rozwarstwienie dochodowe i majątkowe, wynika moim zdaniem głównie z dwóch prawidłowości: politycznej i gospodarczo-społecznej.

Po pierwsze – przez długi okres w wielu krajach wysoko rozwiniętych nastąpiło wyraźne zbliżenie między programami gospodarczymi poszczególnych partii politycznych. Nikt nie kwestionował, że celem polityki gospodarczej ma być maksymalizacja dynamiki PKB.

W dyskursie publicznym wyraźnie można było wskazać utrwalenie się tzw. poprawności politycznej polegającej w skrócie na stwierdzeniu: co dobre dla biznesu, siłą rzeczy jest dobre dla gospodarki. W dużej mierze zatarł się dyskurs między lewicą a prawicą w obszarze polityki gospodarczej.

Takie postulaty jak uelastycznianie rynku pracy, niskie podatki czy ograniczanie biurokracji to elementy programów politycznych partii zarówno z lewej, jak i prawej strony sceny politycznej. Warto tutaj przytoczyć kilka znamiennych faktów z różnych krajów, które wskazują, że nawet ugrupowania lewicowe/prospołeczne ewidentnie realizowały politykę działającą na rzecz pogłębiania nierówności:

– decyzja o znacznej obniżce podatku od zysków przedsiębiorstw (obniżka stawki CIT z 27 do 19 proc. i tzw. liniowy PIT dla przedsiębiorców w 2003 roku) została podjęta w Polsce w czasie rządów lewicowych,

– kolejne zmniejszenie obciążeń fiskalnych w roku 2007 (obniżka składki rentowej i spadek górnej stawki PIT, co dało wyraźnie wyższe korzyści bogatszym) nastąpiło za rządów PiS, które to ugrupowanie samo siebie sytuuje jako opcję konserwatywną w obszarze światopoglądowym i prospołeczną w kwestiach gospodarczych,

– głęboka reforma rynku pracy (tzw. reforma Hartza z roku 2003) polegająca w dużej mierze na ograniczeniu przywilejów pracowniczych została przeprowadzona w Niemczech w czasach rządów SPD,

– zasadnicza deregulacja sektora finansowego w USA polegająca na uchyleniu ustawy Glassa-Steagalla (rozdzielenie bankowości inwestycyjnej i depozytowo-kredytowej) nastąpiła w roku 1999, czyli w czasie rządów prezydenta B. Clintona, który reprezentował mających konotację prospołeczną demokratów.

Po drugie – mimo tego, że struktura podziału wytworzonego dochodu szybko zmienia się na korzyść bogatszych, to jednak niezaprzeczalny jest fakt przyrostu ogólnego poziomu życia zasadniczej części społeczeństwa. Ważnym elementem, który miał znaczenie szczególnie w USA dla spolegliwej postawy większości społeczeństwa, była także konsumpcja finansowana kredytem.

Dochody realne większości pracowników wprawdzie prawie nie rosną, ale niskie stopy procentowe, polityka państwa wspierająca udzielanie kredytów hipotecznych (działalność agencji Freddie Mac i Fennie Mae) i wreszcie dostępność całej gamy instrumentów finansowych (karty kredytowe, pożyczki hipoteczne, kredyty studenckie, systemy zakupów ratalnych itd.) sprawiają, że dzięki rosnącemu zadłużeniu można utrzymywać wysoką dynamikę konsumpcji, co niestety skończyło się bolesnym dostosowaniem po wybuchu kryzysu.

Innym przykładem „kupowania" spokoju społecznego w warunkach rosnących nierówności jest dostarczanie dóbr publicznych na kredyt, czyli finansowanie hojnych programów socjalnych długiem publicznym. Na krótką metę można łączyć wysokie wydatki społeczne i stosunkowo niskie podatki – zadowoleni są zarówno wyborcy, jak i właściciele kapitału. Przykład Grecji pokazuje jednak dobitnie, że taka polityka prędzej czy później kończy się katastrofą gospodarczą ze swymi negatywnymi skutkami zarówno dla beneficjentów programów społecznych, jak i biznesu, którego dochody w warunkach recesji szybko się kurczą.

Kolejny sposób zapewnienia poparcia politycznego przy pogłębiającej się skali nierównowagi dochodowej i majątkowej można znaleźć w Chinach. W kraju, którego gospodarka jest nominalnie wciąż socjalistyczna i centralnie kierowana, nierówności dochodowe są wyższe niż w kapitalistyczno-liberalnych Stanach Zjednoczonych. Chińczycy jednak nie wychodzą na ulicę, bo ogólny poziom dochodu tak szybko rośnie, że nawet ci z dolnych przedziałów rozkładu dochodu notują zasadniczą poprawę jakości życia.

Jednak szybki wzrost gospodarczy w Chinach także ma swoją cenę. Jest nią przede wszystkim zdewastowane środowisko naturalne, czego wymiernym przykładem jest pekiński smog.

Poprawność polityczna odsunięta na bok

Dzisiejszy wzrost poparcia dla populistów i nacjonalistów jest więc skutkiem długotrwałych procesów społecznych i gospodarczych. Poprawność polityczna ewidentnie już nie obowiązuje i wygrywają tacy jak Trump, Farage czy Marine Le Pen, którzy wprost twierdzą, że nie zamierzają słuchać rad i wskazówek ekspertów, bo ci reprezentują skompromitowany establishment.

Finansowanie konsumpcji kredytem prywatnym i publicznym musi być ograniczane wobec wysokich poziomów długu publicznego. W dużej mierze można więc zrozumieć wyborców Trumpa czy głosujących za Brexitem, którzy nie akceptują obecnego kształtu gospodarki będącego w dużej mierze efektem wieloletniej polityki opartej na neoliberalnych założenia.

Trzeba jednak jasno pokazywać, że zastosowanie rozwiązań proponowanych w nurcie nowego nacjonalizmu będzie miało odwrotny skutek dla spójności społecznej, niż wskazują to jego propagatorzy.

Wysokie cła na import z Chin czy Meksyku to przede wszystkim wyższe ceny dla konsumentów, głównie tych uboższych, bo bogatsi kupują raczej usługi, które w ograniczonym stopniu podlegają przepływom międzynarodowym.

Wymuszona reindustrializacja jest także w dużej mierze mrzonką, bo postępu technicznego (automatyzacji) nie da się odwrócić, a różnice w kosztach pracy między USA a Meksykiem czy Chinami są zbyt wysokie, aby opłacało się przenosić miejsca pracy.

Powstrzymywanie migracji, kiedy społeczeństwa Zachodu szybko się starzeją, też jest antyskuteczne. Z publicznej służby zdrowia i państwowych systemów emerytalnych korzystają przecież raczej ubożsi niż bogaci, więc bez dostępu do siły roboczej (podatników) z zagranicy będzie coraz trudniej finansować dobra publiczne.

Podsumowując, prof. Koźmiński słusznie wskazuje, że na realizację założeń nowego pragmatyzmu trudno liczyć w dzisiejszych warunkach, kiedy szerokie poparcie zyskuje raczej nowy nacjonalizm. Nie można poprzestać na takim stwierdzeniu, bo oznacza to akceptację rządów tych, którzy może dobrze odgadują potrzeby społeczne, ale rozwiązania, jakie proponują, nie tylko nie rozwiązują problemów nierówności dochodowych i majątkowych, ale nawet mogą je pogłębić.

Trzeba uświadamiać, że takich problemów, jak opodatkowanie dochodów kapitałowych, regulacje sektora finansowego, ochrona konkurencyjności rynków i praw konsumentów, zmiany klimatyczne czy masowe migracje, nie da się skutecznie rozwiązać na polu polityki narodowej. Konieczna jest więc coraz dalej idąca integracja i koordynacja w skali globalnej.

—śródtytuły pochodzą od redakcji

Autor jest doktorem ekonomii, wykładowcą w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL