Szułdrzyński: Z Berlinem po drodze

aktualizacja: 07.02.2017, 22:12
Foto: Fotorzepa, Waldemar Kompała

Wizyta kanclerz Angeli Merkel w Warszawie to jaskółka zwiastująca normalizację w polskiej polityce zagranicznej. Przez ostatnie miesiące często przesadnie skupiała się ona na tym, by dawać świadectwo wstawania Polski z kolan, zamiast na załatwianiu kluczowych dla naszego kraju interesów.

REDAKCJA POLECA

Tymczasem wiele wskazuje na to, że niemiecka kanclerz przyjechała do Warszawy w interesach. Trudno uwierzyć, że kilka miesięcy przed wyborami, które rozstrzygną nie tylko przyszłość Niemiec, ale też kierunek, w którym pójdzie cała Europa, Merkel chciała złożyć li tylko kurtuazyjną wizytę.

Kanclerz Niemiec nie przyjechała poklepywać nas po ramieniu. Dawno już minęły czasy, gdy Polacy ekscytowali się samym faktem, że przybywa jakiś ważny światowy polityk. Merkel jednak nie przyjechała też pouczać polskiego rządu, choć sprawiła mu przykrą niespodziankę, gdy niemal na początku wspólnej konferencji prasowej z Beatą Szydło rzuciła kilka gorzkich słów o wadze wolnych mediów, niezależnego sądownictwa i samorządności. Wyraziła również nadzieję na to, że dialog rządu w Warszawie z Komisją Europejską w sprawie sporu o Trybunał Konstytucyjny jest konstruktywny. Być może Merkel chciała pokazać, że nie zamierza żyrować wszystkich budzących w Europie kontrowersji działań rządu PiS. Równocześnie kanclerz doskonale wie, że jeśli skupi się na pouczaniu polskiego rządu czy PiS, nie załatwi nic ani z Beatą Szydło, ani z Jarosławem Kaczyńskim.

Niemcy są dla Polski najważniejszym partnerem handlowym. Są też kluczowym graczem w regionie, a zarazem najważniejszym rozgrywającym w Unii Europejskiej. Dlatego dobrze, że wracamy w relacjach z Niemcami do zasady „biznes jak zawsze". Tym bardziej że środowa wizyta Angeli Merkel pokazała, iż paradoksalnie jej gabinet oraz rząd PiS coraz więcej łączy, niż dzieli. Choć spieramy się o gazociąg Nord Stream 2 czy o status polskiej mniejszości w Niemczech, choć polskie i niemieckie władze diametralnie różnią się w podejściu do kryzysu migracyjnego, widać, że w kilku sprawach o strategicznym znaczeniu Warszawa i Berlin mają podobne zdanie. Przykład? Świadomość konieczności większych nakładów na zbrojenia, wzmacniania wschodniej flanki NATO, ryzyka, jakim dla europejskiego porządku jest agresywna polityka Putina, konieczność zachowania zasad wspólnego rynku w UE czy niedopuszczenie do rozpadu Unii. Dzieli nas przeszłość, ale łączy gospodarka.

Warto więc przy tej okazji przemyśleć wzajemne relacje na nowo, po to, by z tych punktów, które nas łączą, uczynić rdzeń wzajemnej współpracy. Wszak z żadnym z naszych bliskich partnerów nie zgadzamy się w 100 proc. Z Węgrami inaczej oceniamy Moskwę, z Litwinami spieramy się o Polaków w ich kraju itd. Ale żyjąc we wspólnej Europie Środkowej, warto tak układać relacje, by na współpracy jak najwięcej zyskiwać i by sprawy sporne czyniły jak najmniejsze szkody. Taki właśnie był cel, który przyświecał ponad pół wieku temu przywódcom, którzy położyli fundament pod dzisiejszą Unię Europejską.

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE