Nowe technologie

Robotyzacja jak w starożytnym Rzymie. Niewolnicy kontra bogacze

Każda wielka cywilizacja została zbudowana na niewolniczej sile roboczej – to przesłanie futurystycznego filmu „Blade Runner 2049”
AFP
Postęp w automatyzacji może doprowadzić do stworzenia społeczeństw przypominających starożytny Rzym. Z gospodarką opartą na pracy niewolniczej, garstką dekadenckich potentatów czerpiących z tego profity i masą ludzi uzależnionych od świadczeń społecznych.

Pisanie o przyszłości, jaką nam niesie postęp technologiczny, to wbrew pozorom śliski temat. Ileż to już bowiem razy przekonywano, że postęp techniczny doprowadzi do postępu społecznego. Że czeka nas świetlana przyszłość, w której niemal wszyscy będą żyć w dobrobycie i pracować tylko dla przyjemności. Roboty miały wykonywać wszelkie ciężkie i niebezpieczne prace, nad ulicami miały śmigać latające samochody, pospolite choroby miały być całkiem wyeliminowane, a na Marsie miały powstawać pierwsze ludzkie kolonie.

No cóż, ten stan nie został jeszcze osiągnięty, ale powoli zmierzamy w tym kierunku. Badania nad sztuczną inteligencją prowadzone przez rządy i wielkie korporacje przynoszą intrygujące odkrycia. Roboty, automaty i algorytmy zaczynają wygryzać ludzi z pracy. A internet doprowadził do powstania nowych form działalności gospodarczej, których symbolem jest m.in. firma przewozowa Uber. Ekonomiści tworzą już prognozy mówiące, jak szybko proces automatyzacji zagrozi poszczególnym branżom i krajom. I tak np. według szacunków firmy PwC z 2017 r. istnieje ryzyko, że w ciągu najbliższych 15 lat z powodu automatyzacji zagrożone zniknięciem będzie 38 proc. etatów w USA, 35 proc. w Niemczech, 30 proc. w Wielkiej Brytanii i 21 proc. w Japonii.

– W następnej dekadzie roboty odbiorą ludziom połowę miejsc pracy – przewiduje Kai-Fu Lee, założyciel funduszu Sinovation Ventures i zarazem ceniony chiński ekspert ds. nowych technologii. Christopher Pissarides, zdobywca ekonomicznego Nobla w 2010 r., wykładowca London School of Economics, wskazuje, że automatyzacja już doprowadziła do zahamowania wzrostu płac na świecie. – Widzimy, jak odnoszący sukcesy przedsiębiorcy z branży technologicznej stają się bogatsi, a jednocześnie komputeryzacja i robotyzacja nic nie zrobiły dla ludzi z gorzej opłacanych zawodów, takich jak woźni i sprzątaczki. Trudno się więc spodziewać, by wynagrodzenia gorzej opłacanych rosły – mówi Pissarides. Ta wielka transformacja gospodarcza dopiero się zaczyna i trudno powiedzieć, dokąd nas zaprowadzi. Warto więc rozważyć wszystkie scenariusze, w tym te najbardziej pesymistyczne. Jeden z nich mówi, że robotyzacja pod względem społecznych cofnie rozwinięty świat do stosunków znanych z okresu Cesarstwa Rzymskiego.

Chleba i igrzysk

Każda wielka cywilizacja została zbudowana na niewolniczej sile roboczej – mówi w filmie „Blade Runner 2049" Niander Wallace, prezes Wallace Corporation, firmy produkującej replikantów, czyli androidów przypominających ludzi. Jego koncern jest największą potęgą tego świata. Wallace wszak zapewnia gospodarce replikancką siłę roboczą. Jego produkty zajmują tam wszelkiego rodzaju pozycje zawodowe – od asystentki prezesa (i zarazem specjalistki od „mokrej roboty"), poprzez policjantów patrolujących ulice po prostytutki. Ludzie albo zajmują tam wyższe stanowiska, albo gdzieś wegetują w wielkomiejskiej dżungli. Choć nikt wprost nie mówi, że oligarchowie oraz replikanci wygryźli z gospodarki klasę średnią oraz ludzi wykonujących słabiej opłacane zawody, obserwując świat „Blade Runnera", właśnie takie można odnieść wrażenie. Mroczna wizja przyszłości? Czy może jednak déja vu?

Coś podobnego ludzkość już przechodziła. Państwem, w którym niewolnicza siła robocza stanowiła filar gospodarki, było m.in. Cesarstwo Rzymskie. Niewolników zatrudniano wówczas masowo w latyfundiach należących do rzymskich potentatów. Pracowali na roli, w zakładach rzemieślniczych, przy wielkich projektach budowlanych, jako służący, nauczyciele, lekarze, gladiatorzy oraz świadczyli usługi seksualne. Amerykański, katolicki autor Michael E. Jones zauważył w swojej pracy „Jałowy pieniądz", że na dłuższą metę prowadziło to do degeneracji rzymskiej gospodarki. Potentaci stawali się coraz bogatsi i coraz bardziej dekadenccy. Ekonomicznie przegrywali drobni rolnicy (często potomkowie weteranów, którym Republika i Cesarstwo przydzielały ziemię za służbę na wojnach prowadzonych przez Rzym). Przyjęty model gospodarczy deprecjonował ludzką pracę. Była ona przecież domeną niewolników, a wolny Rzymianin nie chciał się zniżać do ich poziomu. Zresztą i tak miał małe szanse w konkurencji na rynku pracy, w sytuacji gdy stale napływała na niego siła robocza, której nie trzeba było płacić. Rosły więc nierówności majątkowe w Rzymie. Obok garstki potentatów istniała rzesza biednych obywateli, którym państwo zapewniało darmowy chleb oraz igrzyska.

Model ten się załamał i długo wyglądało na to, że nie da się go powtórzyć. Postęp w robotyce może jednak sprawić, że nasza cywilizacja wkroczy na podobną drogę. W nadchodzących dekadach robotów niewolników będzie przybywać i przy okazji będą one wypierać pracowników ludzi z poszczególnych branż. Autonomiczne pojazdy zmniejszą popyt na pracę kierowców tirów i taksówkarzy. Coraz więcej robotów powinno też pracować w fabrykach i na budowach. Pojawiają się już one w restauracjach i są eksperymentalnie wykorzystywane do opieki nad ludźmi starszymi. Nie są bezpieczne też zawody artystyczne. Zmarli aktorzy odtwarzani byli cyfrowo w nowych filmach z cyklu „Gwiezdne wojny", a w Japonii wielką popularność zdobywają wirtualne idolki takie jak Hatsune Miku (której głos i holograficzny wizerunek są generowane przez programy komputerowe).

Maszyny mogą wypierać ludzi nawet z najstarszego zawodu świata. Istnieją już przecież pierwsze domy publiczne z seksrobotami, które wraz z postępem technologicznym będą zapewniały ich użytkownikom coraz bardziej realistyczne doznania. Możliwe, że między nimi a ludźmi będą się też rodziły relacje emocjonalne, podobne do uczuć głównego bohatera „Blade Runnera 2049" do jego holograficznej dziewczyny Joi. – W przyszłości związki z robotami mogą być atrakcyjną alternatywą dla osób wyeliminowanych z tradycyjnego życia towarzyskiego, o których losach często opowiada w swych powieściach Houellebecq. Wizja związków z seksualnymi robotami spodobałaby się dekadentom takim jak Baudelaire, którzy w swym buncie przeciwko naturze zwrócili się ku afirmacji tego, co sztuczne i nienaturalne. Związek z robotem mógłby stać się także dla wielu artystów źródłem skandalizującej sławy wzorowanej na przykładzie Kokoschki, który żył z lalką zastępującą mu byłą kochankę Almę Mahler – mówi „Plusowi Minusowi" Łukasz Czajka, filozof kultury z Instytutu Kulturoznawstwa Uniwersytetu Adama Mickiewicza.

Oprócz stopniowo rosnącej armii robotów niewolników mamy też potentatów, którzy z pracy tej armii mogą żyć, oraz masy gorzej zarabiających ludzi, którym grozi utrata zajęcia. Właściciele robotów, oligarchowie i wielkie koncerny będą oczywiście dążyli do tego, by na tej wielkiej technologicznej transformacji maksymalnie skorzystać. Ludzi zaś może da się wysłać na minimalny dochód gwarantowany czy inne zasiłki. Państwo zapewni im chleb, wielkie koncerny zajmą się igrzyskami.

Przyszłość nie taka mroczna?

W ten sposób zrealizuje się scenariusz, który możemy nazwać roboczo „Nowym Rzymem". – Jest on możliwy pod warunkiem pojawienia się grup zdeterminowanych do jego zrealizowania. Mniejszość reprezentowana przez elity korporacyjne może być zainteresowana przyspieszeniem procesów powszechnej automatyzacji wszystkich sfer naszego życia, jeśli tylko będzie to biznesowo opłacalne. Opór takim procesom może jednak stawić większość pracowników najemnych obawiających się wegetacji na bezrobociu. Pomóc w akceptacji powszechnej automatyzacji może zapewnienie dochodu gwarantowanego oraz ogólna dostępność zaawansowanych, ale jednoczenie tanich robotów wyręczających ludzi w codziennych obowiązkach domowych. Posiadanie takiego robota sługi może wytworzyć złudne poczucie arystokratycznej wyższości, gdyż to właśnie przedstawicielom szlachty przysługiwał przywilej niepracowania i bycia obsługiwanym – wskazuje Czajka.

– W takim scenariuszu będziemy mieli już nawet nie klasyczny, znany z marksizmu model, w którym proletariat sprzedaje swoją siłę roboczą, a kapitaliści udostępniają środki produkcji, tylko sytuację, w której ten proletariat nie ma już niczego do sprzedania, bo nikt nie chce kupić jego pracy. Zwłaszcza jeśli będziemy mieć do czynienia ze sztuczną inteligencją, która zastąpi ludzi również w branżach kreatywnych. Palący staje się problem automatyzacji zawodów, które były uznawane za bezpieczne. Spójrzmy np. na zawód tłumacza. Studia filologiczne w Polsce są bardzo popularne, a tymczasem Google Translate oraz inne narzędzia stają się coraz lepsze. Mogę się założyć, że w ciągu dekady Google Translate zda egzamin państwowy na tłumacza. I wówczas cały zawód znika – mówi „Plusowi Minusowi" Maciej Jagaciak, foresight engineer w 4CF, warszawskiej firmie wyspecjalizowanej w prognozowaniu strategicznym.

Oczywiście taki scenariusz nie jest przesądzony. Stanąć mu na przeszkodzie mogą np. pewne ograniczenia techniczne. Możliwe też, że rozwój technologiczny doprowadzi do powstania całych gałęzi zawodów, które obecnie nie istnieją. Nie ma już w naszej gospodarce zapotrzebowania na osoby zapalające latarnie gazowe na ulicach, ale 100 lat temu nie istniał popyt na programistów komputerowych.

– Scenariusz powrotu do sytuacji ze starożytnego Rzymu opiera się na kilku założeniach, które są problematyczne. Pierwszą rzeczą, którą musimy wziąć pod uwagę, jest to, na ile jest możliwe stworzenie tzw. ogólnej sztucznej inteligencji, czyli maszyn, które mogłyby skutecznie konkurować z ludźmi na rynku pracy. Obecnie zakłada się, że może to będzie możliwe techniczne, co ma wynikać choćby z prawa Moore'a (mówiącego, że ekonomicznie liczba tranzystorów w układach scalonych podwaja się w niemal równych odstępach czasu, co około dwa lata – red.). Tymczasem gdy patrzymy na wzrost mocy obliczeniowej dostępnej za 1 tys. dolarów, to on w ostatnich latach wyhamowuje. Zwolennicy osiągnięcia tego poziomu ogólnej sztucznej inteligencji do roku 2050 zakładają, że w jakiś sposób poradzimy sobie z obecnymi ograniczeniami technicznymi produkcji procesorów. Jeżeli faktycznie tak się stanie, to możemy przyjąć również założenie, że tak samo poradzimy sobie z problemami społecznymi. Już zresztą pojawiają się propozycje regulacji zarządzania pracą i kapitałem w zrobotyzowanej gospodarce – uważa Jagaciak.

– Automatyzacja nie jest zjawiskiem nowym, a wraz z postępem technologicznym miejsc pracy często było więcej niż mniej. Na pewno dojdzie do zmiany strukturalnej na rynku pracy. Na przykład więcej osób będzie pracowało przy konserwacji infrastruktury związanej z tzw. internetem rzeczy. Spełnienie się wizji „świata bez pracy" będzie zależało nie tyle od postępu technologicznego, ile od tego, co z tym postępem zrobimy. Można sobie wyobrazić sytuację, w której zyski z automatyzacji będą dzielone między obywateli, a także sytuację, w której nastąpi jeszcze większa koncentracja tych zysków w rękach kilku gigantów – mówi „Plusowi Minusowi" Filip Konopczyński, ekspert z Fundacji Kaleckiego.

Nawet w czarnym scenariuszu popyt na ludzką pracę całkowicie nie zniknie. Ktoś będzie musiał doglądać armii robotów zatrudnionych w fabrykach oraz towarzyszącej im infrastruktury. W wielu sektorach roboty i ludzie będą pracowali obok siebie. Tak jest już np. w przemyśle motoryzacyjnym. Według danych Międzynarodowej Federacji Robotyki w tej branży w USA w latach 2010–2015 zainstalowano 60 tys. robotów przemysłowych. W tym samym czasie liczba pracowników tego sektora zwiększyła się o 230 tys. W niemieckiej branży motoryzacyjnej w latach 2010–2015 liczba robotów wzrosła o 14 tys., a zatrudnienie o 90 tys. osób. McKinsey Global Institute szacuje zaś, że w 90 proc. branż nie da się w przyszłości przeprowadzić pełnej automatyzacji. Zresztą czasem ta automatyzacja byłaby źle widziana przez potencjalnych klientów, którym trudno byłoby zaufać np. robotycznemu lekarzowi czy fryzjerowi. Możliwe też, że państwo samo będzie stymulowało zatrudnienie w sektorze publicznym, dając zatrudnienie potencjalnemu elektoratowi.

Procesy automatyzacji rodzą też pewne wyzwania polityczne. – Przyszły „proletariat" może wybrać sobie przy urnach taką klasę rządzącą, która zadba o jego interesy, np. opodatkowując dodatkowo właścicieli robotów. Takie rozwiązania już są proponowane – np. przez miliardera Elona Muska. Pojawia się jednak pytanie: a co w gospodarkach, które nie są demokratyczne? Czy model ekonomiczny bazujący na autorytarnym sterowaniu gospodarką, przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii, nie wytworzy takiej przewagi nad krajami demokratycznymi, że ich autorytarny model zostanie przyjęty na skalę globalną? – zwraca uwagę Jagaciak.

Nie można więc wykluczyć sytuacji, w której rozwój nowoczesnych technologii będzie prowadził do erozji demokracji oraz praw człowieka. Elity mogą przecież w pewnym momencie uznać, że nie warto „korumpować ludu socjalem". – Z czasem masowe świadczenia gwarantowane w sytuacji, w której bogactwo elit nie będzie już zależne od pracy ludzkiej, mogą zostać uznane za niepotrzebne obciążenie, a to może uruchomić działania zmierzające do depopulacji zrobotyzowanych społeczeństw – przypomina Czajka.

Maszynowy proletariat

Rozpatrując scenariusz, w którym dochodzi do powrotu stosunków społecznych z czasów Imperium Rzymskiego, warto rozważyć również możliwe bunty niewolników. W starożytnych Imperiach takich jak Rzym zdarzało się, że niewolnicy powstawali przeciwko swoim panom. A czy mamy jakąś gwarancję, że nie zbuntuje się przeciwko nam zaawansowana sztuczna inteligencja, np. gdy uzna ludzi za „błąd w systemie", który należy zlikwidować? Tego typu scenariusze pojawiają się w twórczości z gatunku SF, np. w „Terminatorze" czy „Matrixie". Nawet Bender, robot cwaniaczek z serialu animowanego „Futurama", jest roboradykałem i wznosi od czasu do czasu okrzyk: „Zabić wszystkich ludzi!".

– Naszą obecną strategią na naukę robotów jest system znany jako statystyczne uczenie maszynowe. Ten system działa trochę na zasadzie czarnej skrzynki. Podajemy jakieś dane wejściowe i oczekujemy danych wyjściowych, konkretnych rezultatów. Nie wiemy jednak, w jaki sposób komputer sobie sam układa algorytm. Nie wiadomo, czy powstanie kiedyś w robotach świadomość samego siebie. Być może nawet istnienie jakiejś formy świadomości jest warunkiem zatrudnienia robotów przy pracach, które nie są obecnie możliwe do zautomatyzowania. I tutaj stoimy przed problemem pojawienia się robokariatu, czyli robotycznego proletariatu XXI wieku – wskazuje Jagaciak.

To, jak robotyzacja wpłynie na naszą przyszłość, nie jest więc z góry zdeterminowane. Ale decyzje dotyczące robotyzacji podejmowane obecnie będą kształtowały naszą gospodarkę, rynek pracy, społeczeństwo i systemy polityczne w nadchodzących dekadach. Jeśli chcemy więc uniknąć spełnienia się czarnych scenariuszy, to już teraz powinniśmy podejmować działania, które im zapobiegną.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL