Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Nagroda 'Rzeczpospolitej' im. Jerzego Giedroycia

Leon Tarasewicz: Galerię miałem na ścianach świątyni

Fotorzepa, Kuba Kamiński
Poukładałem sobie świat Wielkiego Księstwa Litewskiego – mówi malarz.

Rzeczpospolita: Kiedy poznał pan myśl polityczną Giedroycia?

Leon Tarasewicz: W czasach studenckich, które przypadły na pierwszą połowę lat 80. Wcześniej poznałem wolnościowe środowisko Ewy i Krzysztofa Kuranów, z ich przyjaciółmi – rodziną Wielowieyskich. Szukając płyt Włodzimierza Wysockiego, spotkałem Irenę Lewandowską, tłumaczkę Bułhakowa i Sołżenicyna. Otworzył się przede mną świat, w którym Jerzy Giedroyc i jego paryska „Kultura" grały ważną rolę. Ale istotne były też kontakty z moim rodakiem, pisarzem Sokratem Janowiczem. Korespondencja z Jerzym Giedroyciem dawała mu siłę przetrwania w białostockim rezerwacie dla Białorusinów – podobnie jak mnie wzmocniła wyprawa do Krakowa i półgodzinna rozmowa z Jerzym Nowosielskim. Giedroyc dał nam nową perspektywę patrzenia na świat i nadzieję na dobrosąsiedzkie współistnienie narodów Wschodniej Europy. Dalekowzroczną wizją zapewniał w niej miejsce nam, Białorusinom. Było to ważne również ze względu na losy mojej rodziny, która nie ruszając się z okolic Gródka, siedmiokrotnie zmieniała państwową przynależność. Każde państwo dawało nam swój paszport, nie pytając o zdanie i proponując patriotyzm z przymusu.

Jaka jest pana „mała ojczyzna"?

To gniazdo Chodkiewiczów, jednego z najważniejszych rodów Rzeczypospolitej o rusińskich korzeniach. W 1498 roku hetman Grzegorz ufundował w Gródku monastyczny klasztor, zaś Aleksander wydrukował w 1568 roku słynną Ewangelię zabłudowską. Tłumaczę sąsiadom, że mieszkamy w miejscu wyjątkowym, gdzie spotkały się dwie rozdzielone tradycje Cesarstwa Rzymskiego – bizantyjska i watykańska, wspólna chrześcijańska przeszłość. Dziś wydają się kontrastować, również dlatego, że mamy w Gródku parafię katolicką. Misyjną! Założono ją w 1937 roku, a misjonarze przyjeżdżają aż z Argentyny, żeby nas nawracać. W 1945 r. niedaleko od nas zrobiono granicę. Przyjaciele z Bobrownik mieszkają w Polsce, a cmentarz mają na Białorusi. Ucząc się geografii, czułem się schizofrenicznie: na mapie była granica, a dalej Grodno, Wilno, Mińsk. Dopiero na studiach, które przypadły na czas restauracji białoruskiego dziedzictwa, poukładałem sobie świat Wielkiego Księstwa Litewskiego. Na sejmie w Krakowie i Piotrkowie Trybunalskim nie był potrzebny tłumacz. Dowiedziałem się też, że leżąca tuż za granicą Brzostowica to miejsce związane z Janem Chodkiewiczem. Na obrazie Matejki „Unia lubelska" trzyma się za głowę.

Dlaczego?

Warunki unii nie były korzystne dla Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wiedza historyczna zaczęła mi wypełniać puste miejsca na mapie, tak jak festiwale kultury białoruskiej i spotkania z innymi Białorusinami – Lonią Wolskim w Mińsku, Kasią Kamocką w Wilnie. Białoruska wspólnota okazała się silniejsza niż granice. Dziś granica powinna pełnić taką rolę jak mur berliński – być pamiątką po minionych, opresyjnych czasach. Przecież i tak widzę co sobotę autobus z Grodna i nawet nie ma na nim napisane „Białystok", tylko „Auchan", zaś ekspedientki i reklamy przemawiają w języku gości z Grodna. Gdy rozmawiam z Jurijem Andruchowyczem, Swietłaną Aleksijewicz, Andrzejem Stasiukiem – to, że ktoś mówi po ukraińsku, rosyjsku, polsku, białorusku, nie przeszkadza.

Jak pan ocenia sytuację państwowości białoruskiej?

Wszystko wymaga czasu. Na tyle jest stworzone państwo, na ile zainwestowano w nie pieniądze. Niemcy wsadzili Lenina z pieniędzmi do pociągu i wysłali do Rosji, mając wkład w jej ruinę i budowę ZSSR. Mniej inwestowano w Ukrainę Petlury i Bandery. Ale inwestowano. Ile Litwa zawdzięcza emigracji! A ile włożono w Białoruś? Komunizm i II wojna światowa dla białoruskich elit były okrutne. Front szedł przez kraj, ze stu pisarzy ostał się jeden. Ci, którzy byli aktywni po 1941 r., zostali przez Moskwę uznani za niemieckich kolaborantów. Ale spójrzmy na dzisiejsze relacje. Polscy politycy oburzają się, że na Ukrainie nauczanie polskiego będzie możliwe tylko na poziomie szkoły podstawowej. A jakie jest nauczanie białoruskiego w Polsce? W liceach w Hajnówce i Bielsku Podlaskim zajmuje cztery godziny tygodniowo!

Pejzaż dzieciństwa wpłynął na pana malarstwo?

Dopiero teraz mogę próbować powiedzieć, dlaczego różniłem się od kolegów ze studiów. Obce mi były symbole polityczne, naturalne dla sztuki lat 80. Oceniany byłem z pozycji estetycznych, bo robiłem rzeczy kolorystyczne. Gdy polska sztuka była dla świata niezrozumiała – ja pracowałem z zagranicznymi galeriami.

Czuje pan wspólnotę z twórcami ikon?

Wychowywałem się w cerkwi pomalowanej przez Dobrzańskiego. W jego zespole był Nowosielski. Jako dziecko zadzierałem głowę, bo miałem galerię na ścianach świątyni. Coraz bardziej widzę, co spaja nas, malarzy z dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Robiąc w Łomży plener poświęcony Barnettowi Newmanowi, prosiłem Krzysztofa Czyżewskiego, by wyjaśnił fenomen tradycji przestrzeni pomiędzy Mazowszem, Smoleńskiem, Morzem Bałtyckim i Morzem Czarnym, skąd wzięło się tylu pisarzy i malarzy. Myślę o Kazimierzu Malewiczu z Kijowa i Marku Rothko z Witebska. Zastanawiał mnie Andy Warhol. Nie pasował do Czechosłowacji. A potem przeczytałem artykuł, w którym pisano o nim „Mój Andriej". Odwiedziłem jego strony w Mikowie, poznałem listy jego matki. Wszystko rozumiałem, bo były pisane łacinką, ale po rusińsku. Pojąłem, że studnia z gruszą, która przetrwała po łemkowskiej rodzinie Warholów, gdy wyjechali do Ameryki, jest z mojego, z naszego świata. To daje siłę do tworzenia.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL