Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Nagroda 'Rzeczpospolitej' im. Jerzego Giedroycia

Leon Tarasewicz: Malarskie iluzje i kury

Leon Tarasewicz został w poniedziałek laureatem nagrody im. Jerzego Giedroycia przyznawanej przez „Rzeczpospolitą”
Maciej Zaniewski/dzięki uprzejmości galerii Arsenał w Białymstoku
Nie tylko intrygujący artysta, ale też interesujący człowiek. Tak o Leonie Tarasewiczu mówią ci, którzy go znają.

Fascynuje go nie tylko pokrywanie farbami coraz to większych płaszczyzn, ale z nie mniejszą pasją oddaje się hodowli kur ozdobnych, uprawie georginii czy wspieraniu białoruskich młodzieżowych zespołów rockowych. Ma świetny kontakt z ludźmi, tak ze swoimi studentami, jak z kolekcjonerami, hodowcami czy galerzystami.

Urodził się 60 lat temu we wsi Stacja Waliły, w białoruskiej rodzinie jako najmłodszy z trójki rodzeństwa. Niemal wszyscy miejscowi mówili po białorusku i byli mocno związani z tradycją prawosławia. Rodzina Leona Tarasewicza także.

Od dzieciństwa ciągnęło go do książek i malowania. Rodzice, choć byli ludźmi prostymi, akceptowali odmienność syna i nie sprzeciwiali się, gdy wybrał naukę w Liceum Plastycznym w Supraślu. Miał 14 lat, gdy na wakacjach u siostry namalował swój pierwszy olejny obraz przedstawiający pejzaż. Pokazał go ostatnio na wystawie młodzieńczych prac w macierzystym liceum i mówi o nim dziś, że jest dobrym przykładem, jak nie należy łączyć kolorów.

Dojrzewał w Warszawie, w środowisku studenckim. Wiele serca i zrozumienia okazał mu profesor Tadeusz Dominik, u którego robił też dyplom. Pozwolił mu samodzielnie pracować w Falenicy i tylko wizytując, obserwował rozwój młodego artysty.

To w tym okresie Tarasewicz odkrywał, że jest Białorusinem. Wtedy organizował się BAS – Białoruskie Zjednoczenie Studentów, odpowiednik NZS. Z Jankiem Maksymiukiem, fizykiem, zaczął robić studencką gazetę po białorusku. Punkt zwrotny stanowiło poznanie historyka Jerzego Turonka, który pomógł mu wszystko poukładać na swoim miejscu. Wyszedł od niego z książką „Wierszaliński raj” Aleksieja Karpiuka mieszkającego po wojnie w Grodnie, a urodzonego pod Gródkiem. Później pojawił się Sokrat Janowicz, Jan Żamojcin – szef Związku Młodzieży Białoruskiej w Nowogrodku w czasie okupacji.

„Odrębnie ustosunkowuje się Lonik do kulturowości” – pisał o Tarasewiczu Sokrat Janowicz w 1995 roku. – „Jest ona tą glebą, na której się wyrasta. (…) To chuchro na pozór (Tarasewicz – przyp.) tryskało witalnością, której starczało na zajęcia dyplomowe, zdobywanie szmalu i na włączanie się do białoruskich imprez młodzieżowych. Obdarowany przez naturę przysłowiowym końskim zdrowiem, znosił różnorakie obciążenia społeczne”.

Droga artystyczna

Równolegle ze świadomością historyczną rozwijała się droga artystyczna Leona Tarasewicza. Zadebiutował pokazem kilku prac w 1984 roku w Pracowni Dziekanka (jedną z nich można było zobaczyć ostatnio w Galerii Salonie Akademii warszawskiej ASP na wystawie opowiadającej o Dziekance). Wystawa dyplomowa w stołecznej Galerii Foksal, którą zaproponował mu Wiesław Borowski, miała moc sprawczą. Ruszyła po niej lawina propozycji, stypendiów i wyjazdów.

– Robił swoje. Od początku malował obrazy, które były uproszczonym zapisem pejzażu, ale wyglądały minimalistycznie – mówiła historyk sztuki Milada Ślizińska w filmie „Ikona na drogę” zrealizowanym przez Różę Fabjanowską i Sławomira Malcharka w 2008 roku.

Jego prace pulsują barwami – czerwienią, żółcią, zielenią. Uważa, że kolor pokazuje rozwój cywilizacyjny społeczeństwa. Cieszą go indywidualne wystawy w prestiżowych muzeach, ale także malowanie tak nietypowej przestrzeni, jak parking samochodowy w Mediolanie.

– Marzył, żeby zrobić realizację dla metra warszawskiego, ale nie odważył się tego zaproponować – ujawniała Milada Ślizińska w dokumencie o artyście „Ikona na drogę”.

Już w 1985 roku w Galerii Foksal po raz pierwszy malował bezpośrednio na ścianie. W 1999 roku na wystawie w Zachęcie pokazał realizację przestrzenną w niespotykanej dotąd skali. Największą Salę Matejkowską wypełnił filarami z horyzontalnymi, charakterystycznymi dla siebie pasami pomalowanymi tym razem na żółto-zielono.

Wielokrotnie realizował malarskie przedsięwzięcia na podłogach galerii. W kaplicy Trójcy Świętej w Lublinie, do której przed wejściem wiszą też ikony Nowosielskiego, zrobił podłogę. Pokrył też farbą podłogę Pawilonu Polskiego na Biennale w Wenecji. Ostatnia monumentalna realizacja miała miejsce w przestrzeni pochodzącego z XIII w. kościoła gotyckiego pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny w Elblągu, gdzie stworzył gigantycznych rozmiarów łódź wypełnioną po brzegi farbą.

Latem tego roku pokazał w Akademii Supraskiej w Domu Pielgrzyma nową wystawę – świetlnych modułów. Krytycy uważają, że jego przestrzenne realizacje stają się poszukiwaniem malarskiej iluzji w formie idącej w nieskończoność.

Na Białorusi miał tylko kilka wystaw – w 1988 roku w Mińsku, przeniesioną później do Grodna, a także drugą – w 1993 roku. Zaś dwa lata później wziął udział w zbiorowej wystawie w Muzeum Sztuki w Witebsku. Okazało się potem, że jego realizacja została zamalowana, choć miała zostać jako element muzeum. Tarasewicz dotkliwie to odczuł…

Powroty do Walił

Dużo podróżował, ale nigdy nie myślał o emigracji, bo uważa ją za chorobę. Wraca zawsze do rodzinnych Walił. Potrafi przejechać samochodem pół Europy, żeby spotkać się z hodowcami mającymi słabość podobną do jego. Był też w Zarządzie Hodowców Gołębi Rasowych, hodował czempiony. W jego domostwie gołębnik i dziś króluje nad rzędami kurzych domów, z których wydobywa się egzotyczne nieraz gdakanie.

Z Walił już blisko ma do Krynek. Tam właśnie, oprócz prężnie działającej pod jego okiem Galerii Krynki, działa Fundacja Villa Sokrates, która powstała w 2009 roku, troszcząc się o dorobek i idee nieżyjącego już białoruskiego pisarza z Krynek, Sokrata Janowicza. Tarasewicz kontynuuje zapoczątkowane przez niego Trialogi Białoruskie – w mocno poszerzonej formule (m.in. o teatr i wystawy), zaprasza pisarzy i publicystów na sympozjony.

– Jestem człowiekiem, który nieraz rozminął się z ważnymi ludźmi, którzy byli gdzieś blisko, ale nie zdążałem ich poznać – opowiada „Rzeczpospolitej” Leon Tarasewicz. Nie poznałem więc, niestety, Jerzego Giedroycia.

– W 1972 roku na wakacjach w Warszawie przechodziłem jako 14-letni chłopak po ulicy Karowej, nie wiedząc, że tam pracownię ma Jan Cybis – wspomina. – W listopadzie już zmarł. Będąc u dziadka na Żoliborzu na Wieniawskiego mogłem zapukać do drzwi Czesława Niemena, który mieszkał w następnym domu, ale nie miałem w sobie dość siły, żeby się przełamać i tak zrobić. Mam takie momenty. Jedną tylko rozmowę odbyłem w 1989 roku z Aleksiejem Karpiukiem, pisarzem białoruskim mieszkającym w Grodnie, a przyjacielem z dzieciństwa mojego ojca. Miałem znów tam pojechać i porozmawiać, ale za rok było już za późno, bo zmarł. Pamiętam gorące lato z Tadeuszem Konwickim, kiedy mieliśmy zrobić wywiad po białorusku i nagrać go do Trialogu w Krynkach. Niestety umarł, szybciej, niż wszyscy myśleliśmy.

W kwietniu przyszłego roku Leon Tarasewicz będzie miał wystawę w Muzeum Architektury w klasztorze pobernardyńskim we Wrocławiu.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL