Muzyka

Tomasz Stańko o przeżywaniu muzyki

Tomasz Stańko, wybitny trębacz i kompozytor, jest dyrektorem artystycznym festiwalu Jazzowa Jesień w Bielsku–Białej, na który zaprasza najwybitniejszych muzyków ze świata. 15. edycja festiwalu rozpoczyna się we wtorek
Fotorzepa, Marek Dusza
Trębacz Tomasz Stańko mówi Markowi Duszy o przeżywaniu muzyki, powrotach do Polski i festiwalu w Bielsku-Białej.

Rzeczpospolita: Występuje pan na scenach całego świata, zapewne więc dostrzega różne reakcje publiczności.

Tomasz Stańko: Nie, ludzie na świecie są podobni. Oczywiście każdy z nas jest inny, panu ucho skręca w tę stronę, mnie w inną. Są młodsi i starsi, jedni mają mniejsze, drudzy większe doświadczenie. Od kiedy my, kromaniończycy, wygraliśmy wojnę z neandertalczykami i opanowaliśmy kulę ziemską, jesteśmy identyczni do dziś. Ludzie z jaskiń Cro-Magnon w dzisiejszej Francji odczuwali tak samo jak my dzisiaj. Zmienia się nasze spojrzenie na świat, ale emocje przeżywamy tak samo.

Mówi się jednak, że narody południowe bardziej żywiołowo reagują na koncertach.

Ja tego nie odczułem, choć wiem, że jest taki stereotyp. Być może to kwestia temperamentu. Mówi się też, że południowcy są lepsi w seksie, ale to nieprawda. Wszystko zależy od naszych indywidualnych cech. Im dłużej żyję, tym mniej jestem pewien utartych sądów. Doświadczenie wpływa na pewną pokorę wobec życia, które jest nieprzewidywalne.

Czy kiedyś planował pan swoją karierę muzyka?

Nigdy. Najbardziej paradoksalne jest to, że kiedy w latach 60. grałem już ze swoim kwintetem, ojciec przestrzegał, że z jazzu nie wyżyję, żebym skończył szkołę, która da mi zabezpieczenie na przyszłość i pewny zarobek. Mówił: „Poczekaj, zęby ci wypadną i co będziesz robił?". A mnie wypadły zęby i dopiero wtedy zrobiłem karierę!

To ojcowskie ostrzeżenie wynikało z jego doświadczeń?

Na pewno patrzył przez pryzmat własnego życia, swojej młodości, kiedy muzyka nie dawała pewnego utrzymania, nie była poważana. Zawodem gwarantującym zarobek był choćby szewc. Jak się źle uczyłem, kolega ojca mawiał: „Do szewca go oddaj".

A teraz ma pan najlepsze buty wśród jazzmanów.

Nie wiem, czy najlepsze, ale lubię dobre buty. Lubię też buty sportowe, teraz bardziej przywiązuję wagę do wygody. Na jakimś filmie, z akcją w środowisku Afroamerykanów, widziałem, jak koleś staje przed stertą butów, wyciąga parę, przymierza, sprawdza, czy pasują do ubrania. Ja nie mam tylu butów.

Wyjeżdża pan często za granicę na koncerty, mieszka w Nowym Jorku, ale tu wraca. Co pan wtedy czuje?

Zawsze wracam do Polski z przyjemnością. Kiedy jadę z Okęcia do domu na Rozbrat, patrzę, jak wszystko się zmienia i to jak szybko! Ale kiedy z lotniska w Nowym Jorku jadę taksówką do swojego mieszkania na Manhattanie, też czuję się podekscytowany. Polska jest w najlepszym momencie historii. Chcę być w środku tych wydarzeń. Czasem jest trochę lepiej, czasem gorzej, mamy zmiany po wyborach i różne rządy, ale nawet osiem czy dwanaście lat to jest nic w długiej perspektywie. Z wyjątkiem dynastii Jagiellonów, kiedy byliśmy potęgą, nie mieliśmy tak długiego okresu pokoju. A patrzę na to jako muzyk, bo kultura jest niezwykle ważna w życiu każdego narodu. Francja, Niemcy, Włochy i Anglia są potęgami, bo miały w historii wielu artystów, i to znaczących. Haydn, Mozart, Haendel, Bach, Beethoven, Buxtehude i mnóstwo innych, wszyscy pochodzili z krajów niemieckojęzycznych. Państwa, które od wieków tworzą swoją potęgę w Europie, miały tony wybitnych twórców. Malarstwo holenderskie, francuskie, włoskie też jest tego dowodem. A w Polsce nie dbaliśmy o to i nie dbamy.

A polski jazz? Paradoksalnie rozwinął się po II wojnie światowej, gdy bywał przez komunistów zakazany.

Mieliśmy jazz tzw. katakumbowy, ale w tym czasie w Związku Radzieckim czy w Czechach w ogóle nie grano jazzu. Muzyka nie poddaje się zmianom w polityce, bo nie ma tekstu. Jest abstrakcyjna i dzięki temu miała i ma najlepszą sytuację, niezależną od polityki.

A co się teraz gra w nowojorskich klubach jazzowych?

Teraz byłem na premierze płyty Tima Berne'a wydanej przez ECM Records. Gra się wszystko, muzykę, której wspólną cechą jest improwizacja. Jest szeroka ława znakomitych muzyków. Tak jak i w Europie.

To nadal jest jazz?

Używam określenia jazz, bo do takiego przywykłem. Używam go w różnych kontekstach, opisując różnorodność muzyki improwizowanej. Ale obserwuję próby stosowania innych określeń. Dla mnie jazz to pewien rodzaj „brudu", charakterystyczny od początku jego istnienia. Jazz wniknął w amerykańską rzeczywistość, grywany w barach i restauracjach. Natomiast jazz współczesny jest wyrafinowaną muzyką, ale to nadal część popkultury.

Amerykańscy jazzmani mówią jednak czasem, że ich muzyki nie ceni się w USA.

Jak to nie ceni się! To tak, jakby powiedzieć, że chłop spod Radomia nie ceni Pendereckiego. Każde społeczeństwo jest różnorodne. Ci, którzy naprawdę słuchają muzyki, wiedzą, co jest dobre, nowe i ciekawe. Ale mój basista Reuben Rogers opowiadał, że kiedy poderwał piękną dziewczynę i powiedział jej, że gra jazz, stracił u niej szansę. Bo dla niektórych jazz to kompletne nudziarstwo.

Jest za trudny?

Nie lubię tego słowa. Trzeba coś włożyć od siebie. Ktoś popatrzy na znaczek pocztowy i uzna, że to bezwartościowy kawałek brudnego papierka. A kto się zna, będzie drżał z emocji, bo ten znaczek jest niezwykle rzadki i kosztuje miliony dolarów. Ja też nic nie czuję. Musiałbym się zacząć interesować, zdobyć wiedzę, żeby po latach wykrzyknąć: O, słynny Mauritius! A sztuka oferuje jeszcze wartości niematerialne. Zagłębi się pan w muzykę Beethovena, to odbierze ją głębiej. Trzeba w swoje zainteresowania włożyć czas i wysiłek, wtedy sztuka się odwdzięczy przeżytymi emocjami.

Te emocje czekają nas na kolejnej Jazzowej Jesieni w Bielsku-Białej, której jest pan dyrektorem artystycznym. Patrzę w program i chyba po raz pierwszy jest pan jedynym polskim artystą.

Nie, festiwal rozpoczyna przecież Jan Garbarek. Żartuję, on się czuje Norwegiem, ale pamięta o swoich polskich korzeniach, kultywuje je. Kiedyś do mnie zadzwonił i spytał, czy wiem, że w kryminale Michaela Connelly'ego, bohater słucha mojej muzyki, chyba chodziło o płytę „Suspended Night". To dla mnie nobilitacja.

Z jakim zespołem wystąpi pan w Bielsku?

Zagram w duecie z pianistą Davidem Virellesem. To będzie całkowicie improwizowana muzyka. W drugim secie zagram z triem RGG i z gościnnym udziałem saksofonisty Adama Pierończyka. ©?

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL