Muzyka

Kiedy Marillion był megagwiazdą

Fish wraz z chłopcem, którego umieścił na okładce płyty projektant Mark Wilkinson, tu na planie teledysku „Keyleigh”.
Warner Music Polska
Wznowienie „Misplaced Childhood" przypomina fascynującą i powikłaną historię Marillion oraz Fisha.

Album z przebojami „Kayleigh" i „Lavender" wydany w 1985 roku pokazuje Marillion, który ma co najmniej dwa oblicza. W latach 80. wraz z wokalistą Fishem nagrał cztery albumy, a spośród nich największą popularnością cieszył się właśnie „Misplaced Childhood". Płyta zdetronizowała na brytyjskiej liście przebojów „Boys and Girls" Briana Ferry'ego, a została strącona z pierwszego miejsca dopiero przez płytowy debiut Stinga.

Marillion był wtedy gigantem rocka progresywnego, z jednej strony następcą, a z drugiej epigonem Pink Floyd i Genesis. W Polsce cieszył się niezwykłą popularnością, lansowany przez Piotra Kaczkowskiego w radiowej Trójce, ale i Tomasza Beksińskiego na antenie Dwójki. Ta liryczna, melancholijna muzyka, zwłaszcza z dwóch pierwszych płyt: „Script for a Jester's Tears" i „Fugazi", stała się ilustracją dźwiękową niewesołego czasu stanu wojennego.

Szalone weekendy

W 1988 roku Fish opuścił zespół, jak to czynili wcześniej liderzy wielkich grup progresywnych. Nie powtórzył jednak solowych sukcesów Petera Gabriela i Phila Collinsa po odejściu z Genesis ani Rogera Watersa po rozstaniu z Pink Floyd. Z kolei jego koledzy, do których dołączył Steve Hogarth, nie cieszyli się tak wielką popularnością jak Pink Floyd kierowane przez Davida Gilmoura.

Jednocześnie historia Marillion bez Fisha stanowi niezwykły przykład więzi zespołu z fanami. Przemierzają oni wraz z grupą ogromne przestrzenie, by być na każdym koncercie. Goszczą na zlocie miłośników zespołu Marillion Weekend, organizowanym każdego roku w kilku miejscach na świecie. W tym roku kwietniowy zjazd fanów odbył się w Łodzi.

Zbiórka pieniędzy

Przełomowym doświadczeniem była historia związana z albumem „Anoraknophobia" w 2001 roku. Okazało się, że płyta nie ukaże się z powodu zerwania kontraktu przez wytwórnię, która nie miała nadziei na dobrą sprzedaż nagrań. Muzycy poinformowali o tym fanów poprzez swój portal. „Jakbyście się czuli, kupując album, którego jeszcze nie nagraliśmy? – pisał wokalista, zachęcając do wpłacania datków na sesję nagraniową. – Jeśli tak uczynicie, będziemy wam za to bardzo wdzięczni".

Było to przełomowe wydarzenie w historii fonografii. W dwa dni swoją pomoc zadeklarowało 6 tys. fanów, a ostatecznie grono 12,5 tys. słuchaczy zebrało ponad 150 tys. funtów – więcej, niż grupa mogłaby uzyskać tytułem zaliczki od dawnego wydawcy. Silne poparcie fanów zmieniło postawę dystrybutorów. Rozprowadzenia płyty na świecie podjęło się EMI. Z tego precedensu skorzystało później m.in. Radiohead.

– Akcja nie powiodłaby się bez internetu – powiedział Steve Hogarth. – Oczywiście moglibyśmy napisać listy do fanów, ale kupno kopert i znaczków oraz ich wysyłka kosztowałyby nas fortunę.

Także kolejny album, „Marbles", ukazał się dzięki przedpłatom fanów, a wszyscy donatorzy zostali upamiętnieni na specjalnej liście dołączonej do limitowanego wydania. Gdy kolejna płyta, „Somewhere Else", ukazała się bez wsparcia słuchaczy, część z nich poczuła się wręcz urażona.

Z kolei album „Happiness on the Road" był na początku dostępny wyłącznie na zamówienie e-mailowe. Tylko w Polsce i w Stanach Zjednoczonych można było go kupić w sklepach. Najnowszy album, „Fuck Everyone and Run" z 2016 roku, również ukazał się dzięki zbiórce fanów na portalu PledgeMusic.

Warto wspomnieć, że akcja związana z wydaniem „Anoraknophobii" miała swój precedens koncertowy. Kiedy amerykański wydawca Marillion nie chciał zaprosić zespołu do Ameryki po premierze albumu „This Strange Engine", pianista Mark Kelly poinformował o tym w internecie. W odzewie amerykańscy fani zebrali 50 tys. dolarów na podróż angielskiej formacji przez Atlantyk. Firma fonograficzna dorzuciła 15 tys. dolarów i Marillion zagrał 21 koncertów.

Gorzej wiedzie się Fishowi, który na początku był motorem zespołu. Zanim rozpoczął karierę, pracował na stacji benzynowej i jako drwal. Pseudonim zawdzięcza zamiłowaniu do spędzania czasu w wodzie. Nosząc wulgarnie kojarzące się nazwisko Dick, musiał przedstawiać się w bardziej neutralny sposób. Zgodnie z rybim przezwiskiem szkocki wokalista zasłynął makijażem z łusek, będącym nieodłącznym elementem koncertów. Kojarzony był też z prezentowaną na płytach postacią błazna, który stał się symbolem grupy.

Dwaj wokaliści

Wszystkie piosenki na pierwszych czterech albumach zespołu były oparte na przeżyciach Fisha. „Misplaced Childhood" miał być powrotem do dzieciństwa. Jednak koncept albumu, który zrodził się, jak wspominał Fish, podczas dziesięciogodzinnego „kwasowego seansu", obrodził także piosenkami o narkotykach, prostytucji i alkoholu. Ten ostatni był motywem przewodnim płyty „Clutching at Straws", którą Fish pożegnał się z zespołem, eksponując na okładce swoich literackich bohaterów: Jacka Kerouaca, Trumana Capote'a i Dylana Thomasa.

Od tego czasu Fish wydał dziesięć albumów. Największy sukces odniósł pierwszy – „Vigil in a Wilderness of Mirrors". Ostatni – „A Feast of Consequences" – ukazał się w 2013 roku. Uwagę mediów przykuwały jednak bardziej kolejne rozwody muzyka niż nagrania. Na szczęście uporządkował relacje z dawnymi kolegami. W 2007 roku spotkał się z nimi na estradzie. Jednocześnie przeciął wszystkie plotki o powrocie Marillion w oryginalnym składzie.

– Nasze ścieżki rozeszły się 19 lat temu. Hogarth wykonał ogromną pracę z zespołem – powiedział z pokorą, której na początku mu brakowało. Pewnie dlatego Marillion zaszedł dalej. Choć gdyby nie Fish, nie sprzedałby 15 mln płyt.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: j.cieslak@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL