Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Muzyka

Zucchero: Powrót do starego bluesa

materiały
Włoski wokalista Zucchero opowiada o ostatniej płycie „Black Cat" i o tym, co zaśpiewa na dwóch koncertach w Polsce.

Rzeczospolita: Co pana najbardziej inspirowało przy nagrywaniu płyty „Black Cat" ujawniającej wielką fascynację amerykańskim bluesem?

Zucchero: Filmy o amerykańskim Południu, takie jak „Django" Quentina Tarantino czy nagrodzony Oscarem „Zniewolony. 12 Years a Slave" Steve'a McQuinna. Moja wyobraźnia powędrowała na plantacje, śladami niewolników. Chciałem odtworzyć dźwięk łańcuchów, zakuwania w kajdany i nie pisać pod dyktando radiostacji, bo sam nie chcę być niewolnikiem. Dlatego nie ma na płycie typowego przebojowego singla. Nawiązałem też współpracę z trójką amerykańskich producentów – T Bone Burnettem, Brendanem O'Brienem i Don Wasem, ale efekt jest taki, jakby wszystko wyszło spod jednej ręki.

Czym pana tournée promujące płytę „Black Cat" różni się od poprzednich?

Scenografia na koncertach przypomina amerykański House of Blues. Wracam do korzeni, które są bardzo mocno osadzone w muzyce soulowej i rhythm & bluesie. Motywem przewodnim jest brzmienie nowego albumu, który gram w całości. Na potrzeby tournée przearanżowałem ponadto wszystkie moje stare przeboje. Większość zespołu występuje ze mną na scenie od niedawna. To wspaniali muzycy, głównie Amerykanie, którzy współpracowali wcześniej z Prince'em, Beyonce, Keithem Richardsem i Markiem Knopflerem. Na scenie towarzyszy mi też prawdziwa legenda – Brian Auger. To najlepszy zespół, z jakim grałem. Szczęśliwa trzynastka!

Na okładce płyty przypomina pan szamana wudu.

Pociąga mnie świat, w którym miesza się wiele kultur – afrykańska, karaibska, europejska i teksańsko-meksykańska. Połączenie sacrum i profanum. Trochę jak moje życie. Jestem katolikiem, ale święty nie jestem.

Na ostatniej płycie znajduje się też piosenka „Streets of Surrender (S.O.S.)", którą specjalnie dla pana napisał Bono. Czyj to był pomysł?

Odwiedziłem Bono w Turynie podczas koncertu U2. Muzykę miałem już gotową, poprosiłem go, żeby napisał dla mnie tekst. Wspominałem tylko, że chciałbym wykorzystać w nim słowo „surrender" – poddać się. Bono odezwał się dopiero kilkanaście dni później, o trzeciej nad ranem, wstrząśnięty po ataku na paryski klub Bataclan i z gotowym tekstem..

Stresują pana problemy Europy, w tym kwestia uchodźców?

Nie wyobrażam sobie, że możemy poświęcać życie ludzi, których kraje pogrążone są w wojnie. Musimy coś dla nich zrobić. Ale pojawiają się też argumenty, że razem z imigrantami migrują terroryści. We Włoszech mamy z tym duży problem. Wydaje nam się, że zostaliśmy zupełnie osamotnieni. Europa cały czas obiecuje nas wesprzeć, jednak tej pomocy nie widać. Ale czy na nowo budować granice? Jednocześnie rozumiem kraje, które bardziej przejmują się bezrobociem. To wszystko jest bardzo skomplikowane.

Terroryzm stał się problemem dla artystów. Czuje się pan na scenie bezpiecznie?

Nie potrafiłbym wykonywać tej roboty, gdybym za każdym razem, kiedy wychodzę na scenę, myślał, że ktoś może mnie zabić. Musiałbym skończyć tournée i wrócić do domu. Nie można cały czas żyć w strachu. Trzeba cieszyć się z życia. Jednak nie przyjmuję wszystkich propozycji. Odmówiliśmy zagrania koncertu w Tel Awiwie.

Przemysł muzyczny przechodzi rewolucję, wszystko się digitalizuje i przenosi do mediów społecznościowych. Czy taki stary wyga jak pan także musi dostosować się do nowych zasad i mieć konto na Snapchacie?

To nie jest zabawa dla staruszków, takich jak ja! (śmiech). Ale nie mogę powiedzieć mojej wytwórni: „Nie wrzucajcie nowej płyty na Spotify". To przypominałoby walkę z wiatrakami. Mam konto na Facebooku, ale dotyczy tylko muzyki, co daje mi 600 tysięcy fanów. We Włoszech są jednak gwiazdy, które mają 3 miliony followersów i nawet do toalety nie ruszają się bez wysłania posta. To jest sposób na pozyskanie nowej publiki, ale chyba tylko dla artystów wypromowanych w talent show.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL