Muzyka

Sting i Shaggy: Artyści, którzy nie cierpią Trumpa

Shaggy i Sting w niedzielny wieczór zagrali koncert w radiowej Trójce.
materiały prasowe
Muzycy mówią Pawłowi Szaniawskiemu o przesłaniu i kulisach nagrania płyty, która w piątek ma premierę.

Rzeczpospolita: Na jakie kompromisy musieli pójść tak różni artyści jak wy, przygotowując wspólną płytę „44/876" (tytuł pochodzi od numerów kierunkowych Wielkiej Brytanii i Jamajki, z których pochodzą muzycy – red.)?

Shaggy: Właściwie niewielkie. Sting testuje różne warianty, wypróbowuje instrumenty, jest bardziej skrupulatny, więc szlifowanie poszczególnych utworów trwa dłużej niż przy moich wcześniejszych albumach. Nieraz już wydawało mi się, że to zawracanie głowy, ale ostatecznie zawsze okazywało się, że wychodziło to melodii na dobre.

Sting: Słowo „kompromis" w zależności od kontekstu może mieć konotacje negatywne lub pozytywne. Myślę, że w naszym przypadku to było zawsze twórcze. Każdy z nas miał inne doświadczenia, zestaw umiejętności; Shaggy jest spontaniczny, wiecznie nabuzowany energią i potrafi tworzyć na poczekaniu. Ja jestem bardziej poukładany i metodyczny. W toku prac i ucierania to się sumowało w coś fajnego. Ani przez moment nie miałem poczucia, że muszę się artystycznie wyrzekać czegoś cennego.

A co najbardziej was zaskoczyło w tej współpracy?

Shaggy: Właściwie nie było dnia bez zaskoczeń. Ale największym było chyba to, że tak dobrze nam się gada, żartuje. Początkowo w planach było nagranie jedynie utworu „Don't Make Me Wait", ale właśnie chemia między nami sprawiła, że zdecydowaliśmy się na pełnowymiarowy album.

Sting: Mnie zaskoczyło chyba to, jak szybko powstała ta płyta – wystarczyło nam sześć tygodni. Przez studio przewijało się mnóstwo jamajskich muzyków, nie znałem połowy z nich, atmosfera była niesamowita.

A propos atmosfery – czy tworząc ten album, paliliście marihuanę?

Shaggy: Ależ skąd, nigdy w życiu (śmiech). A tak serio, to raczej polało się trochę alkoholu.

Co konkretnie?

Shaggy i Sting: Gin.

Sting: Jest legalny...

Sting, w latach 80. XX w. spędziłeś sporo czasu na Jamajce. W jaki sposób wpłynęło to na ciebie muzycznie?

Sting: Już wcześniej interesowałem się kulturą Indii Zachodnich. Od czasów drugiej wojny światowej w Wielkiej Brytanii istniała wpływowa społeczność karaibska, która przywiozła calypso, ska i wreszcie reggae. Siłą rzeczy nasiąkłem tym, a kiedy pojawił się Bob Marley, pokochałem tę muzykę i byłem zdeterminowany, by ją zrozumieć. A gdy zamieszkałem na jakiś czas na Jamajce, nie umiałem oprzeć się urokowi tego miejsca. Nie potrafię tego wyrazić słowami, ale najwyraźniej istnieje jakaś przyczyna, dla której ta niewielka tropikalna wysepka okazała się matecznikiem świetnej muzyki. Trudno się tym nie zarazić.

Jak wypadła wasza styczniowa wspólna wizyta na Jamajce?

Sting: Shaggy jest tam traktowany jak papież, miejscowi podają mu dzieciaki do pobłogosławienia (śmiech).

Shaggy: Ja jestem Jamajczykiem z urodzenia i tu mieszkam, ale Stingowi należy się wdzięczność za to, że poświęcił czas, by wziąć udział w charytatywnym koncercie na rzecz Bustamante Hospital for Children w Kingston. To wówczas pierwszy raz zagraliśmy na żywo piosenkę „Don't Make Me Wait", która promuje album „44/876".

Sting: Miałem dług do spłacenia. W końcu parę dekad temu to na Jamajce napisałem jedne z ważniejszych piosenek w karierze, choćby „King of Pain" czy „Every Breath You Take". Pisałem zresztą przy tym samym biurku w rezydencji Goldeneye, przy którym Ian Fleming tworzył opowieści o Jamesie Bondzie.

Shaggy: Ja w tym apartamencie spędziłem miesiąc miodowy i używałem owego biurka do innych celów (śmiech). Ale również kreatywnych. Niewykluczone, że szedłem śladami Fleminga, który pewnie przy tym biurku wymyślił postać Pussy Galore (śmiech).

Na czym polega przełomowość płyty „44/876"?

Sting: W moich ustach tak mocne słowo jak „przełom" mogłoby zabrzmieć nieco nieskromnie, ale na pewno album zaskakuje. Niespodzianką jest zarówno nasza współpraca z Shaggym, jak i rodzaj muzyki. Ale nie powinno być zaskoczeniem, że w taneczne rytmy i pogodną muzykę opakowaliśmy całkiem poważne tematy.

Shaggy: A ja nie boję się nazwać tej płyty przełomową. Na pewno jest taką dla mnie. Po raz pierwszy w karierze wypowiedziałem się tak mocno w sprawach politycznych i społecznych. Jednak nawet tworząc piosenki o krzywdzie i niesprawiedliwości, byliśmy w stanie wskazać promyk nadziei, jak w piosence „Waiting For The Break Of Day". Rozpiera mnie duma, bo – wiedziony przez Stinga – po raz pierwszy mam poczucie, że przekazuję coś ważkiego. Dotąd śpiewałem głównie o gorących laskach (śmiech).

„Dreaming In The U.S.A." to właściwie laurka dla Stanów Zjednoczonych. Powiedzcie coś o przesłaniu tego utworu.

Sting: Chcieliśmy pokazać, dlaczego tak kochamy amerykańskie kino, sztukę, literaturę, muzykę, ale także ideały wolności. To dlatego tak wiele osób ciąży ku Stanom, chce tam zamieszkać. Śmiertelnie poważnie traktuję przekaz wiersza Emmy Lazarus o nowojorskiej Statui Wolności, w którym z ust posągu padają słowa „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię". Teraz te wartości są zagrożone, więc chcieliśmy w tym utworze zaapelować: Nie spieprzcie tego.

Shaggy: Trzeba to przypominać, bo ludzie przyjmują wiele rzeczy za oczywistość. Wpływ USA na niemal każdy aspekt życia na świecie jest przemożny. Powinniśmy być za to wdzięczni i to chronić. Ja ryzykowałem dla ideałów życie, służąc przez cztery lata w amerykańskiej piechocie morskiej i biorąc udział w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej. I mam prawo wyrazić swoje poglądy w piosence takiej jak ta.

A więc waszym zdaniem Donald Trump nie musi „przywracać Ameryce wielkości"?

Sting: Zmierza dokładnie w odwrotnym kierunku.

Shaggy: Mam dosyć tego, że facio o pomarańczowych włosach dyktuje teraz wszystkim, jak ma wyglądać Ameryka.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL