Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Muzyka

Sting i Shaggy: Artyści, którzy nie cierpiš Trumpa

Shaggy i Sting w niedzielny wieczór zagrali koncert w radiowej Trójce.
materiały prasowe
Muzycy mówiš Pawłowi Szaniawskiemu o przesłaniu i kulisach nagrania płyty, która w pištek ma premierę.

Rzeczpospolita: Na jakie kompromisy musieli pójœć tak różni artyœci jak wy, przygotowujšc wspólnš płytę „44/876" (tytuł pochodzi od numerów kierunkowych Wielkiej Brytanii i Jamajki, z których pochodzš muzycy – red.)?

Shaggy: Właœciwie niewielkie. Sting testuje różne warianty, wypróbowuje instrumenty, jest bardziej skrupulatny, więc szlifowanie poszczególnych utworów trwa dłużej niż przy moich wczeœniejszych albumach. Nieraz już wydawało mi się, że to zawracanie głowy, ale ostatecznie zawsze okazywało się, że wychodziło to melodii na dobre.

Sting: Słowo „kompromis" w zależnoœci od kontekstu może mieć konotacje negatywne lub pozytywne. Myœlę, że w naszym przypadku to było zawsze twórcze. Każdy z nas miał inne doœwiadczenia, zestaw umiejętnoœci; Shaggy jest spontaniczny, wiecznie nabuzowany energiš i potrafi tworzyć na poczekaniu. Ja jestem bardziej poukładany i metodyczny. W toku prac i ucierania to się sumowało w coœ fajnego. Ani przez moment nie miałem poczucia, że muszę się artystycznie wyrzekać czegoœ cennego.

A co najbardziej was zaskoczyło w tej współpracy?

Shaggy: Właœciwie nie było dnia bez zaskoczeń. Ale największym było chyba to, że tak dobrze nam się gada, żartuje. Poczštkowo w planach było nagranie jedynie utworu „Don't Make Me Wait", ale właœnie chemia między nami sprawiła, że zdecydowaliœmy się na pełnowymiarowy album.

Sting: Mnie zaskoczyło chyba to, jak szybko powstała ta płyta – wystarczyło nam szeœć tygodni. Przez studio przewijało się mnóstwo jamajskich muzyków, nie znałem połowy z nich, atmosfera była niesamowita.

A propos atmosfery – czy tworzšc ten album, paliliœcie marihuanę?

Shaggy: Ależ skšd, nigdy w życiu (œmiech). A tak serio, to raczej polało się trochę alkoholu.

Co konkretnie?

Shaggy i Sting: Gin.

Sting: Jest legalny...

Sting, w latach 80. XX w. spędziłeœ sporo czasu na Jamajce. W jaki sposób wpłynęło to na ciebie muzycznie?

Sting: Już wczeœniej interesowałem się kulturš Indii Zachodnich. Od czasów drugiej wojny œwiatowej w Wielkiej Brytanii istniała wpływowa społecznoœć karaibska, która przywiozła calypso, ska i wreszcie reggae. Siłš rzeczy nasiškłem tym, a kiedy pojawił się Bob Marley, pokochałem tę muzykę i byłem zdeterminowany, by jš zrozumieć. A gdy zamieszkałem na jakiœ czas na Jamajce, nie umiałem oprzeć się urokowi tego miejsca. Nie potrafię tego wyrazić słowami, ale najwyraŸniej istnieje jakaœ przyczyna, dla której ta niewielka tropikalna wysepka okazała się matecznikiem œwietnej muzyki. Trudno się tym nie zarazić.

Jak wypadła wasza styczniowa wspólna wizyta na Jamajce?

Sting: Shaggy jest tam traktowany jak papież, miejscowi podajš mu dzieciaki do pobłogosławienia (œmiech).

Shaggy: Ja jestem Jamajczykiem z urodzenia i tu mieszkam, ale Stingowi należy się wdzięcznoœć za to, że poœwięcił czas, by wzišć udział w charytatywnym koncercie na rzecz Bustamante Hospital for Children w Kingston. To wówczas pierwszy raz zagraliœmy na żywo piosenkę „Don't Make Me Wait", która promuje album „44/876".

Sting: Miałem dług do spłacenia. W końcu parę dekad temu to na Jamajce napisałem jedne z ważniejszych piosenek w karierze, choćby „King of Pain" czy „Every Breath You Take". Pisałem zresztš przy tym samym biurku w rezydencji Goldeneye, przy którym Ian Fleming tworzył opowieœci o Jamesie Bondzie.

Shaggy: Ja w tym apartamencie spędziłem miesišc miodowy i używałem owego biurka do innych celów (œmiech). Ale również kreatywnych. Niewykluczone, że szedłem œladami Fleminga, który pewnie przy tym biurku wymyœlił postać Pussy Galore (œmiech).

Na czym polega przełomowoœć płyty „44/876"?

Sting: W moich ustach tak mocne słowo jak „przełom" mogłoby zabrzmieć nieco nieskromnie, ale na pewno album zaskakuje. Niespodziankš jest zarówno nasza współpraca z Shaggym, jak i rodzaj muzyki. Ale nie powinno być zaskoczeniem, że w taneczne rytmy i pogodnš muzykę opakowaliœmy całkiem poważne tematy.

Shaggy: A ja nie boję się nazwać tej płyty przełomowš. Na pewno jest takš dla mnie. Po raz pierwszy w karierze wypowiedziałem się tak mocno w sprawach politycznych i społecznych. Jednak nawet tworzšc piosenki o krzywdzie i niesprawiedliwoœci, byliœmy w stanie wskazać promyk nadziei, jak w piosence „Waiting For The Break Of Day". Rozpiera mnie duma, bo – wiedziony przez Stinga – po raz pierwszy mam poczucie, że przekazuję coœ ważkiego. Dotšd œpiewałem głównie o goršcych laskach (œmiech).

„Dreaming In The U.S.A." to właœciwie laurka dla Stanów Zjednoczonych. Powiedzcie coœ o przesłaniu tego utworu.

Sting: Chcieliœmy pokazać, dlaczego tak kochamy amerykańskie kino, sztukę, literaturę, muzykę, ale także ideały wolnoœci. To dlatego tak wiele osób cišży ku Stanom, chce tam zamieszkać. Œmiertelnie poważnie traktuję przekaz wiersza Emmy Lazarus o nowojorskiej Statui Wolnoœci, w którym z ust posšgu padajš słowa „PrzyjdŸcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obcišżeni jesteœcie, a ja was pokrzepię". Teraz te wartoœci sš zagrożone, więc chcieliœmy w tym utworze zaapelować: Nie spieprzcie tego.

Shaggy: Trzeba to przypominać, bo ludzie przyjmujš wiele rzeczy za oczywistoœć. Wpływ USA na niemal każdy aspekt życia na œwiecie jest przemożny. Powinniœmy być za to wdzięczni i to chronić. Ja ryzykowałem dla ideałów życie, służšc przez cztery lata w amerykańskiej piechocie morskiej i bioršc udział w pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej. I mam prawo wyrazić swoje poglšdy w piosence takiej jak ta.

A więc waszym zdaniem Donald Trump nie musi „przywracać Ameryce wielkoœci"?

Sting: Zmierza dokładnie w odwrotnym kierunku.

Shaggy: Mam dosyć tego, że facio o pomarańczowych włosach dyktuje teraz wszystkim, jak ma wyglšdać Ameryka.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL