Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Muzyka

Black Sabbath z czcią o papieżu

Ozzy Osbourne, Tony Iommi, Geezer Butler, Tommy Clufetos i Adam Wakeman, syn Ricka z Yes
Universal
Znakomitym albumem koncertowym „The End” hardrockowy kwartet żegna się z fanami.

Historyczny już show z 4 lutego 2017 roku w rodzinnym Birmingham zaczyna się na DVD tak jak debiutancka płyta „Black Sabbath” z 1970 r. – tytułową kompozycją w nastroju grozy, z dźwiękami bijącego upiornie dzwonu oraz gotycko brzmiących gitar. Ozzy na widok przerażającej zjawy jak zwykle woła pomocy, ale śmiejąc się demonicznie, ma w oczach również błysk satysfakcji, że po blisko 50 latach hymn zespołu brzmi wciąż znakomicie.

To także zasługa gitarzysty Tony’ego Iommiego, który gra o niebo lepiej niż w czasach debiutu. Także basista Geezer Butler z pewnością i spokojem buduje rytmiczny fundament hardrockowych klasyków. Zabrakło pierwszego perkusisty Billa Warda. Ozzy sugerował, że Bill nie wytrzymałby gigantycznego wysiłku. Faktem jest, że zaproszony w zastępstwie Tommy Clufetos ciężko haruje, by obsłużyć muzykę Sabbathów, i jest w tej roli rewelacyjny.

Fascynujące jest to, że zespół uważany za barbarzyńców grających muzykę dla troglodytów wytrzymał próbę czasu, a największą furorę, również wśród młodych odbiorców, wywołuje wykonując kompozycje z pierwszych kilku albumów. Fani cenią sobie bezkompromisową moc tego, co kwartet stworzył na samym początku, co różniło się od muzyki lat 60. i zainspirowało po latach m.in. Metallicę oraz grundżowców z Alice In Chains czy Soundgarden, którego gitarzysta Kim Thail bawi się w tłumie.

W programie są utwory, które nie przebijały się na listy przebojów jak „Paranoid” – na przykład „Into the Void” z fantastycznym solo Iommiego czy „After Forever”. To ważna kompozycja, ponieważ oskarżany o satanizm zespół – ręką Butlera, który zawsze był zdeklarowanym chrześcijaninem, napisał tekst ze słowami: „Czy myślałeś kiedyś o nieśmiertelności duszy?/ Czy myślisz może, że po śmierci pozostaniesz w grobie?” (…) A może chciałbyś zobaczyć jak papież dynda na sznurze?/ Myślałeś, że jest głupcem?/A ja poznałem prawdę, bo ujrzałem światło/ I zmieniłem swoją drogę”.

Na tym tle mniej zaskakująco brzmi tytuł dołączonej do DVD sesji w domowym studiu Ozzy’ego nazwanej anielską, gdzie śpiewa na pożegnanie „Changes”. Albo okrzyk Osbourne’a podczas „Snowblind”: „Niech Bóg was błogosławi!”. Śmieję się, robiąc straszne miny, bo na koniec czarny sabat okazuje się jednak zabawą, a nie czarną mszą – sposobem na wypowiedzenie lęków i obcowanie ze światem nadprzyrodzonym.

Nie wiadomo do końca, na czym polega cud zdrowia Ozzy’ego. Widać, że od lat ma problem z nogami. Są też momenty, kiedy można dostrzec w jego oczach pustkę lub gigantyczne zmęczenie. A jednak wciąż śpiewa niepowtarzalnym metalicznym głosem, który stał się znakiem rozpoznawczym jego osobowości.

Zwłaszcza na tle sporu z Wardem miło popatrzeć, z jaką atencją Ozzy traktuje Iommiego, nazywając go królem riffów. Panowie wielokrotnie się do siebie uśmiechają i podają ręce. Jest sobie czego gratulować. „War Pigs”, „Children of the Grave” czy „Iron Man” to niezniszczalne szlagiery. Szkoda tylko, że Black Sabbath nie wykonają już ich nigdy razem. A gdyby zdarzyła się okazja – Bill Ward powinien być mile widziany. Nie musi trzymać w ręku pałek. Wystarczy gest podania dłoni. ©?

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL