Energia jak magnes

aktualizacja: 10.07.2017, 12:07
Foto: Fotorzepa, Marek Dusza

Występy saksofonisty Kamasiego Washingtona, gitarzysty Billa Frisella i szwedzkiej grupy Tonbruket to wydarzenia pierwszych trzech dni festiwalu Warsaw Summer Jazz Days.

REDAKCJA POLECA
03.07.2017
Jazzowi artyści, którzy robią furorę w świecie
02.07.2017
Ten słodki włoski jazz
29.06.2017
Jazz-rockowa sensacja na Bemowie
kariera
Wulgaryzmy w pracy niedopuszczalne, chociaż powszechne

Za sprawą trzypłytowego albumu „The Epic” (2015) nazwisko Kamasiego Washingtona należy do najczęściej wymienianych w jazzowym świecie. Ale nie tylko w jazzowym, bo współpracuje z Kendrickiem Lamarem, znalazł się wśród gwiazd festiwalu Coachella Valley Music & Arts, wystąpił na BBC Proms 2016, dziś gra na North Sea Jazz Festival, a w sierpniu przedstawi nowy program w Hollywood Bowl. Nie mogło zabraknąć Kamasiego w Warszawie, gdzie był oczekiwany nie tylko przez miłośników jazzu, ale i r’n’b. Wszyscy zadawali sobie pytanie, jak dalece muzyka z doskonale wyprodukowanego albumu różni się od tego, co oktet saksofonisty wykonuje na scenie. Odpowiedź dał już pierwszy utwór – jest bardzo bliska temu, co muzycy zagrali w studiu, choć nie było słynnego basisty Thundercata, ani znaczących gości.

Energetyczna fala płynąca z dwóch perkusji i basu, jaka uderzyła słuchaczy wypełniających Soho Factory, nie pozostawiła wątpliwości, że to rytm będący zadziwiającą syntezą jazzowego i funkowego pulsu napędza zespół. Ale bez saksofonu Kamasiego Washingtona, jego melodyjnych fraz wydmuchiwanych z siłą huraganu jego muzyka nie miałaby tej hipnotyzującej siły, jaką ogarnęła wszystkich. Jazz szuka nowych gwiazd ale i nowych środków, właściwych dla naszych czasów. Niegdyś rękę na pulsie jazzu trzymał Miles Davis, dziś jest to Kamasi Washington i to on jest magnesem przyciągającym publiczność festiwali. Kto jeszcze potrafi grać jazz z takim przekonaniem, radością i energią i trafia do szerokiej publiczności?

Bill Frisell wykonuje tę samą, własną muzykę od trzydziestu lat, ale jest tak zróżnicowana, że gitarzysta może dać kilka różnych występów krótkich odstępach czasu. Ten w Soho Factory należał do najlepszych, jakie w jego wykonaniu słyszałem. Frisell czarował barwami gitarowych akordów, zadziwiał bogactwem harmonii, tylko wirtuozerią ustępował młodemu gitarzyście Julianowi Lage, który ze swoim triem wystąpił tuż przed nim. A jednak w muzyce Lage’a zabrakło różnorodności aranżacji i myśli przewodniej, która poprowadziłaby by go na szczyt, jak niegdyś młodego Pata Metheny’ego. Gitara to instrument, którym trudno skupić uwagę słuchaczy na dłużej niż dwa kwadranse. Sama wirtuozeria nie wystarczy. Poczekajmy, jak rozwinie się kariera młodego geniusza.

Intrygującą koncepcję muzyki z pogranicza free, funku i r’n’b przedstawiło trio Harriet Tubman z gitarzystą Brandonem Rossem, basistą Melvinem Gibbsem i perkusistą JT Lewisem. Jednak nadmiar dźwiękowych efektów odciągnął uwagę od misternej aranżacji. Koncert był nagrywany i jeśli muzycy uznają go za godny wydawnictwa „live”, będzie można się wsłuchać weń ponownie i odnaleźć wzniosłą, wolnościową ideę muzyków.

Czarnym koniem festiwalu okazał się szwedzki kwartet Tonbruket basisty Dana Berglunda, który już pierwszym utworem zaskoczył brzmieniem i koncepcją. Po tragicznej śmierci pianisty Esbjörna Svenssona, lidera tria e.s.t. perkusista Magnus Öström i basista Dan Berglund założyli swoje zespoły. W sobotę obaj wystąpili na Warsaw Summer Jazz Days. Po koncertach było wiadomo, kto był Numerem Dwa w e.s.t. – właśnie Berglund. Zaskakujące aranżacje, wciągająca dramaturgia i chwytliwa melodyka kompozycji Beglunda sprawiła radość chyba wszystkim oprócz jazzowych ortodoksów, bo szwedzkie zespoły nie grały jazzu. Ale jakie to ma znaczenie, skoro mimo późnej pory publiczność słuchała w skupieniu. Zarówno w przypadku Öströma, jak i Berglunda zadziałał element zaskoczenia. Ich muzyka znacznie odbiegła od tego, co grali w e.s.t. Pozostał w nich duch odkrywców nowych form muzyki inspirowanej jazzem.

A jednak to kwartet saksofonisty Branforda Marsalisa z gościnnym udziałem wokalisty Kurta Ellinga wyzwolił emocje, jakich dawno na festiwalu Warsaw Summer Jazz Days nie widziano. To nie tylko najlepszy koncert tegorocznego festiwalu, ale jeden z najważniejszych w jego historii. Pokazał, że słuchacze cenią wirtuozerię, wyrafinowane aranżacje, ale najważniejsze, że jazz niesie sobą radość i zabawę. W niedzielny wieczór oklaskiwaliśmy w Soho Factory najlepszy dziś zespół jazzowy w skali światowej nie wyłączając z tej klasyfikacji kwartetu Wayne’a Shortera ani tria Keitha Jarretta.

KOMENTARZ DNIA
Żródło: rp.pl

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE