Stefan Hertmans: Religia nie ma znaczenia

aktualizacja: 17.07.2017, 18:34
Stefan Hertmans, pisarz niderlandzkojęzyczny, ur. w 1951 r., autor pow...
Stefan Hertmans, pisarz niderlandzkojęzyczny, ur. w 1951 r., autor powieści, opowiadań i wierszy. Mieszka w Brukseli.
Foto: Rzeczpospolita

Belgijski pisarz mówi Michalinie Mikulskiej, dlaczego można było przewidzieć ataki terrorystyczne.

REDAKCJA POLECA
19.07.2017
Sześć zasad walki z terroryzmem dla Kataru od państw arabskich
kariera
Millenialsi - czego oczekują od pracodawcy?

Rzeczpospolita: Co było inspiracją do napisania książki „Głośniej niż śnieg"?

Stefan Hertmans: Bruksela

W którym roku Pan ją napisał?

W latach 2002-2003

 

 

Serie zamachów w Brukseli i w Paryżu miały miejsce ponad dekadę później...

Kiedyś górnicy zabierali ze sobą do kopalni kanarki. Jeśli ptaki zaczynały panikować, wiadomo było, że w korytarzach nie ma wystarczającej ilości powietrza. Pisarze są kimś w rodzaju takich kanarków w kopalni.

Chce pan powiedzieć, że przewidział, iż dojdzie do zamachów w Europie?

W pewnym sensie tak.

Nie określa pan, gdzie dokładnie dzieje się akcja „Głośniej niż śnieg". Ani jaka grupa terrorystyczna odpowiada za serię zamachów, które pan opisuje. Pana redaktor John de Vuyst to taki bohater uniwersalny?

Jak Józef K. z „Procesu" Kafki. W książce jest zresztą takie zdanie, które nawiązuje do ostatniego zdania „Procesu". Tego o psie.

Seria ataków terrorystycznych, chociaż dzieje się daleko od głównego bohatera, wywiera wpływ na jego życie. Chciał Pan w ten sposób pokazać, że tragedie rozgrywające się daleko od nas, jak te w Brukseli, mogą wpływać na nasze życie?

To dosłownie stało się w Brukseli. Wydawało się nam, że możemy dać sobie radę z naszą muzułmańską społecznością, która przyjechała tu 30-40 lat temu na zaproszenie rządu belgijskiego. Podobnie zrobili Niemcy czy Francuzi. Myśleliśmy, że imigranci sami urządzą się w nowej rzeczywistości, gdyż demokracja to samoregulujący się ustrój, więc wszystko się ułoży. Pierwsze pokolenie było wdzięczne za to, że mogło przyjechać do Belgii, drugie ciężko pracowało na swój byt – zakładali restauracje, działali na rynku budowlanym, bogacili się. Trzecie pokolenie stwierdziło: my też jesteśmy Belgami, urodziliśmy się tu, dlaczego nie możemy mieć takich samych możliwości jak wy? I co poszło nie tak? Ci młodzi ludzie wcześnie przestali chodzić do szkoły, dali się wciągnąć w uliczną przestępczość, wreszcie stali się dżihadystami. Praktycznie nigdy nie wpada się w dżihadyzm z powodów religijnych. Tylko z powodów społecznych, narastającej frustracji.

Kraje Zachodu nie rozumiały do końca tego, co nadchodzi. Co więcej, byliśmy tak pewni siebie w Belgii, że nasz król Baldwin, bardzo katolicki władca w latach 60. poprzedniego wieku udostępnił Arabii Saudyjskiej Wielki Meczet w Brukseli w ramach 99-letniej dzierżawy. Co przez to zaimportowaliśmy? Salafickich immamów z własnymi interpretacjami Koranu. Wszyscy ci młodzi ludzie, o których się nie zatroszczyliśmy, sądząc, że skoro mamy demokrację, sami odnajdą się w naszej rzeczywistości, ulegli radykalizacji. Było coś w naszym sposobie myślenia o tym, że rozwiążemy problem, który rodził się w naszym kraju, co było złe.

Wojnę w Zatoce Perskiej Saddam Husajn próbował przedstawić jako konflikt religijny, a Amerykanów jako krzyżowców. Świat arabski był sfrustrowany tym, co działo się na tej wojnie. Ale krucjata? Obecnie w naszych supermarketach, w naszym metrze niewinni ludzie są zabijani, a ISIS mówi, że to są krzyżowcy.

W książce ataki terrorystyczne dzieją się niejako w tle, a w centrum jest strach człowieka.

Myślę, że ta książka jest o niepokoju i paranoi. To pierwsze, co ma miejsce w Brukseli. Mimo to żyjemy dalej. Jeździmy metrem, tramwajem. Chodzimy na koncerty, do teatrów. Terroryści chcą, byśmy zastopowali nasze życie. Możemy pokazać im środkowy palec i żyć dalej.

Celami ataków uczynił pan w książce bazylikę Świętego Piotra w Rzymie, Instytut Świata Arabskiego w Paryżu i synagogę w Nowym Jorku.

Chciałem powiedzieć, że religia nie ma znaczenia. Czy jesteś chrześcijaninem, muzułmaninem czy żydem, zawsze możesz rozumieć religię w niewłaściwy sposób. Religia to puste narzędzie, które nie gwarantuje niczego.

Albo może być używane jako wymówka...

Oczywiście. Mogę być okrutny zarówno na gruncie racjonalizmu, jak i w religii. To mój wybór, czy będę człowiekiem czy nie. Jeśli ortodoksyjni Żydzi próbują atakować kobiety za to, że noszą spódnice w Jerozolimie, sami wybierają jakąś interpretację swojej religii judaistycznej sprzed dwóch tysięcy lat, popełniając te same głupstwa co islamscy fundamentaliści. Różnice pomiędzy ludźmi z otwartymi umysłami, którzy starają się zrozumieć, co się dzieje na świecie, bez stosowania przemocy a ludźmi, którzy zamykają swoje umysły i przestawiają się na przemoc, to największy podział świata.

W pewnych warstwach społeczeństwa da się zaobserwować, że w reakcji na fundamentalizm i radykalizację, przybywa białych radykalnych fundamentalistów, którzy nie rozwiążą problemu. Jedyne, co nam pozostaje, to wierzyć, że nadchodzi europejski islam.

Tymczasem trzeba wybrać, czy się bać, czy otworzyć. Mieszkamy obok dzielnicy Molenbeek, przechadzam się jej ulicami, witam się z mieszkającymi tam mężczyznami. Dlaczego nie? To muzułmanie, oczywiście, ale chcą się zintegrować. Jeśli zyskają twój szacunek, w większości przypadków również potraktują cię z szacunkiem. Tylko jeśli odwracasz się do nich plecami, radykalizujesz ich. Skończyłem właśnie pisać sztukę teatralną „Antigone in Molenbeek", współczesną wersję „Antygony".

Bohaterką jest siostra terrorysty?

To muzułmanka, która studiuje prawo na Uniwersytecie w Brukseli. Pyta o to, gdzie jest ciało jej brata. Idzie na policję i mówi, że chce go pochować. W internecie można znaleźć informacje o tym, że wymiar sprawiedliwości nie chce chować zmarłych terrorystów, tylko przetrzymuje ich ciała zamrożone w kostnicach medycyny sądowej. Nie chce robić z nich męczenników. Moja Antygona to niemal dziewczyna z Zachodu, choć muzułmanka, ale ponieważ nie może pochować brata, stara się ukraść jego ciało, co jest przestępstwem. Ma te same dylematy moralne, co Antygona. Jesteśmy w trakcie tłumaczenia tej sztuki na arabski. Chcę, by została odegrana w centrum kulturalnym w Molenbeek w języku arabskim. Dla młodych chłopców, którzy tam mieszkają. By można było z nimi o tym porozmawiać. Nie sądzę, że my, pisarze, możemy zmienić świat, ale możemy chociaż zapoczątkować dyskusję na ważne tematy.

W znanej i w Polsce książce „Wojna i terpentyna" opisał pan losy swojego dziadka – życie rodzinne, czasy jego dorastania, udział w I wojnie światowej.

Chciałem dodać kolejną pozycję do mozaiki wielkich powieści opisujących czasy I wojny światowej. Niemcy mieli wielkie książki na ten temat, Francuzi i Anglicy też. Chciałem więc opowiedzieć o tym, co wówczas się stało z Flamandami. W drugiej kolejności chciałem pokazać skromnego człowieka i to, jak nie chcąc tego, może on zostać bohaterem. Gdy czytałem dzienniki dziadka, zadawałem sobie jedno pytanie: dlaczego ci młodzi chłopcy zawsze wypełniali rozkazy dowódcy? Gdyby mój dowódca powiedział mi, że mam zdobyć rów dwieście metrów ode mnie, co będzie kosztowało tysiące zabitych, powiedziałbym, żeby zrobił to sam. A oni się zgadzali.

W tej książce odsłonił pan też siebie.

To nie jest powieść biograficzna, ale pisząc ją, odkryłem pewną prawdę: gdy jesteśmy młodzi, sądzimy, że możemy sami siebie stworzyć. Gdy się starzejemy, zaczynamy zachowywać się jak nasi rodzice. Popełniamy te same błędy. To jest właśnie moment, w którym zaczynamy prawdziwie kochać i rozumieć swoich rodziców. Jeszcze silniej ma to miejsce w przypadku pokolenia naszych dziadków. Zapominamy spytać ich o pewne rzeczy, a potem jest na to za późno.

Tłumaczka pana na język polski, Alicja Oczko, otrzymała prestiżową holenderską nagrodę dla tłumaczy literackich. Cieszy pana jej sukces?

Bardzo, bo Alicja to tłumaczka oddana swojej pracy. Spotkaliśmy się w Krakowie na Festiwalu Miłosza, mamy też kontakt na Facebooku. Sądzę, że jest bardzo dobrą tłumaczką. Widzę to po reakcjach polskich czytelników, którym moje książki bardzo się podobały. Dobrego tłumacza poznaję też po pytaniach, które mi zadaje.

O co Alicja pana pyta?

Przeważnie o flamandzkie wyrażenia. Słowa pochodzące z dialektu. Ale także o interpretacje. Na przykład o to, co miałem na myśli w danym zdaniu. Pyta zwykle o takie zdania, które faktycznie mogą mieć znaczenie ambiwalentne.

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE