"Dziesięć godzin": Literacka ofiara PiS

aktualizacja: 17.05.2017, 18:16
Maria Nurowska to jedna z najbardziej poczytnych pisarek
Maria Nurowska to jedna z najbardziej poczytnych pisarek
Foto: Rzeczpospolita

Maria Nurowska połączyła polityczną satyrę z Bułhakowem. Wyszła powieść kuriozum.

REDAKCJA POLECA

Czasami wytwory kultury są tak nieudane, że aż wzbudzają podziw. Bo czyż nie zasługuje na szacunek twórca, który niczym Don Kichot wkłada całą energię w rzecz, która od początku pachnie spektakularną klapą? Takie uczucie może towarzyszyć lekturze „Dziesięciu godzin" Marii Nurowskiej, autorki mającej ponad 30 książek w dorobku, z czego większość stanowią melodramaty i powieści o miłości.

Na "Dziesięć godzin" składają się dwa wątki. Pierwszy to historia Małgorzaty, która jest sędzią. Na jej biurko trafia sprawa Józefa Piniora i prokuratorskiego wniosku o areszt dla senatora oskarżonego o korupcję. Tytułowe dziesięć godzin to czas, który sędzia Małgorzata ma na podjęcie decyzji.

Mamy zatem prawdziwą sprawę, która w ostatnim czasie rozgrzała opinię publiczną, a wobec której Nurowska uznała, że niepotrzebny jest proces. Przekonuje, że zarzuty mają polityczny podtekst, a oskarżony senator jest wzorem cnót.

Sędzia Małgorzata nawiązuje romans z inteligentnym i seksownie szpakowatym psychologiem, a wszystko za plecami zgorzkniałego męża, poruszającego się na wózku inwalidzkim. Imię i losy bohaterki to jedno z wielu nawiązań do „Mistrza i Małgorzaty" Bułhakowa. Najbardziej jednak zastanawia to, czy autorka pomyślała, że gdzieś w rzeczywistości istnieje prawdziwa sędzia, która rozstrzygała sprawę aresztu dla Józefa Piniora, i powieść napisana w ten sposób może stawiać ją w mało zręcznej sytuacji.

W drugim wątku Maria Nurowska wprost cytuje Bułhakowa, sprowadzając do współczesnej Polski świtę Wolanda. Diabły zaczynają odstawiać złośliwy spektakl, skupiając się na członkach rządu i posłach prawicy. Na mniej lub bardziej wyrafinowane sposoby napastują Joachima Brudzińskiego, ministrów Szyszkę, Macierewicza, Ziobrę i innych polityków. Kto spodziewał się wyśmienitej satyry politycznej, będzie zawiedziony, bo rzadko kiedy jest zabawnie.

Autorka wielokrotnie przekracza granice dobrego smaku. Poddaje polityków fizycznej przemocy, wchodzi w ich umysły i dokonuje nieuprawnionych sądów. Choćby wtedy, gdy przypisuje obsesyjny antysemityzm ministrowi sprawiedliwości, gdyż opowiada on się za rozliczeniem przed sądem Romana Polańskiego. Poważny to zarzut, na który warto byłoby mieć pokrycie.

Niezręcznie jest krytykować pisarkę z takim doświadczeniem, ale „Dziesięciu godzin" trudno bronić. Jak to często bywa w przypadku nieudanych dzieł, mają one ciąg dalszy w wywiadach. Mogliśmy więc przeczytać, że Maria Nurowska liczy się nawet z zemstą. „Może nawet ktoś zechce mnie mocno wystraszyć albo i uszkodzić fizycznie (...) Wraz z wydawcą jesteśmy przygotowani na najgorsze, na wszelki wypadek nosimy przy sobie szczoteczki do zębów" – mówiła dla Wirtualnej Polski.

Obawiam się, że największą krzywdę autorka wyrządziła sobie tą książką sama, co na swój sposób czyni ją ofiarą rządów prawicy.

Niezależnie od poglądów i sympatii politycznych nasuwa się poczucie, że mamy do czynienia z dokonaniem kuriozalnym, czerpiącym z publicystyki jej najgorsze cechy. Wiem, że moje stanowisko będzie można w prosty sposób odrzucić, ale powiem krótko, cytując samą Marię Nurowską: Jestem przygotowany na najgorsze. ©?

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: m.kube@rp.pl

POLECAMY

KOMENTARZE