Literatura

Co dama wiedzieć powinna, a o czym mówić nie wypada

materiały prasowe
Wiek XIX to nie tylko damy w olśniewających sukniach, nienagannie ułożone fryzury, śnieżnobiałe halki, szarmanccy i schludnie ubrani dżentelmeni i brak potrzeb fizjologicznych. Więcej na ten temat w książce „Niedyskretnik. Co dama wiedzieć powinna o seksie, małżeństwie i dobrych manierach, a o czym mówić nie wypada”

Niedyskretnik. Co dama wiedzieć powinna o seksie, małżeństwie i dobrych manierach, a o czym mówić nie wypada” Therese Oneill, fragmenty:

Mycie włosów

Nie ma zgodnej opinii o właściwym sposobie pielęgnacji włosów. W książce z 1881 roku pt. Sylvia’s Book of the Toilet: A Ladies’ Guide to Dress and Beauty [Toaleta oczami Sylwii. Stroje i uroda - porady dla kobiet] Sylvia (pseudonim osoby, która napisała również książki instruktażowe dla dam o sztuce makramy i o tym, jak zdobywać datki na kościelnych kiermaszach dobroczynnych) proponuje, aby zabiegi pielęgnacyjne włosów rozpoczynać od tego samego, od czego rozpoczyna tworzenie swojego produktu docelowego nowoczesny przemysł nawozowy: od sporej porcji czystego amoniaku.

Zalej [amoniak] kwartą wrzącej wody; kiedy ostygnie na tyle, żeby można było wsadzić rękę bez odczuwania jakiegokolwiek dyskomfortu, rozbełtuj ręką wodę, aż wytworzy się piana. Tę pianę wetrzyj w głowę przy korzeniach włosów, a potem w same włosy… Napełnij miednicę ciepłą wodą i zmyj pianę. Następnie polej głowę strumieniem zimnej wody, po czym masuj całą głowę, aż skóra się zaróżowi.

Amoniak staje się mocno żrący, reagując z wodą, co zapewne musi być bardzo skuteczne, jeżeli chodzi o usuwanie brudu z włosów. A również kilku zbędnych wierzchnich warstw skóry. Doprowadzenie skóry, która jeszcze ci pozostanie, do zaróżowienia nie powinno być trudne, jako że amoniak niszczy komórki, w tym komórki krwi. Takie, jakie znajdują się w naszej skórze czy w płucach. Co ciekawe, częste wchłanianie amoniaku - choć to gaz tak gryzący, że trudno go wdychać i niewątpliwie przyczynia się do uszkodzenia płuc - nie było uważane za przyczynę suchot.

Sylvia jest jedną z wielu specjalistek od urody wychwalających znaczenie soku z cebuli dla porostu włosów. Jeśli jednak ktoś uważa ten zapach za zbyt nieprzyjemny, ponieważ ten ktoś zapomniał właśnie, że przecież żyje w ciągłym smrodzie i nagle zamarzył mu się wyższy standard, Sylvia proponuje dodać ambrę, wydzielinę z jelita kaszalota, o zapachu lekko słodkawym i lekko kojarzącym się ze wzdęciami i niestrawnością. Ambra to bardzo popularny składnik kosmetyków i perfum w tych czasach. W XXI wieku posiadanie jej będzie nielegalne, ponieważ kaszaloty będą zagrożone wyginięciem (głównie z powodu poszukiwania ambry i wcześniej wspomnianego oleju wielorybiego do lamp). Owa ambra to po prostu odchody kaszalota. Przestań bawić się w kaszalocich ekskrementach. Po prostu przestań.

A teraz pytanie, jak często powinno się myć włosy? Wszystko zależy od włosów i od tego, u którego eksperta zasięgasz porady. I również od środowiska, w jakim mieszkasz, pory roku i oczywiście od twoich zasad moralnych. Dziewczyna niemoralna jest oślizła.

Prawdę mówiąc, z wyjątkiem ogólnej zasady „nie za często”, włosy myje się wtedy, kiedy pasuje.

The Woman’s Book [Książka dla kobiet] wydana przez Scribnera (1894) zaleca mycie na mokro mniej więcej raz w miesiącu. Nie używaj mydła, bo to powoduje łupież. Lepszym rozwiązaniem są jajka, ubite i rozsmarowane na włosach. Czy te jaja należy spłukać? Kto wie? Ale to właściwie wszystko jedno. Żebyś nie wiem co robiła, twoje włosy w tej epoce nie będą takie, do jakich się przyzwyczaiłaś.

Nasza znajoma pani Walker ma na ten temat swoje zdanie.

Włosy giętkie, wrażliwe na wilgoć, przetłuszczające się można myć letnią wodą co osiem dni. Włosy jasne, które rzadko są przetłuszczone i których delikatność i miękkość uwalnia od potrzeby stosowania pomad, tylko niekiedy wymagają mycia.

Jeżeli wszy atakują wyjątkowo mocno, pokrycie skóry głowy warstwą octu ze smalcem powinno je wydusić. Podobno nie lubią też… naci pietruszki. Więc może by ją wmieszać w ten smar? Albo może paprykę? Albo anyż? Nikt nie lubi anyżu.

Szczerze mówiąc, możesz w ogóle o tym wszystkim zapomnieć, jeżeli gorliwie oddasz się szczotkowaniu. 

Higiena intymna

A oto pochodzące z różnych miarodajnych źródeł metody dziewiętnastowiecznej higieny intymnej podczas miesiączki, będące również do twojej dyspozycji w trakcie pobytu w tej epoce: 

· Metoda „nic”. Ubrania były ciemne. Część ekspertów, między innymi Harry Finley, kustosz wspaniałego wirtualnego Muzeum Menstruacji i Zdrowia Kobiety oraz wielu jego uczonych kolegów, uważa, że kobiety po prostu krwawiły wprost w ubranie, a dotyczy to zwłaszcza wieśniaczek i więźniarek. (Metoda, którą nazywam „nic”, jest wciąż praktykowana w wielu krajach).

· Wełna owcza, puchatą stroną do góry, po wcześniejszym wysmarowaniu okolic sromu smalcem, co miało zabezpieczać przed odczuwaniem wilgotności.

· Surówka bawełniana, podwatowana, owinięta gazą i wprowadzana do środka jak tampon.

· Gąbki morskie wprowadzane w ten sam sposób.

· Paski domowej roboty wykonane z czegokolwiek, od skóry do sznurka, co można zawiązać w talii, do których przyczepiało się podkładkę wielokrotnego użytku, tworząc opatrunek w kształcie litery T. Podkładki, czy to domowej roboty, czy kupne, miały zwykle rozmiar i fakturę złożonego ręcznika do rąk. Były długie, sięgały od brzucha wzdłuż całego krocza aż na plecy. Przypinało się je agrafką (wynalezioną w latach czterdziestych XIX wieku), zapinało na guziczki albo przywiązywało do paska.

· „Gałganek” – trójkącik materiału z przymocowanymi sznureczkami wiązanymi wokół bioder lub talii kobiety.

· Podpaski szydełkowe, które przytraczało się do paska.

· Metoda bez paska czy innego podtrzymywacza. Kobiety o dostatecznie grubych udach czasami po prostu umieszczały ręcznik między nogami, licząc na to, że ich potężne, zwaliste ciało utrzyma go na właściwym miejscu.

· Dziecięce pieluszki, złożone, używane z paskiem lub bez paska.

· Mała marmozeta-albinoska kurczowo uczepiona kobiecego ciała.

To ostatnie to nieprawda. Prawdopodobnie nieprawda. Ale jeżeli moje badania cokolwiek pokazują, to należałoby powiedzieć, że gdybyś przypadkiem miała jakieś nadwyżkowe mięciutkie marmozety i gdyby okazało się, że potrafią one stanąć na wysokości zadania i wykonać dobrą robotę, jak nic wykorzystałabyś te malutkie małpki.

Uroda. Przypalić. Zasmarować i wypchać.

Wymyślna garderoba okrywająca modną sylwetkę to tylko ułamek kobiecego piękna. Tak dużo mamy jeszcze do zrobienia. Być kobietą elegancką to zadanie trudne i zawsze tak było. Przyjrzyjmy się kosmetykom.

Przed wiekiem XIX, gdybyś chciała szczególnie się wyelegantować (może w nadziei na to, że zwrócisz na siebie uwagę świeżo owdowiałego świniarza przechodzącego właśnie koło twojej bramy ze stadkiem tuczników), użyłabyś do tego celu ingrediencji pochodzących z twojego własnego ogrodu albo uzyskanych z twojego własnego martwego już i przetopionego inwentarza.

Dobre przykłady znajdujemy w książce kucharskiej (dawne wersje tego rodzaju książek zawierały zwykle obok przepisów kulinarnych również porady dotyczące kosmetyków i leków) napisanej przez panią Hannah Glasse pt. Art of Cookery, Made Plain and Easy: Which Far Exceeds Any Thing of the Kind Yet Published [Prosta i łatwa sztuka gotowania, przerastająca wszystko co w tej dziedzinie dotychczas wydano] (twierdzenie w podtytule wydaje się uzasadnione, głównie z powodu braku pras drukarskich). W wydaniu z 1784 roku Glasse proponuje przepis na róż do ust ze smalcu świńskiego i wosku pszczelego, stopionych i wymieszanych z rozgniecionym korzeniem nieszkodliwego kwiatu o nazwie alkanna, którą to mieszankę należy dla zapachu skropić odrobiną cytryny. Proste, bezpieczne i na pewno niekojarzące się z lekkimi obyczajami.

Dobra kobieta mogłaby i tak mieć wyrzuty sumienia na myśl o nienaturalnym ulepszaniu czy powiększaniu czegokolwiek. Mamy dla niej radę znalezioną w czasopiśmie „Weekly Entertainer” z 1794 roku.

NIEWINNOŚĆ: makijaż biały, który utrzymuje się przez dłuższy czas, jeżeli go nie nadużywać.

SKROMNOŚĆ: jak najlepszy róż rumieniący twarzowo policzki.

PRAWDA: balsam zmiękczający usta i nadający im szczególny wdzięk.

ŁAGODNOŚĆ: nalewka pogłębiająca słodycz głosu.

ŁZY LITOŚCI: woda nadająca oczom blask i jasność.

Innymi słowy, najlepszą metodą na uwydatnienie piękna jest zostać świętą wyniesioną na ołtarze, samą Maryją Dziewicą, jeżeli to możliwe.

Wiem. Należałoby mnie zakwefić. Ależ hipokryzja. Brak umiaru we wtłaczaniu do kobiecych czasopism, powieści i reklam wzorów nieosiągalnej piękności jest w XIX wieku równie powszechny jak w XXI.

Kosmetyki były sprawą kontrowersyjną w tej epoce po części dlatego, że miały wywoływać fałszywe wrażenie młodości, co było uważane za nietaktowne i nieuczciwe. A również i dlatego, że były przeznaczone do uwydatnienia rysów twarzy kojarzonych z podnieceniem seksualnym, takich jak zaróżowione policzki, rozszerzone źrenice i poczerwienione usta.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL