Kultura

Magdalena Abakanowicz. Zależało jej na Polsce

PAP/Tomasz Gzell
Zmarła Magdalena Abakanowicz. Miała 87 lat, chorowała mniej więcej od dekady – z Alzheimerem nie można wygrać.

Jej przypadek jest jednak szczególny, bowiem chorobę przyspieszyła… rozpacz. Abakanowicz przegrała walkę o Park Rzeźby, o budynek na przechowywanie jej monumentalnych prac, o obecność w warszawskich muzeach… Kiedy dopadła ją choroba uniemożliwiająca dalszą aktywność, nikt się nie palił, żeby zadbać o jej pozycję w naszej sztuce. Zepchnięto ją na dalekie pozycje.

Ostatni raz oglądałam jej wystawę dwa lata temu w Berlinie. Pokaz w nieczynnym klasycystycznym kościele trwał raptem tydzień, lecz był jednym z najpiękniejszych, jakie widziałam. Specyficzna architektura świątyni i przesycona światłem przestrzeń stworzyły idealny kontekst dla jej wielopostaciowych instalacji. Zwłaszcza słynne „Plecy” z 1976 roku zyskały kontemplacyjny wymiar.

To było pierwsze dzieło Abakanowicz, które wywarło na mnie wrażenie obcowania z czymś niezwykle ważnym, ponadczasowym, ponadkulturowym. Potem zachwyciła mnie instalacja „Embriologia”, w której obok figur „wylęgły się” i rozpączkowały kokono-jajo-kamienie. Oczywiście, najpierw musiałam natknąć się na „Abakany”, sizalowe ogromy, antytezę tradycyjnych gobelinów. Zafascynowały mnie dziką, nieokiełznaną witalnością i jakimś przyczajonym, zamaskowanym zagrożeniem. Drapieżne, organiczne stwory, rozrastające się ponad, poza wyobrażenie o tkaninie dekoracyjnej. Piękne i straszne, stworzone przez człowieka, a nieludzkie, jakby pochodzące od samej natury. To właśnie „Abakany” przyniosły autorce międzynarodowy sukces, gdy w 1965 roku dostała za nie Grand Prix na Biennale w Sao Paolo.

Gry Wojenne

Poznałam ją Lozannie, na Biennale Tkaniny, gdzie otwierała indywidualną wystawę. Był rok 1979, Abakanowicz wydawała się niedostępną gwiazdą. Odważyłam się do niej podejść dopiero w 1994 roku, w warszawskiej Kordegardzie, gdzie pokazywała „Gry Wojenne”. Genialnie znaleziony skrót siły i bezsiły, agresji i ubezwłasnowolnienia. Potężne pnie drzew ujarzmione, zakute w kajdany, wzięte na smycz. Wtedy po raz pierwszy zauważyłam kontrast pomiędzy masywnością prac a delikatnością autorki.

– Wtedy myślano, że emigrowałam – śmiała się artystka. – A ja na Mazurach robiłam „Gry Wojenne”, pierwszy cykl, do których użyłam drzew. Uciekłam od świata. I choć mam pracownię w różnych miastach, dużo podróżuję, zawsze szczycę się polskim obywatelstwem. To jest przynależność: mam obowiązek dawać znać, że mój kraj istnieje. Zależy mi, żeby Polska nie była na marginesie świata.

>W latach 90. zaczęłam za nią jeździć na co ważniejsze wystawy w Polsce. Odwiedzałam ją w domu, prowadziłam wywiady, telefonowałam całkiem prywatnie. Wiedziałam już, że pomimo sukcesów nie pozbyła się dziecięcych lęków. Nie potrafiła być na luzie. Za fasadą „żelaznej damy” wciąż kryła się nieśmiała dziewczynka, wystąpienia publiczne zawsze ją stresowały.

Emisariuszka

Już w latach 60. XX wieku jej nazwisko stało się marką. Stała się emisariuszką kultury polskiej na świat w czasach, gdy tak niewielu udawało się przebić poza żelazną kurtynę i zaistnieć w świadomości zagranicznych odbiorców. I pozostała na lata, na równych prawach z zachodnimi autorami.

W późniejszym okresie Abakanowicz irytowało kojarzenie jej poszukiwań tylko z tkaniną artystyczną; uparcie przedstawiała się jako „rzeźbiarka”. Poniekąd sama sobie była winna: przecież właśnie w nazwę tych tekstylnych monstrów wplotła swoje nazwisko. Swoją drogą, co za brawura w dobie programowej PRL-owskiej skromności! Ile w tym było dumy, świadomości własnej wyjątkowości. Bo też miała po temu powody: przełamała tradycyjną dekoracyjność tkaniny, zmierzyła się z monumentalną skalą – i to mieszkając w kawalerce, w bloku na Saskiej Kępie. A nade wszystko wyłamała się z drugoplanowego szeregu kobiet-artystek, przewyższając sławą i pozycją większość mężczyzn, co w nadal należy do rzadkości, a w PRL-u było wyjątkiem.

Zapytałam ją kiedyś o genezę „Abakanów”. Powiedziała: – Człowiek rodzi się z pewnym zasobem konieczności. Miałam własną wizję tkaniny, musiałam wyjść poza mury pracowni. Marzyłam o działaniu w przestrzeni, o zespoleniu prac z plenerem. „Abakany” przyniosły mi niesamowitą sławę. Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Tokio, na lotnisku czekało na mnie pół tysiąca osób.

Postaci z brązu

O Japonii Abakanowicz opowiadała zawsze ze wzruszeniem. Na prośbę mieszkańców Hiroszimy zrealizowała dzieło upamiętniające ofiary wybuchu bomby jądrowej. Grupa 40 postaci z brązu została ustawiona na wzgórzu, na którym ludzie usiłowali się schronić i gdzie umierali.

– Europejczyk zrobił ze sztuki dekorację. A ja chciałam uwolnić sztukę od estetycznego działania – opowiadała. – Chciałam przekazać rzeźbą coś awerbalnego. Jedna figura ludzka, pojedyncza rzeźba nie działa tak silnie jak zespół figur, tłum.

Po figurach siedzących pojawiły się postaci stojące, kroczące, potem tańczące… Do każdego cyklu dobierała stosowne surowce. Od antropomorficznych dzieł przeszła do abstrakcji – na pustyni Negev ustawiła 7 kamiennych kręgów; na Litwie, w leśnym parowie, wzniosła 26 „pni” z betonu; w Storm King Art Center w Nowym Jorku skonstruowała 4 „sakrofagi” z drewna w oszklonej konstrukcji. Jej kreatywność wydawała się nie mieć końca…

W latach 90. i na początku następnej dekady wciąż sięgała po coraz to nowe wyzwania, mierzyła się z kolejnymi materiałami, skalą, rozwiązaniami przestrzennymi. Jednocześnie, zaczęto minimalizować znaczenie jej dokonań. Z pewnością gdyby wyjechała z Polski – po czemu miała dziesiątki okazji – jej kariera nie załamałaby się tak gwałtownie. Jednak ona uważała, że emigracja pozbawi jej sztukę korzeni. Bo tylko w Polsce, z naszych doświadczeń czerpała inspirację.

Po roku 1989 jej sztuka przestała „pasować” do potransformacyjnego społeczeństwa. Dawne metafory jakby straciły sens. U nas – bo za granicą Abakanowicz nadal funkcjonowała po dawnemu, szanowana i uznawana za klasyka sztuki współczesnej. Ostatnia dekada wyraźnie jej nie sprzyjała: nie udało się zdobyć terenu na wymarzony Park Rzeźby, nie dostała lokalu na magazyn prac. Ale jestem pewna, że dla sztuki Abakanowicz znów nadejdzie sprzyjający klimat – bo dzieła wybitne zawsze przetrwają.

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL