Komentarze

Haszczyński: Trump i sześć dni euroniepewności

AFP
To ważny czas dla analityków, komentatorów profesjonalnych i amatorów, dla dyplomatów, twórców memów. Dla zatroskanych o przyszłość Zachodu.

Do Europy przyjeżdża bowiem Donald Trump, który jest nie tylko prezydentem najważniejszego mocarstwa, lecz także politykiem, którego poczynania, a jeszcze bardziej krótkie wypowiedzi, oceniane są częściej niż innych (zazwyczaj negatywnie).

Rozpocznie europejski objazd od szczytu z przywódcami NATO. Skończy rozmową z przywódcą kraju, który NATO uważa za wroga – Władimirem Putinem.

Sam Trump nie uspokoił zatroskanych, mówiąc przed wyjazdem, że najłatwiejsze będzie zapewne jego spotkanie z prezydentem Rosji. To mogłoby oznaczać, że bliższy jest mu Kreml niż zachodni sojusznicy. I że jest skłonny obiecać Putinowi coś, co byłoby wielkim zagrożeniem dla jedności Zachodu i bezpieczeństwa naszego regionu. Ale też wcale nie musi tego oznaczać.

Donald Trump ma sprzeczne cechy. Wydaje się nieprzewidywalny i chaotyczny. Z drugiej strony spełnia wiele obietnic wyborczych, mających poważny wpływ na politykę międzynarodową. Zapowiedział zerwanie porozumienia z Iranem – zerwał. Obiecał przeniesienie ambasady do Jerozolimy – przeniósł. Groził wojną celną z UE – rozpoczął ją. W stosunkach z Rosją było jednak inaczej. Zaraz po wejściu do Białego Domu zapowiadał reset z Putinem. Nie doszło do tego. W słowach jest prokremlowski, ale w czynach Ameryka Trumpa jest bardziej antyrosyjska niż Ameryka Obamy. Najważniejszym przykładem jest uzbrojenie zaatakowanej przez Rosję Ukrainy w prawdziwą broń – amerykańskie przeciwpancerne pociski javeliny.

Tak jest, ale nie musi być w przyszłości. O niebezpiecznych czynach można by mówić, gdyby podczas spotkania Tru – Pu padła obietnica uznania przez USA Krymu za część Rosji. Taki gest nie oznaczałby rzeczywistego uznania, bo do tego zapewne nie dopuściłby Kongres, ale sama deklaracja prezydenta najważniejszego państwa świata, że integralność terytorialna to jakiś przeżytek i od dziś silniejszy może bezkarnie wymuszać zmianę granic na słabszym, obniżyłaby poczucie bezpieczeństwa na flance wschodniej NATO. I ośmieliłaby (licznych przecież w Europie) zwolenników powrotu do normalnych, nieobciążonych sankcjami, interesów z Rosją.

Można sobie jednak wyobrazić pozytywne skutki nieprzewidywalności – wzmocnienie flanki wschodniej: Trump rozgniewany na Niemcy za niskie wydatki na obronę i wykorzystywanie od lat militarnej osłony USA przesuwa z ich kraju wojska USA do Polski i państw bałtyckich. Miła wizja, ale na razie w naszym regionie jest ledwie kilka tysięcy żołnierzy z innych krajów sojuszu. I to rotacyjnie. Jak niepewna jest ta obecność, mówi deklaracja premiera Kanady. Justin Trudeau przed szczytem zapowiedział, że do 2023 r. jego kraj będzie stał na czele batalionu sojuszu na Łotwie. Niby długo, ale przecież do tego czasu Rosja nie zamieni się w baranka, Europa zaś nie stanie się potęgą wojskową.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL