Komentarze

Szczepłek: Pietruszka znów nasza

Fotorzepa/Andrzej Bogacz
Chciałoby się napisać, że oglądaliśmy „powtórkę z rozrywki", gdyby nie to, że wcale nie było nam wesoło. Reprezentacja Polski, podobnie jak w dwóch poprzednich mundialach, wygrała trzeci mecz i przynajmniej nie zostanie sklasyfikowana gdzieś w okolicach Panamy.

Na mistrzostwach w Korei (2002) przegraliśmy dwa mecze, a w trzecim (o honor oczywiście) zwyciężyliśmy Stany Zjednoczone 3:1. Na mundialu w Niemczech (2006) po dwóch porażkach pokonaliśmy 2:1 Kostarykę. Przeciw USA Jerzy Engel wysłał na boisko wszystkich, którzy do tej pory nie grali, a oni odwdzięczyli się zwycięstwem.

To samo zrobił teraz Adam Nawałka. Z 23-osobowej kadry na boisko nie wyszło tylko dwóch zawodników (bramkarz Bartosz Białkowski i pomocnik Karol Linetty). Trener bardzo ładnie się zachował.

Trzeci mecz dla nas był spotkaniem o pietruszkę, a pod koniec miał charakter pikniku, o co postarali się Japończycy, którzy przez pięć ostatnich minut uprawiali swoją wersję tiki- taki. Podawali sobie piłkę na środku boiska, ponieważ porażka 0:1 dawała im awans. A Polacy nie przeszkadzali. To była parodia mistrzostw świata.

Trener mógł też wpuścić na ostatnie minuty Sławomira Peszkę, który ostatni raz zagrał w reprezentacji w marcu ubiegłego roku, nie wyróżnia się nawet w lidze, ale w jego towarzystwie dobrze czuje się Robert Lewandowski.

Nie tylko wyniki i zachowania trenerów sprzed lat się powtórzyły. Także okoliczności, w jakich zdobywaliśmy bramki. W trzech meczach nie udało się Polsce strzelić bramki po akcji. Pierwsza, Grzegorza Krychowiaka z Senegalem, padła po rzucie rożnym. Gol Jana Bednarka z Japonią – po rzucie wolnym (podawał najlepszy pod tym względem w ekstraklasie Rafał Kurzawa). Przed nimi dwa gole z Kostaryką po rzutach rożnych wbił stoper, podobnie jak Bednarek – Bartosz Bosacki. Inaczej mówiąc, reprezentacja Polski strzeliła ostatni raz na mundialu bramkę z akcji 16 lat temu – w Korei. To smutna statystyka.

W każdym z trzech meczów Adam Nawałka wystawił inny skład i kazał grać zawodnikom w innym systemie. Miałem wrażenie, że czasami sami nie wiedzieli w jakim. Być może byli w historii futbolu genialni trenerzy, którzy podczas najważniejszego turnieju podejmowali równie samobójcze decyzje i wracali po nich do życia, ale ja takich nie pamiętam. Sam nie wiem, jak to się mogło stać, że nasz selekcjoner, znany z wyważonych kroków i daleki od ryzyka, w najważniejszych meczach swojego życia rozstał się z logicznym myśleniem.

Rola Adama Nawałki powinna być widoczna właśnie podczas takiego turnieju, na który zabrał najlepszych polskich piłkarzy. Kilku z nich długo leczyło kontuzje, inni nie grali regularnie w lidze, a jeszcze inni zbyt często i byli zmęczeni. Właśnie w takiej sytuacji potrzebny był trener, który potrafi wyciągnąć wnioski i tak zestawić jedenastkę, aby funkcjonowała jak maszyna. Nawałka tego nie zrobił w żadnym, nawet wygranym, meczu.

Dodatkowym problemem były podobno konflikty między zawodnikami, ukrywane przez związek i samego trenera, żeby nie psuć atmosfery.

W każdej reprezentacji, nawet tej Kazimierza Górskiego, zawodnicy mieli do siebie rozmaite pretensje na różnym tle. Kazimierz Deyna i Robert Gadocha z trudem na siebie patrzyli, Grzegorz Lato i Andrzej Szarmach trzymali się z boku. Ale kiedy wychodzili na boisko, żaden kibic o tym nie wiedział. Bo był mądry trener, który umiał znaleźć wyjście z takiej sytuacji. Jacek Gmoch wręcz konflikty podżegał i źle na tym wyszedł.

Adam Nawałka nie dał sobie rady i nie wydaje mi się, by potrafił wyciągnąć ze swojej porażki wnioski. Dostarczył nam dużo radości, pokonując Niemców, prowadząc reprezentację na Euro we Francji i awansując z nią na mundial. Należy mu za to podziękować i pożegnać go kwiatami.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL