Komentarze

Kluczowa liczba w sporze z Brukselą

stock.adobe.com
Choć z pozoru wnioski kilkunastu sędziów Sądu Najwyższego do prezydenta Andrzeja Dudy nie wydają się sprawą największej wagi – szczególnie w porównaniu z wieloma innymi problemami, z którymi dzisiaj boryka się Polska – to mogą się one okazać absolutnie fundamentalne dla rozwiązania sporu, jaki trwa obecnie na linii Warszawa–Bruksela.

Komisja Europejska bowiem od początku podejrzliwie patrzyła na działania i intencje partii rządzącej, która chciała odesłać na emeryturę lwią część składu Sądu Najwyższego, łącznie z przerwaniem kadencji pierwszej prezes Sądu Małgorzaty Gersdorf.

Jednak uchwalone przepisy to jedno, a ich efekty to drugie. Jeśli bowiem skutkiem ustawy nie byłaby kadrowa czystka w Sądzie Najwyższym, rząd uzyskałby poważny argument w sporze z Komisją. Zatem porozumienie zależy dziś od tego, ilu sędziów naprawdę przejdzie na wcześniejszą emeryturę, a ilu dalej będzie orzekać, mimo ukończenia 65. roku życia. Liczba ta zależy od prezydenta Andrzeja Dudy, który wydaje zgodę na przedłużenie pracy w SN, ale też od KRS, która opiniuje takie wnioski, i od samych sędziów, którzy muszą zwrócić się do głowy państwa ze stosownym podaniem.

Według informacji „Rzeczpospolitej" z 27 sędziów, których nowa ustawa wysłała na emeryturę, ponad połowa skierowała do prezydenta stosowne pisma. Jeśli więc Andrzej Duda zgodzi się na to, by nadal orzekali przez kolejne lata, rząd będzie mógł w negocjacjach z wiceszefem Komisji Europejskiej Fransem Timmermansem powiedzieć: chodziło o reformę sądu, a nie wymianę całego składu, czy też zbytnie ingerowanie przez władzę wykonawczą w działalność sądownictwa.

I choć sama pierwsza prezes SN zapowiedziała, że nie wystąpi do prezydenta z wnioskiem o przedłużenie jej misji (argumentując, że nieprzerwaną kadencję zapewnia jej konstytucja), na liście osób, które napisały do głowy państwa jest dwóch szefów izb SN. Gdyby pozostali na stanowiskach, rządowi łatwiej byłoby przekonywać KE o instytucjonalnej ciągłości Sądu Najwyższego.

Rząd już raz użył analogicznego argumentu w sporze o sądownictwo. Przez pół roku minister sprawiedliwości miał prawo odwoływać i powoływać prezesów i wiceprezesów sądów, nie pytając nikogo o zdanie. I choć zdaniem Brukseli ten przepis świadczył o nieuprawnionej ingerencji rządu w sądownictwo, ostatecznie rząd przekonywał, że spośród 730 osób pełniących te funkcje, Zbigniew Ziobro odwołał ich ok. 150, a więc mniej więcej 20 proc., wobec czego trudno mówić o masowej czystce w wymiarze sprawiedliwości.

Jeśli teraz prezydent zgodzi się na przedłużenie pracy znaczącej części sędziów Sądu Najwyższego, proporcja sędziów SN, którzy odeszliby w wyniku przeprowadzanej ustawy, nie przekroczy 20 proc. stanu sprzed reformy.

Oczywiście, nie rozwiązuje to wszystkich wątpliwości, jakie ma Komisja Europejska w sprawie zmian w systemie sprawiedliwości, ale z pewnością takie rozwiązanie byłoby na rękę tym, którzy opowiadają się zamknięciem sporu z Polską.

I choć może to zabrzmieć dość pompatycznie, przyszłość naszych relacji z Brukselą może dziś zależeć między innymi od liczby sędziów Sądu Najwyższego, którzy przejdą w stan spoczynku. Warto, by wszyscy aktorzy zaangażowani w ten proces mieli tego świadomość.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL