Jakość polityki mierzy się – jak wiemy – skutecznością. Z tej perspektywy wojenka o powstrzymanie przedłużenia kadencji Donalda Tuska zapewne skończy się dla prezesa wielowymiarową klęską.

Zamiast wizji Tuska w kajdanach zdanego na łaskę narodowego wymiaru sprawiedliwości zobaczy go znów w brukselskich gabinetach, nietykalnego dla prokuratorów ministra Ziobry. Zamiast wyszehradzkiej jedności rozpłyną się nadzieje na polskie przywództwo w regionie. Zamiast dowodów wiernej przyjaźni sojuszniczego Viktora Orbána prezes Kaczyński usłyszy znów pokrętne tłumaczenia Węgra. Zamiast triumfować po błyskotliwej rozgrywce politycznej, która miała „zamieszać" w Europie, po raz kolejny zostanie posadzony w unijnej „oślej ławce". I na koniec, co najważniejsze, zamiast rozstrzelania Tuska, nieudolna próba jego odwołania przyczyni się do wzrostu jego popularności i przywróci go polskiej polityce – oczywiście za dwa i pół roku, kiedy rozproszona opozycja będzie potrzebowała prawdziwego lidera.

Zatem powrót Donalda na białym koniu stanie się wielce prawdopodobny. A prezesowi zostanie powiedzieć: „Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało". Tak się skończy prowadzenie polityki przez ludzi niekompetentnych i bazowanie na iluzorycznych założeniach. Nie jest to zresztą błąd pierwszy ani zapewne ostatni. I to niepokoi najbardziej, bo ów łańcuch błędów popełniany jest w krytycznym momencie dla przyszłości Europy. Negocjacje związane z Brexitem, prezydentura Trumpa, obawa przed falą europejskich nacjonalizmów stawiają naprawdę poważne pytania o przyszłość integracji europejskiej.

Ze strony rządzących słychać, że PiS cechuje „proeuropejski realizm". Ale o czymś więcej – prawdziwej strategii europejskiej – ani widu, ani słychu. Cóż to zresztą za realizm, kiedy w sojuszniczym (?) Berlinie funkcję ambasadora pełni człowiek obciążony współpracą z SB. Cóż to za realizm, który ignoruje realne wyzwania, jakie stoją przed najmocniejszymi krajami UE: bliższą integrację w strefie euro, budowanie nowych instytucji wspólnotowych, rozwiązanie kryzysu uchodźczego. Tym dziś żyje Europa. A Polska, zamiast śmiało podejmować te wyzwania, przenosi na forum europejskie wewnętrzny spór polityczny. I nieudolnie bije w jedynego przedstawiciela Wyszehradu w kierownictwie struktur politycznych Unii.

Trudno mieć wątpliwości, że kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości musi te kwestie poważnie przemyśleć. Wyciągnąć wnioski z błędów, skonstruować nową politykę wobec Unii, a przede wszystkim odzyskać reputację. W tej ostatniej kwestii rękę podaje właśnie polski Kościół. Poparcie programów „Rodzina rodzinie" i korytarzy humanitarnych dla uchodźców z Syrii niewiele kosztuje, a pozwoli odbudować nadwyrężone poczucie komfortu moralnego. To mniej ryzykowne, choć równie potrzebne jak wejście Polski do strefy euro. I na koniec; jeśli w istocie rozgrywka o Saryusz-Wolskiego się powiedzie, odszczekam wszystko, co napisałem, pod redakcyjnym stołem.