Komentarze

Haszczyński: Ponury tryumf rodzinnych wspomnień

Były prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko
Fotorzepa, Jerzy Dudek
To przerażające, jak kruche okazało się pojednanie polsko-ukraińskie. Ważnych gestów ze strony Polski nie doceniają nawet prezydenci Ukrainy, którzy odgrywali istotną rolę w polityce, kiedy do tego pojednania dochodziło. Polska pierwsza uznała niepodległość Ukrainy, gdy na jej czele – jeszcze jako szef Rady Najwyższej – stał Leonid Krawczuk. I jak nikt inny wspierała pomarańczową rewolucję, która wyniosła na najwyższy urząd Wiktora Juszczenkę.

Powiedzieć, że politycy ci „nie doceniają" tamtych działań, to zresztą eufemizm. Obaj publicznie zieją niechęcią do naszego kraju. Dali tego dowód w piątek w Kijowie.

W ich emocjonalnych wypowiedziach, które miały dotyczyć tego, jak poprawić stosunki między Kijowem a Warszawą, przewijają się dwa wątki. Po pierwsze historyczny, sprzed drugiej wojny światowej – Polacy traktowali ukraińskich chłopów, w tym rodziców jednego z późniejszych przywódców Ukrainy, „jak bydło". Drugi, współczesny – Polska miała być adwokatem Ukrainy na Zachodzie, a bezczelnie ją poucza, przede wszystkim – i tu wracamy do wątku pierwszego – w sprawach historii.

Próbuję sobie wyobrazić spotkanie, na którym byli prezydenci Polski zapytani o sposoby polepszenia relacji z Berlinem opowiadaliby, jak ich przodkowie byli traktowani przez Niemców w czasie okupacji. I nie starcza mi wyobraźni. A przecież złego postępowania przedwojennych „polskich panów" wobec Ukraińców nijak nie da się porównać z niemieckimi zbrodniami okresu Trzeciej Rzeszy. I w niczym nie usprawiedliwia ludobójstwa na Wołyniu dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach – a jest to wydarzenie historyczne, o którym Kijów, czyniący z UPA bohaterów narodowych, nie chce od Warszawy słyszeć.

Rozumiem, że można mieć żal do obecnych polskich władz za ustawę o IPN, w której zakres zarzutów wobec ukraińskich nacjonalistów przechodzi wszelkie granice. Reakcja na – krytykowaną zresztą w Polsce – ustawę też musi mieć jednak swoje granice. Przynajmniej można tego wymagać od byłych prezydentów.

Mam nadzieję, że żadnym politycznym VIP-om w naszym kraju nie przyjdzie do głowy, by wziąć udział w licytacji historycznej z Krawczukiem i Juszczenką.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL