Komentarze

Chrabota: Antygwiazdowski. Polemika w sprawie euro

Bloomberg
Milton Friedman dawał euro dziesięć lat – pisze z przekąsem wybitny felietonista „Rzeczpospolitej" Robert Gwiazdowski. I po dziesięciu latach weszło ono w kryzys. Obroniono je – tak samo jak wprowadzono – decyzją polityczną.

Trzy zdania i trzy kontrowersje, które można obrócić w argumenty za albo nawet przeciw – by zacytować pewnego klasyka. Bo – po pierwsze – fakt, że euro przetrwało, bardziej obciąża konto Friedmana, niż potwierdza jego intuicję. Po co więc powoływać się na klasyka, który nie miał racji. Równie bez sensu można by się powoływać na innych fantastów, jak Marks, Engels, Lenin czy Marcuse. Wszystko ich z Friedmanem dzieli, ale łączy to, że ich wizja przyszłości się nie sprawdziła.

Po drugie, skąd teza, że po dziesięciu latach od wprowadzenia euro weszło w kryzys? Przypomnę, że wspólna waluta w rozliczeniach bezgotówkowych pojawiła się w 1999 r. Dziesięć lat później rzeczywiście mieliśmy kryzys, ale spowodowany przez załamanie systemu banków inwestycyjnych w USA, a nie w Europie, więc jeśli jakakolwiek waluta była w stadium kryzysu, to raczej dolar, nie euro. Stary Kontynent rzeczywiście solidnie oberwał, ale trudno w tym kontekście mówić o kryzysie euro. Chyba że chodzi Gwiazdowskiemu nie o lata 2008–2009, ale o rok 2012, dziesięć lat po pojawieniu się euro w transakcjach gotówkowych. Ale tu znowu błąd, kryzys w strefie euro, a nie strefy euro, w 2012 r. właśnie się kończył, a najbardziej poszkodowane (dzięki licznym błędom lokalnych rządów) były Grecja, Irlandia i Portugalia.

Strefa euro jako taka udzieliła im pomocy i w znacznym stopniu zneutralizowała ryzyko bankructw inkryminowanych państw. Jak więc można pisać w tym kontekście o kryzysie waluty? To tajemnica Roberta Gwiazdowskiego. I kwestia trzecia. Ratunek dla euro przychodzący ze strony polityki. A skąd miał przyjść? Od Pana Boga? Z kosmosu? Kryształowej kuli? Wiadomo, że kwestia ujednolicania waluty wynika i zawsze wynikała z polityki. Wymyślili ją Fenicjanie, wyganiając precz wymieniaczy paciorków. Rozwinęli Rzymianie, wprowadzając w swoim imperium oparte na parytecie brązu, srebra i złota asy, denary, sesterce i aureusy (komu to się nie podobało, szedł w niewolniki lub lądował na krzyżu). A potem zawsze już było tak samo. Władza narzucała pieniądz, i to zwykle z praktycznych względów ujednolicony. Dlaczego? Bo tak było łatwiej prowadzić wymianę i liczyć podatki. Z euro jest całkiem podobnie. Po co to wszystko wypisuję? By wykazać, że te same argumenty (zwłaszcza na pewnym poziomie ogólności) można stosować na obronę całkiem przeciwnych tez. Jeśli więc Gwiazdowski przypomina argumentację krytykującego euro Stiglitza (od kiedy to dla niego autorytet?), że „unia walutowa ma sens na obszarach o podobnym potencjale gospodarczym i podobnym przebiegu cykli koniunkturalnych", to – a contrario – spytam, czy ta teza broni się wobec polskiej gospodarki splecionej w niemal miłosnym uścisku z niemiecką i europejską jak nigdy wcześniej? Czyż cykle i potencjał nie są w tym przypadku bliższe niż między np. Etiopią i Kostaryką? W istocie, w tym ostatnim przypadku unia walutowa byłaby nonsensem. Ale między Warszawą i Berlinem? Trudno o bliższy związek. I nawet mój wybitny przyjaciel Robert Gwiazdowski tego nie zmieni.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL