Komentarze

Krzyżak: Bitwa o pamięć

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Od kilku miesięcy słyszymy, że powinniśmy bronić dobrego imienia Polski, walczyć z przeróżnymi przekłamaniami, które dotyczą naszej historii i dominują za granicą. Walce tej miała m.in. służyć nowelizacja ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej.

Część jej zapisów spowodowała dość ostrą reakcję światowej opinii publicznej, nadwyrężyło to nieco nasze stosunki z Izraelem czy Stanami Zjednoczonymi. Mówiono m.in. o tym, że Polska chce zafałszować swoją historię i nie chce przyznać się do tego, że jej obywatele mieli udział w zagładzie Żydów podczas II wojny światowej.

Kilka tygodni temu rządzący wycofali się z kontrowersyjnych zapisów. Nie traktują tego w kategorii porażki. Tłumaczą, że nowelizacja ustawy dla walki o dobre imię naszego kraju, do tego by przestano wreszcie mówić o polskich obozach zagłady zrobiła bardzo dużo. Mam w tym temacie nieco odmienne zdanie, ale…

Tak się w ostatnim czasie złożyło, że dość często krążę między siedzibami różnych instytucji europejskich w Brukseli czy Strasburgu. W budynkach Parlamentu Europejskiego polscy eurodeputowani organizują różne okolicznościowe wystawy związane z historią Polski lub osobami, które zostawiły w niej swój ślad. Jesienią 2017 roku w euro parlamencie w Strasburgu można było np. oglądać wystawę dotyczącą zbrodni komunistycznych, w zeszłym tygodniu – również w Strasburgu – otwarta została wystawa poświęcona Janowi Pawłowi II, a we wtorek w Brukseli udostępniono zwiedzającym ekspozycję na temat rzezi wołyńskiej.

Czytaj także: Korwin-Mikke o ustawie o IPN: Trzeba było iść w zaparte

Bardzo bobrze, że organizuje się takie wystawy. Jest tylko jeden mały problem. Są one wydarzeniami trwającymi zaledwie kilka dni, a poza tym umiejscowione są na korytarzach biurowych, najczęściej w miejscach, do których – kolokwialnie mówiąc – pies z kulawą nogą nie zagląda. Wycieczki, które przybywają do Parlamentu Europejskiego mijają te ekspozycje obojętnie, bo ich celem jest tylko sala plenarna.

Czym innym jest położony w Brukseli, tuż obok siedzib europejskich instytucji, Dom Historii Europejskiej, który otwarto rok temu. Do tego, pięknie położonego w Parku Leopolda swoistego muzeum, którego budowa trwała dziesięć lat i pochłonęła ponad 55 milionów euro ciągną wycieczki z całej Europy. Przede wszystkim młodzieży szkolnej. Tam przechodzą swoistą lekcję historii.

Przed rokiem, gdy muzeum otwierało swe podwoje z polskiej strony zalała je fala krytyki. Bo rzeczywiście niektóre wydarzenia dotyczące naszej przeszłości przedstawione są w krzywym zwierciadle. Jak choćby postawienie Piłsudskiego niemal na równi ze Stalinem i Hitlerem. A inne nieścisłości i przekłamania wychwytuje się przy kolejnych wizytach. Kilka dni temu po pięciu piętrach tej ekspozycji chodziłem bite cztery godziny. Na piętrze trzecim jest miejsce poświęcone pamięci o Holokauście. A właściwie wypieraniu się przez obywateli RFN, NRD, Austrii, Francji, Ukrainy i oczywiście Polski odpowiedzialności za Zagładę. Nietrudno dostrzec, że umieszczenie tu Polaków, Francuzów czy Ukraińców jest w istocie zabiegiem, który ma pomniejszyć winę Niemców. Bo przecież mordowali też inni…

W gablocie poświęconej naszemu krajowi są właściwie dwa eksponaty. Pierwszy to makieta obozu w Auschwitz-Birkenau. Patrząc na nią odwiedzający usłyszy w słuchawce głos lektora, który mówi, że w czasach komunistycznych w Polsce podkreślano, że w Auschwitz ginęli głównie Polacy. To ma być dowód na to, że o Żydach nie chcieliśmy pamiętać. A przecież każdy wie, że nawet w podstawówkach w czasach komuny uczyli o zagładzie Żydów, że czytaliśmy „Medaliony” Zofii Nałkowskiej, opowiadania Tadeusza Borowskiego, słynny wiersz Czesława Miłosza „Campo di Fiori”, że uczono nas o powstaniu w getcie. Szkołom w naszej ojczyźnie nadawano imię Janusza Korczaka…. My wiemy, ale przeciętny Europejczyk nie. Dostaje zatem „właściwą” wizję historii.

Drugim eksponatem jest książka Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi” o wydarzeniach w Jedwabnem. Z komentarza widz dowiaduje się, że od wydania tej książki rozpoczęła się w Polsce dyskusja na temat oczyszczenia pamięci i zaczęto wtedy głośno mówić o współudziale Polaków w zagładzie Żydów. Faktycznie książka odbiła się dużym echem, ale czy od niej coś się zaczęło? Czy raczej nie powinien znaleźć się tam egzemplarz „Tygodnika Powszechnego” z 1987 roku z esejem Jana Błońskiego „Biedni Polacy patrzą na getto”? To Błoński – bodaj jako pierwszy – zaczął pisać o współwinie. Ale przecież współudział i współwina – to nie to samo. Nie pasuje do ogólnoprzyjętej w Europie narracji.

Jeśli chcemy walczyć o dobre imię Polski winniśmy zacząć od takich miejsc jak to w Brukseli. Nie wystarczy, że pobiadoliliśmy rok temu przy okazji otwarcia. Powinniśmy walczyć o zmianę ekspozycji. Starać się choćby o to, by znalazła się tam informacja o ty, że Polacy są najliczniejszą grupą pośród „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata” co tak często podkreśla nasz premier. Nie robimy tego i  młodzi Europejczycy wciąż dowiadują się o tym, że Polacy byli współsprawcami Holokaustu. Wrzawa wokół ustawy o IPN zaraz ucichnie, a Dom Historii Europejskiej będzie stał. 

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL