Komentarze

Bartkiewicz: Czy minister powinien jeździć tramwajem?

Nagrody dla członków swojego rządu przyznała premier Beata Szydło
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Sekretarz stanu w KPRM Adam Lipiński musiał zaciągnąć kredyt, by – zgodnie z wolą partii – oddać nagrodę otrzymaną od premier Beaty Szydło na Caritas. Wcześniej Michał Dworczyk zdradził, że w jego przypadku kredyt nie wystarczył – musiał jeszcze sprzedać samochód. Oto koszty rządzenia – jak to trafnie ujął wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki – „pod publiczkę”.

Sposób w jaki PiS próbował podwyższyć wynagrodzenie członkom rządu jest oczywiście karygodny. Całkowicie nietransparentny system nagród przyznawanych regularnie nie wiadomo za co, które wielu ministrów traktowało zapewne jako stały dodatek do pensji, był ewidentnie próbą ukrycia przed opinią publiczną, że politykami PiS w ich działalności publicznej, kieruje coś więcej niż tylko nieograniczone pokłady miłości do ojczyzny, które mają w sercach.

A przecież w dyskusji nad tym, czy – w związku z wzrostem dobrobytu w Polsce - nie należałoby podnieść pensji administratorom blisko 40-milionowego kraju nie byłoby niczego zdrożnego. Owszem, opinia publiczna pewnie zgrzytałaby zębami, ale nie każda decyzja rządzących musi się opinii publicznej podobać. Władza w demokracji musi oczywiście dbać o to, aby być popularna. Ale przede wszystkim powinna być mądra.

Tymczasem PiS najpierw ukrywając wprowadzenie – de facto – podwyżek pensji członków rządu, a potem, gdy sprawa wyszła na jaw, puszczając wahadło w drugą stronę nie tylko odbierając ministrom nagrody (których ci przecież nie trzymali w sejfach, ale wydawali regularnie tak jak inne środki trafiające na ich konta), ale na dodatek obniżając pensje parlamentarzystom, mądrze się nie zachował. Po aferze nagrodowej trudno bowiem wyobrazić sobie, aby w najbliższym czasie ktokolwiek zająknął się na temat ewentualnego dostosowania do rzeczywistości wynagrodzeń dla polityków. Publika, o której mówił marszałek Terlecki, ucieszyła się z tego, że „oni” muszą brać kredyty i sprzedawać samochody, i sytuacja zrobiła się patowa. Gdyby PiS stracił władzę, wówczas każdemu, kto chciałby coś w kwestii pensji polityków zmienić wypomni chciwość stojącą w sprzeczności z gotowością do zaciskania pasa ministrów i posłów PiS. Z kolei PiS-owi zmienić niczego w tym zakresie nie pozwoli opozycja, która – widząc jaki sondażowy efekt przyniosło nagłośnienie kwestii nagród – będzie teraz prześwietlać każdą złotówkę, która trafi na konto polityka obozu rządzącego.

Czy to źle? Tak, bo – choć to z pewnością niepopularne stwierdzenie – polscy politycy powinni zarabiać więcej. Jeśli ktoś narzeka dziś na poziom reprezentowany przez obecnych posłów, czy członków rządu to musi pamiętać o związku przyczynowo-skutkowym między jakością pracy a wysokością płacy. Jeżeli osoby stanowiące prawo w Polsce zarabiają mniej niż specjaliści średniego szczebla pracujący zatrudniani przez korporacje w dużych miastach – to prawo nie będzie dobre. Jeżeli przedstawiciele „zarządu” przedsiębiorstwa pod nazwą Polska muszą zajmować się sprzedawaniem samochodów i zaciąganiem kredytów, by spłacić zobowiązania, które są pokłosiem tego, że zarabiają za mało (bo taki był przecież powód stworzenia mechanizmu owych nagród-podwyżek) – to nie oczekujmy, że w owym zarządzie będzie zasiadał kwiat polskiego narodu.

 

Tak, ministrowie i posłowie mogą przyjeżdżać do pracy tramwajem i jadać w barach mlecznych. Tak, opinia publiczna będzie zadowolona. Ale ci sami, którzy dziś będą zadowoleni z zaciskania pasa przez polityków - jutro znów będą narzekać, że ministrowie i posłowie są nie tacy, jakich sobie byśmy wszyscy życzyli. A smutna prawda jest taka, że są zapewne tacy, na jakich – przy oferowanej im płacy – nas stać.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL