Komentarze

Jerzy Haszczyński: Wyszehrad ledwie żywy

AFP
Polska delegacja przegrała w Brukseli grę o pracowników delegowanych.

Porażka ta jest tym bardziej dotkliwa, że doszło do niej na trzech polach jednocześnie.

Po pierwsze, w starciu z Emmanuelem Macronem, którego zwycięski projekt był z założenia i demonstracyjnie antypolski. Prezydent Francji zdobywał sprzymierzeńców dla ochrony francuskiego rynku przed polskim hydraulikiem, krytykując działania Prawa i Sprawiedliwości.

Po drugie, w walce o pozostawienie Unii Europejskiej w starej postaci, z czterema swobodami wolnego rynku. Państwa reprezentujące starą Unię, z najważniejszymi Francją i Niemcami na czele, rozmontowują jej fundamenty. Oczywiście w zakresie przepływu osób (pracowników) i usług. Na rozmontowanie pozostałych – swobody przepływu kapitału i towarów – nigdy się przecież nie zgodzą. Byłoby to tak strasznie nieeuropejskie, że na samą myśl chce się pobiec do francuskiego supermarketu i za pożyczkę z austriackiego banku kupić niemieckie proszki do prania – na zapas.

Po trzecie, Polska przegrała bój o przyszłość Grupy Wyszehradzkiej. Nasi regionalni sojusznicy, Czechy i Słowacja, zdradzili – poparli Emmanuela Macrona. U naszego boku w sprawie pracowników delegowanych pozostały Węgry, ale one zdradzały już Polskę wcześniej, w innych sprawach.

Wyszehrad, zwany też V4, umiera na naszych oczach. Mimo że chwilę wcześniej zanotował największy sukces – pod jego wpływem UE wycofała się z obowiązkowego podziału uchodźców między kraje członkowskie. Dlatego mogło się wydawać, że w unijnym wyścigu V4 biegł ostatnio dobrze, był rozpoznawalny i miał wielu kibiców wśród zwykłych Europejczyków. Ale sukces przyszedł za późno, Wyszehrad padł, zanim dobiegł do półmetka.

Dlaczego? – Bo jedność Czech, Polski, Słowacji i Węgier emanowała siłą tylko w sprawach imigracji. Niechęć do uchodźców i muzułmanów rozlała się jednak po całej Unii i przestała wyróżniać Wyszehrad. Po prostu politycy w Niemczech, Austrii, Holandii czy Francji zaczęli słuchać opinii publicznej podobnie jak węgierscy czy czescy. W innych dziedzinach siły wyszehradzkiej jedności już od jakiegoś czasu nie było widać. Najbardziej spektakularne było pozostawienie polskiego rządu na lodzie z Jackiem Saryuszem-Wolskim jako kontrkandydatem Donalda Tuska w walce o stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. Najbardziej PiS zabolała zdrada Viktora Orbána. To była jednak spektakularna klęska PiS, ale nie Polski.

Dla naszego kraju szczególnie groźny jest brak jedności w Grupie Wyszehradzkiej w kwestii bezpieczeństwa. Zarówno energetycznego – czego ponurym symbolem było podpisanie przez Budapeszt umowy z Gazpromem w przeddzień warszawskiego szczytu przywódców regionu z Donaldem Trumpem – jak i militarnego. Czechy, Słowacja i Węgry demonstracyjnie zignorowały wzmocnienie wschodniej flanki NATO – czyli kwestii dla Polski kluczowej. W czterech natowskich batalionach, które stacjonują w Polsce, Estonii, na Litwie i Łotwie, nie ma żołnierzy z tych trzech wyszehradzkich krajów. A są z dużo mniejszych Luksemburga czy Słowenii, nie mówiąc już o Niemczech czy Francji.

Jeżeli Grupa Wyszehradzka faktycznie nie przeżyje, to w nekrologu będzie można napisać, że nie zadbała o dywersyfikację wspólnych celów.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL