Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Komentarze

Artur Bartkiewicz: Uśmiech Jarosława Kaczyńskiego

PAP/Marcin Obara
Wszystkie historyczne fakty i postacie powtarzają się dwukrotnie. Za pierwszym razem jako tragedia, za drugim jako farsa – powiedział niegdyś Karol Marks. 10 lipca znów przekonaliśmy się, że w tej akurat kwestii miał rację.

Miało być znów jak za czasów walki z ustrojem słusznie minionym. Władysław Frasyniuk, Stefan Niesiołowski i Lech Wałęsa mieli stanąć przeciwko siepaczom dyktatury. Miało być twarde non possumus, mury miały stracić zęby krat, a naród miał zrzucić z siebie kajdany. „Niech mnie wynoszą” – mówił przed 87. miesięcznicą Frasyniuk. „Znów spróbujemy zablokować ten marsz” – wtórowali mu Obywatele RP.

Finał? Jarosław Kaczyński podziękował im publicznie za mobilizowanie jego elektoratu.

Bo, wbrew zapowiedziom każącym nam przypuszczać, że oto będziemy świadkami konfrontacji dobra i zła, demokracji i dyktatury – mieliśmy dwie równoległe demonstracje. W skandujących „Lech Wałęsa” przeciwników PiS nie uderzył żaden pluton prewencji. Z kolei upamiętniającym po raz 87. ofiary katastrofy smoleńskiej nikt nie stanął na drodze. Było jak to w demokracji – jedni krzyczeli „białe”, drudzy „czerwone”. Było normalnie.

Wypowiadanie PiS-owi bitwy na tym polu było poważnym taktycznym błędem – bo z tej sytuacji władza nie wyszłaby zwycięsko tylko wtedy, gdyby w Warszawie doszło do zamieszek. A tych nie chce nie tylko władza, ale również nie chcą ich ci, którzy zebrali się 10 lipca na placu Zamkowym. Uliczna wojna o ustawę dotyczącą zgromadzeń byłaby zresztą zupełnie niezrozumiała dla większości niezaangażowanych w spór polityczny. Jeszcze mniej byłoby zrozumiałe to, że do takiego starcia musiałaby doprowadzić strona, która w imię wolności demonstrowania blokowałaby legalną demonstrację.

W efekcie z jednej strony mieliśmy budowanie napięcia przez kontrmanifestantów zakończone wielkim niczym – z drugiej władzę, która skutecznie zabezpieczyła swoją demonstrację dając dowód tego, że porządek panuje w Warszawie. Oczywiście, można się śmiać z zamienienia Krakowskiego Przedmieścia w twierdzę – ale ci, którzy robią memy o barierkach i policjantach i tak nie nigdy nie głosowali na PiS, więc nie o nich toczy się tutaj gra.

Nic dziwnego więc, że tuż przed swoim 87. przemówieniem przed Pałacem Prezydenckim Jarosław Kaczyński szeroko się uśmiechał. Nic dziwnego też, że tym razem przeciwników potraktował dość pobłażliwie, nie nazywając ich zdrajcami lecz jedynie ludźmi niezbyt rozgarniętymi. W eter poszedł bowiem przekaz – opozycja dużo mówi, a PiS robi swoje.

Tę rundę Kaczyński wygrał przez nokaut.

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL