Komentarze

Smoleńsk: Ta historia nie skończy się nigdy

PAP/EPA/SERGEI CHIRIKOV
Po siedmiu latach od katastrofy w Smoleńsku wciąż na nowo rozbijamy tupolewa w smoleńskim lesie. I nic nie wskazuje na to, abyśmy za kolejnych siedem lat mieli zachowywać się inaczej.

Antoni Macierewicz w przededniu rocznicy katastrofy przekonuje, że smoleńskie tropy wciąż są mylone, bo w biurku byłej pracownicy KPRM znaleziono dysk ze zdjęciami związanymi z katastrofą smoleńską. Dopytywany, czy na owym dysku jest coś istotnego dla wyjaśnienia sprawy, szef MON odpowiada, że każde nowe świadectwo ws. katastrofy jest cenne. A więc: tak. I nie jest waże co w istocie jest na owym dysku, o którym owa urzędniczka zapewne zapomniała (bo gdyby zacierała ślady, to raczej nie zostawiłaby go w szufladzie biurka). Liczy się, że ten dysk w szufladzie był. Chińskie powiedzenie mówi: "Obok klasztoru męskiego stoi klasztor żeński. Nie ma w tym nic złego. Ale może być".  I to jest clou całej sprawy.

Znaków zapytania wokół wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku będzie zawsze więcej niż odpowiedzi. Strona polska nigdy nie przesłucha kontrolerów ze Smoleńska, którym prokuratura właśnie postawiła zarzuty umyślnego spowodowania katastrofy. Zawsze będzie więc można gdybać, czy spontanicznie postanowili rozbić samolot z polskim prezydentem na pokładzie, czy też wykonywali drobiazgowo zaplanowaną na Kremlu operację. Na tym świecie nigdy nie spytamy też ś.p. mjr. Arkadiusza Protasiuka, dlaczego uparcie leciał ku nieznanemu, skoro zgodnie ze wszystkimi procedurami powinien był zameldować, że lądowanie jest niemożliwe – i skierować Tu-154M na inne lotnisko. A nie mogąc zadać pytań głównym bohaterom dramatu, możemy tylko snuć hipotezy.  Te zaś – co widać na przykładzie katastrofy samolotu z premierem Władysławem Sikorskim na Gibraltarze w 1943 roku – można snuć przez dziesięciolecia.

Z hipotezami jest zaś tak, że można je dość swobodnie dopasowywać do faktów. Ów dysk ze zdjęciami o którym mówi Macierewicz, może być więc dowodem zarówno na mataczenie ws. katastrofy (a skoro mataczenie – to musi być i mroczna tajemnica. Czyli: zamach), jak i na bałagan panujący w polskich instytucjach (a to z kolei potwierdza tezę o katastrofie jako efekcie dość swobodnego podchodzenia do przepisów i procedur). „Kto chce znak wszędzie może dojrzeć” – celnie zauważył w jednej z piosenek Kazik.

W efekcie napięcie wokół Smoleńska można podtrzymywać dowolnie długo – i wiele wskazuje na to, że tak właśnie będzie się działo. Obie strony politycznego sporu czerpią bowiem z tego polityczne korzyści. PiS, za sprawą aktywności Antoniego Macierewicza, dzięki wątpliwościom wokół Smoleńska delegitymizuje bowiem opozycję jako tych, którzy chcą ukryć prawdę o losie prezydenta Lecha Kaczyńskiego i pozostałych 95 pasażerów Tu-154M. Z kolei PO czy Nowoczesna, wobec własnego elektoratu, w ten sam sposób delegitymizują PiS, jako siłę, która wpycha nas w groźny konflikt z Rosją mimo braku twardych dowodów na to, że to Kreml stoi za wydarzeniami z 10 kwietnia. Jedni i drudzy muszą wiedzieć, że przekonują jedynie przekonanych – ale wiedzą też, że to gra pewnymi kartami: przekonani to bezcenne głosy, które przekładają się na mandaty w parlamencie.

Taki komentarz należałoby skończyć jakąś konstruktywną pointą: wskazaniem drogi, którą należałoby pójść, aby przeciąć ten gordyjski węzeł. Sęk w tym, że takiego rozwiązania nie ma. Prawda podobno broni się sama, ale w tym przypadku na drodze do prawdy stoją owi kontrolerzy, których nigdy już nie przesłuchamy; wrak, którego odzyskanie jest tak samo nierealne za rządów PiS, jak za rządów PO-PSL  i czas, który minął od czasu katastrofy, w czasie którego zbudowano tyle hipotez, że do stanu pierwotnego wrócić już nie sposób. W efekcie mamy dwie prawdy – i każda, w oczach jej głosicieli, się broni.

I dlatego za rok znów rozbijemy tupolewa w smoleńskim lesie.

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL