Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Kiszczak i morderstwo Przemyka

Czerwiec 1981 roku, spotkanie opozycyjne. Grzegorz Przemyk stoi w drzwiach, oparty o regał
Fotonova, Tomasz Michalak
– Niby wszystko wiadomo, ale trudno to wyjaœnić – Izabela Przemyk odpowiada wnukowi Jasiowi na pytanie, co się tak właœciwie stało z Grzegorzem.

14 maja 1983 roku w szpitalu zmarł 19-letni maturzysta Grzegorz Przemyk, pobity dwa dni wczeœniej przez funkcjonariuszy MO w komisariacie przy ul. Jezuickiej w Warszawie. W rocznicę tej tragedii przypominamy fragment ksišżki Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było œladów. Sprawa Grzegorza Przemyka" opublikowany w magazynie „Plus Minus”.

Jest jeszcze ktoœ. To ten wysoki, lekko zgarbiony mężczyzna o platynowych włosach, który jest na każdej rozprawie. Siedzi zwykle przycupnięty na ławie, wsłuchujšc się uważnie w zeznania kolejnych œwiadków. Nie komentuje, nie krytykuje, w ogóle się nie odzywa. Po rozprawie próbuje niepostrzeżenie wymknšć się obok zastawionych na niego kamer i mikrofonów. Niechętnie kontaktuje się z dziennikarzami.

– Z panem też by nie rozmawiał – mówi jego druga żona, Iza.

Gdy w szpitalu na Solcu umiera jego najstarszy syn Grzegorz, Leopold Przemyk ma czterdzieœci dwa lata, drugš żonę i dwoje z niš dzieci: dziesięcioletniego Michała (teraz lekarza weterynarii) i trzyletniš Agnieszkę (obecnie pianistkę).

Kiedy urodził się Michał, Grzeœ miał dziewięć lat. Przyjechał rowerem pod porodówkę przy Karowej i zawołał:

– Ciociu, pokaż mi mojego braciszka.

Iza podeszła wtedy z noworodkiem do okna.

– Ładny – krzyknšł Grzesiek i popedałował dalej.

Osiem lat póŸniej napisał Michałowi w pamiętniku coœ na wzór dekalogu:

1. Na razie słuchaj starszych, bo majš więcej lat i mogš cię ustrzec od błędów i niebezpieczeństw strasznych.

2. Nie oszukuj i nie ożartowywuj nikogo (staraj się żyć w zgodzie ze sobš).

3. Nie strasz siostry, a opiekuj się niš.

4. Œmiej się dużo, ale szczerze, nie złoœliwie.

5. Nie bšdŸ mazgaj (chyba nie jesteœ).

6. Nie bšdŸ sknera i pazerus, bo to nie przystoi.

7. Ucz się muzyki i pokochaj jš, bo ona wielka i czyni człowieka wielkim (choćby na chwilę).

8. W szkole i poœród innych obowišzków bšdŸ na tyle sumienny, abyœ zmartwień, zmarszczek i przedwczesnych siwych włosów najbliższym oszczędził.

9. Nie bierz przykładu z brata starszego, dopóki nie stanie się godzien tego.

10. Do pamiętnika jeszcze raz zajrzyj za jakiœ dłuższy czas.

Podpisał się: „kochajšcy cię brat – Grzegorz".

19 maja 1983 roku Leopold z żonš i dziesięcioletnim Michałem idš do koœcioła Œwiętego Stanisława Kostki pożegnać Grzesia. Ona z Michałkiem wystrojonym w białš koszulę, z zawišzanš pod szyjš aksamitkš, siedzi w dalszych rzędach. On siedzi w ławce najbliżej trumny, obok Barbary i Marzeny Urban. Kiedy wyjdš z koœcioła i ruszš alejš Krasińskiego, na czele konduktu zostaje już tylko Barbara. To ona pozostanie też w centrum uwagi: cierpišca, pochylona nad mogiłš, w objęciach księdza Jerzego, podtrzymywana przez dziewczynę Grzesia – Marzenę. Fotoreporterzy starajš się uchwycić na jej twarzy łzę, grymas bólu. Na niego nie zwraca się uwagi. Tak jest przez lata.

– Pozostawałem w cieniu tych tragicznych wydarzeń – mówił po latach.

Był czas, że miał żal, że o nim się nie pamięta, a on też cierpiał. Gdy Grzesio był mały, był mu przecież ojcem i matkš. A potem, w tej tragedii, jakby nie istniał, jakby go nigdy nie było, jakby Grzeœ miał tylko matkę poetkę i narodził się bez udziału ojca inżyniera. Ona jest œmiertelnie zranionš matkš Polkš i siostrš Hioba. Nad nim nikt się nie użala. Nawet nie pyta, co czuje, jak cierpi, jak sobie z tym bólem radzi.

Kršżš tylko plotki, że ojciec się Grzesiem nie zajmował, że się od niego odcišł, nie widywał go.

– Na poczštku bardzo go bolało to gadanie, więc zamknšł się w sobie, nie chciał rozmawiać z obcymi. I tak już mu zostało, bo jak miał prostować te bzdury? – mówi żona.

Na spotkanie do kawiarni Iza Przemyk przynosi ze sobš ciężkie albumy. Wycišga fotografie Grzesia: z pluszowym misiem, na rękach taty, ze wspólnych wczasów i rodzinnych wyjazdów, i te póŸniejsze, gdy zdjšł już œpiochy, włożył dżinsy, zapuœcił włosy i wzišł do ręki gitarę.

Gdy nauczył się pisać, wysyłał pocztówki z kolonii. Pisał krzywymi kulfonami na końcu kartki: „Pozdrów też Ciocię [tak do niej mówił] i Michałka". Zawsze o nich pamiętał.

Leopold Przemyk jako ojciec Grzesia narodził się dla mediów dopiero w latach dziewięćdziesištych, po œmierci Barbary. Drugi proces zaczšł się w 1993 roku. Leopold jest w nim oskarżycielem posiłkowym. Na rozprawie siada obok swojego pełnomocnika, adwokata Andrzeja Zalewskiego, naprzeciwko oskarżonych: Koœciuka, Denkiewicza, Otłowskiego. I patrzy na nich piwnymi, zimnymi, ale spokojnymi oczami przez całš rozprawę. – Przyglšdam się twarzom katów mojego syna i próbuję wyczytać z nich, czy mogš spać spokojnie – mówi.

I tak przez cztery lata, bo wznowiona sprawa się cišgnie. Przy barierce stajš dziesištki œwiadków, eksperci, biegli. Najważniejsi œwiadkowie przesłuchiwani sš bardzo długo i dokładnie, by żaden szczegół nie umknšł. Sšd dopytuje z pozoru o mało istotne detale. Wszystkich wysłuchuje, starannie naœwietla temat, zanim ukarze winnych. Tak to sobie jeszcze wtedy tłumaczy ojciec zabitego Grzeœka.

Wyrok zapada w 1997 roku. Zomowcy sš uniewinnieni. Robi to na Przemyku duże wrażenie. (...)

Leopold wycina z gazet artykuły poœwięcone procesowi, pęczniejš segregatory z dokumentami i pismami wysyłanymi do sšdów i adwokatów. Leżš w mieszkaniu Przemyków w bloku za Żelaznš Bramš na półce z innymi pamištkami po Grzeœku: jego pocztówkami z kolonii, œwiadectwem szkolnym, legitymacjš dołšczonš do Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski, który nadał chłopcu poœmiertnie prezydent Lech Kaczyński.

Na regale, obok zdjęć Agnieszki i Michała, stoi portret Grzeœka. Ten z gitarš, z zamkniętymi oczami.

Nadzieja w końcu umiera w lipcu 2010 roku. Sšd Najwyższy umarza ostatecznie sprawę œmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka z powodu przedawnienia. Jedynym winnym pozostaje Arkadiusz Denkiewicz (dyżurny w komisariacie przy ul. Jezuickiej w Warszawie – red.), ale nie może odbyć kary, bo choruje.

Leopold nie składa broni. Osiem miesięcy póŸniej wnosi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka skargę przeciwko Polsce. Pisze w niej, że prokuratura i sšdy działały opieszale i niestarannie, co w konsekwencji doprowadziło do przedawnienia karalnoœci czynu i uniknięcia odpowiedzialnoœci przez sprawców.

W porównaniu z polskimi standardami wyrok zapada błyskawicznie. Po dwóch latach, 17 wrzeœnia 2013 roku, Trybunał orzekł, że Polska naruszyła artykuł 2 Europejskiej konwencji praw człowieka. Postępowanie karne w sprawie œmierci Grzegorza było przewlekane i nie zmierzało do odnalezienia sprawców. W ramach rekompensaty Trybunał nakazuje wypłacić odszkodowanie ojcu zakatowanego maturzysty.

Informacja ze Strasburga dotarła do Leopolda Przemyka, gdy był już œmiertelnie chory. (...)

Zmarł dwa miesišce póŸniej, pod koniec listopada 2013 roku. – Cieszyłam się, że w ogóle zdšżył poznać ten wyrok – dodaje Izabela Przemyk.

Teraz o Grzesia pyta syn Michała, trzynastoletni Jaœ. Próbuje się dowiedzieć od babci Izy, co się tak właœciwie stało.

– Niby wszystko wiadomo, ale trudno to wyjaœnić – odpowiada babcia.

Za Stalina kazałbym go rozstrzelać

Telefon w gabinecie wiceministra spraw wewnętrznych zadzwonił pod koniec kwietnia 1990 roku.

– Puławska. Komenda Główna Policji. Parter. Pokój numer 6. W szafie za drzwiami po prawej stronie – tłumaczy Krzysztofowi Kozłowskiemu pierwszy zastępca prokuratura generalnego Aleksander Herzog.

Obaj sš z ekipy, która od kilku miesięcy rozmontowuje w Polsce komunizm. Po zwycięskich dla „Solidarnoœci" wyborach 4 czerwca 1989 roku stary œwiat się wali. Pierwszym niekomunistycznym premierem od zakończenia II wojny œwiatowej zostaje Tadeusz Mazowiecki, ale komuniœci zagwarantowali sobie przy okršgłym stole obecnoœć w najważniejszych resortach siłowych: MON i MSW. Jednym z beneficjentów tej umowy jest minister spraw wewnętrznych generał Czesław Kiszczak. Przez wiele lat był najbliższym współpracownikiem generała Wojciecha Jaruzelskiego, którego okršgły stół wyniósł do stanowiska prezydenta PRL.

Kiszczak ma wcišż ogromnš władzę, podlegajš mu milicjanci i esbecy, a formalnie także solidarnoœciowy wiceminister Krzysztof Kozłowski.

Pod nadzorem Kiszczaka odbywała się od kilku miesięcy akcja masowego palenia akt kompromitujšcych autorów stanu wojennego, ukazujšcych przestępstwa władzy, kulisy działania systemu.

W nowym Sejmie zaœ działa komisja specjalna Jana Rokity do wyjaœnienia przypadków tajemniczych zgonów z okresu 1982–1989.

Jednš z niewyjaœnionych zagadek stanu wojennego jest œmierć dziewiętnastoletniego maturzysty i zatuszowany udział w niej milicjantów.

– Nie wiem nawet, czy te akta jeszcze tam sš – mówi do słuchawki prokurator Herzog, zalecajšc Kozłowskiemu ostrożnoœć i poœpiech, dowiedział się bowiem, że dokumenty majš być w każdej chwili spalone.

Kozłowski wie, że nie ma co się oficjalnie zwracać do komendy głównej, bo jak to zrobi, to akta faktycznie zniknš. Wzywa kierowcę i jadš z Rakowieckiej na Puławskš do komendy głównej. Dyżurny prowadzi ministra do pokoju numer 6.

Wszystko się zgadza. Szafa stoi za drzwiami po prawej stronie, a w niej dwadzieœcia osiem teczek tajnych akt sprawy Grzegorza Przemyka. Wynika z nich, że tuszowaniem zbrodni i chronieniem milicjantów zajmował się cały sztab ludzi, od szeregowych esbeków po ministra spraw wewnętrznych. Stworzono ogromnš machinę milicyjnš, sztaby kryzysowe, grupy terenowe, zakładano podsłuchy telefoniczne, domowe, inwigilowano, szantażowano po to tylko, żeby zrzucić winę na sanitariuszy z pogotowia.

– Z akt wynika – tłumaczył dziennikarzom prokurator Herzog – że działania zmierzajšce do uwolnienia milicji od odpowiedzialnoœci za pobicie Przemyka prowadzone były odgórnie, za wiedzš Kiszczaka. Uważałem za obowišzek poinformować o tym premiera Mazowieckiego. W końcu dotyczyło to ministra w jego rzšdzie.

Wycišg z odnalezionych akt trafia na biurko premiera Mazowieckiego, a prokurator Herzog zreferował ich zawartoœć, ze szczególnym uwzględnieniem roli, jakš w sprawie odegrał Kiszczak.

– Był tym poruszony – zauważa Herzog.

„Stało się jasne, że Kiszczak musi odejœć" – notował w swoich wspomnieniach Waldemar Kuczyński, najbliższy doradca premiera.

Gdy 6 lipca 1990 roku na wniosek premiera Mazowieckiego Czesław Kiszczak zostaje odwołany z rzšdu, nie kryje rozgoryczenia. Po raz ostatni spotyka się w gabinecie ze swoim następcš, Krzysztofem Kozłowskim, który się właœnie wprowadza.

– Zrobił mi pan œwiństwo, wycišgajšc te akta – mówi na pożegnanie do nowego ministra spraw wewnętrznych.

To bolesny upadek. Rok wczeœniej Kiszczak był kandydatem na premiera i o mało nim nie został. Resort spraw wewnętrznych traktował jako tymczasowš placówkę, na przeczekanie, przed wielkim skokiem w wielkš karierę. Sprawa Przemyka jest jednak gwoŸdziem do jego politycznej trumny.

– W sensie politycznym sprawiedliwoœci stało się zadoœć, ale w sensie prawnym już nie – mówi Herzog.

Trzy miesišce wczeœniej, 5 kwietnia 1990 roku, Cezary F. [kolega Grzegorza Przemyka – red.] składa ustne zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa w 1983 i 1984 roku w trakcie œledztwa prowadzonego w sprawie œmierci Grzegorza Przemyka. Namawia go do tego dziennikarz Jerzy Jachowicz, który na łamach „Gazety Wyborczej" opisuje kulisy tego postępowania.

Czarek ma obawy.

– To jeszcze za wczeœnie. Będziemy mieć kłopoty – mówi Jachowiczowi, gdy ten próbuje przekonać go do wizyty w prokuraturze.

– Jurek go przekonał, że dłużej nie ma co zwlekać – mówi Iwona F., żona Czarka. (Zanim zacznie się œledztwo, Czarka i jego rodziców prokuratura poprosi o napisanie oœwiadczenia, że nie będš skarżyli tych, którzy ich w latach osiemdziesištych nękali, by przyspieszyć sprawę i skrócić ławę oskarżonych. „Tak to by cały naród z sšdu nie wychodził" – powiedział im prokurator).

Trzy tygodnie póŸniej, 25 kwietnia 1990 roku, do prokuratury zgłasza się kolejny ważny œwiadek – były oficer milicji Jerzy Kulczycki. W roku 1983 został członkiem specjalnej grupy, którš MSW powołało w Biurze Dochodzeniowo-Œledczym Komendy Głównej MO. Mówi, że jej podstawowym i jedynym zadaniem była obrona milicjantów przed zarzutem spowodowania œmierci Przemyka. Milicjanci wpływali na wyniki postępowania przez reżyserowanie najważniejszych przedsięwzięć procesowych, spychajšc œledztwo na fałszywe tory. Chodziło o zrzucenie odpowiedzialnoœci na sanitariuszy.

Mówi, że zanim jeszcze prokurator przystšpił do przesłuchania milicyjnych œwiadków, byli instruowani, jak majš zeznawać i co mówić. Kulczycki twierdzi, że jego przełożony wywierał na niego presję, by dostarczył fałszywych dowodów. Jego zadaniem było przygotowanie ekspertyzy, że możliwe było pobicie Przemyka w karetce pogotowia. Ale gdy zameldował swojemu przełożonemu, że eksperyment wykazuje coœ zupełnie przeciwnego, ten bardzo się zdenerwował.

– Za Stalina kazałbym cię rozstrzelać – powiedział.

Wštpliwoœci na korzyœć oskarżonego

W prokuraturze działał już wtedy zespół prokuratora Herzoga, analizujšcy œledztwa ze stanu wojennego, w których MSW mogło nadużyć swojej pozycji. Rutynowo przesłuchiwani byli milicjanci z komendy głównej milicji. Jeden z nich – podpułkownik Henryk Czmoch – zeznał, że przełożony polecił mu zniszczyć akta operacyjne sprawy Przemyka, by ukryć dowody bezprawnych działań MSW.

Przełożonym był pięćdziesięciosiedmioletni pułkownik Kazimierz Otłowski, były dyrektor Biura Dochodzeniowo-Œledczego KGMO, który milicyjnš karierę zaczšł w 1953 roku, ale już po œmierci Stalina. Teraz jest jednym z kandydatów na najważniejsze stanowisko w odnowionej moralnie policji – komendanta głównego policji. Dlatego zapewnia ministra Krzysztofa Kozłowskiego, że w czasach komunizmu nie robił nic niegodnego, a szczególnie nie ma nic wspólnego z manipulacjami przy œledztwie dotyczšcym œmierci Przemyka.

Zeznania Kulczyckiego nie tylko grzebiš karierę pułkownika Otłowskiego, ale także doprowadzajš go na ławę oskarżonych.

W 1993 roku zostaje oskarżony o to, że od listopada 1989 roku do lutego 1990 roku jako dyrektor Biura Dochodzeniowo-Œledczego Komendy Głównej MO utrudniał postępowanie sejmowej komisji nadzwyczajnej do zbadania działalnoœci MSW w sprawie œmierci Grzegorza Przemyka, chronišc w ten sposób sprawców jego pobicia.

Obok pułkownika na ławie oskarżonych siedzi dwóch milicjantów uniewinnionych w procesie w 1984 roku: Ireneusz Koœciuk i Arkadiusz Denkiewicz.

Trzydziestojednoletni Koœciuk w momencie rozpoczęcia procesu jest nadal pracownikiem resortu, zajmujšc stanowisko milicjanta kompanii patrolowej Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Zamoœciu.

Natomiast czterdziestodwuletni Denkiewicz jest od trzech lat milicyjnym emerytem. Odszedł z resortu ze względu na bardzo zły stan zdrowia i próbuje teraz szczęœcia w handlu. Ma przyczepę kempingowš, z której sprzedaje dzieciom lody i słodycze.

Razem z Koœciukiem oskarżony jest o œmiertelne pobicie Grzegorza Przemyka, przy czym udział Denkiewicza ogranicza się tylko do nawoływania do bicia. Z Koœciukiem sprawa jest bardziej skomplikowana. Co prawda jest oskarżony o bicie łokciem w brzuch, ale akt oskarżenia opiera się głównie na starych zeznaniach Cezarego F., więc udowodnienie winy będzie poszlakowe, F. bowiem nie rozpoznał Koœciuka jako jednego z bijšcych. Jego identyfikację umożliwił fakt, że był tym funkcjonariuszem, któremu Przemyk próbował wyrwać pałkę. Prowadzšcy œledztwo prokurator Błażej Sobierajski stwierdził, że oprócz Koœciuka chłopca biło dwóch innych milicjantów. Którzy? Tego nie udało się ustalić, bo zomowcy i milicjanci na ten temat milczš.

Rozpoczynajšcy się w 1993 roku drugi proces w sprawie zabójstwa Grzegorza Przemyka to jedno z najważniejszych postępowań rozliczeniowych ostatnich dekad komunizmu. Tak samo ważny jak proces Ciastonia i Płatka, generałów MSW zamieszanych w morderstwo księdza Popiełuszki, plutonu specjalnego MO odpowiedzialnego za œmierć dziewięciu górników w kopalni Wujek oraz zomowców z Lubina strzelajšcych do manifestantów jak do kaczek.

Sprawa toczy się w tej samej sali 252 warszawskiego sšdu, w której dziewięć lat temu sšd uniewinnił milicjantów. Od pierwszego dnia w sali rozpraw sš kamery telewizyjne, mikrofony radiowe, dziennikarze prasowi relacjonujšcy każdy dzień, opisujšcy szczegółowo zeznania œwiadków, zachowania oskarżonych. Otłowski, Koœciuk i Denkiewicz stajš się głównymi bohaterami przekazów prasowych. Ich zdjęcia można niemal codziennie oglšdać w prasie, jak siedzš na ławie oskarżonych: Otłowski sztywno, nie okazujšc emocji, Koœciuk spięty, a Denkiewicz wsłuchany w zeznania œwiadków, jakby to chodziło o kogoœ innego. Protestujš przeciw temu ich adwokaci, zauważajšc, że permanentnie łamane jest prawo oskarżonych do ochrony wizerunku.

Już od pierwszego dnia procesu czuć, że ława oskarżonych jest zbyt krótka. Że brak tam kilku osób z kierownictwa państwa i partii, że decyzje o fałszowaniu dowodów nie mogły zapadać na poziomie pułkownika Kazimierza Otłowskiego. Z akt œledztwa wynika niezbicie, że o wszystkim wiedział szef MSW generał Kiszczak, wiele działań sam inspirował lub je akceptował. Domagał się aresztu dla sanitariuszy, wzywał na odprawy szefów milicji, referował sprawę na posiedzeniu rzšdu. Obcišżajš go też zeznania jego bliskiego współpracownika, pułkownika Romualda Zajkowskiego, który opowiadał œledczym, jak próbował przekonać Kiszczaka do postawienia przed sšdem zwyrodnialców z milicji, ale minister zdecydował inaczej i bronił ich do końca.

(..) Dlaczego Kiszczak nie zasiadł na ławie oskarżonych?

– Analizowaliœmy to pod względem prawnym – mówi prokurator Aleksander Herzog. – Kiszczaka można było jedynie œcigać za utrudnianie œledztwa, ale po pięciu latach powód uległ przedawnieniu.

Wyrok zostaje ogłoszony 4 kwietnia 1997 roku, siedem lat po wszczęciu œledztwa. Kazimierz Otłowski dostaje półtora roku więzienia za próbę zniszczenia milicyjnych akt Przemyka, Arkadiusz Denkiewicz – dwa za podżeganie do bicia, a Ireneusz Koœciuk zostaje uniewinniony. Po ogłoszeniu wyroku zachowuje się tak, jakby nie wierzył w to, co przed chwilš usłyszał. Na kamiennej twarzy trudno mu powstrzymać uœmiech.

Przewodniczšca składu orzekajšcego Barbara Sierpińska w ustnym uzasadnieniu wyroku przyznaje się do porażki. Nie była w stanie wskazać osoby, która zadała œmiertelny cios maturzyœcie, choć z całš pewnoœciš stało się to w komisariacie przy Jezuickiej. Kto bił Przemyka? Tego sšd nie ustalił.

– Wszystkie wštpliwoœci muszš przemawiać na korzyœć oskarżonego Koœciuka – tłumaczy sędzia Sierpińska.

– Tak jest, gdy zbyt póŸno próbuje się wymierzyć sprawiedliwoœć – mówi Herzog. – W tym przypadku było jeszcze gorzej, bo panowała zmowa milczenia. Bez jej przełamania trudno było tę sprawę wyjaœnić, a milicjanci nie mieli interesu mówić prawdy. Prokuratura nie ustępuje, składa kolejne apelacje, które niczego nie zmieniajš. Kolejne sšdy uniewinniajš Koœciuka.

W styczniu 2001 roku Sšd Apelacyjny w Warszawie uznaje, że sprawa Koœciuka się przedawniła, więc nawet nie bada merytorycznych zarzutów wobec zomowca. Sšd Najwyższy uchyla ten wyrok we wrzeœniu 2001 roku i sprawa znów trafia na wokandę.

W 2008 roku Koœciuk zostaje uznany za winnego pobicia Przemyka i skazany na osiem lat więzienia. (Z powodu amnestii wyrok jest złagodzony o połowę). Do więzienia jednak nie trafia, bo obrońca zomowca podnosi w apelacji znów kwestię przedawnienia.

Ostatecznie sprawa Koœciuka kończy się w lipcu 2010 roku. Dwadzieœcia siedem lat po pobiciu Grzegorza Przemyka Sšd Najwyższy umarza definitywnie jego sprawę.

– Matactwa z czasów komunistycznych okazały się skuteczne – powiedziała w ostatnim słowie sędzia Małgorzata Gierszon.

Fragment ksišżki Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było œladów. Sprawa Grzegorza Przemyka", która ukazała się właœnie nakładem Wydawnictwa Czarne. Autor jest dziennikarzem obecnie zwišzanym z portalem Wirtualne Media. Pracował w „Gazecie Wyborczej", „Przekroju", „Polityce", „Newsweeku" i „Wprost"

Œródtytuły pochodzš od redakcji.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL