Handel

Lidia Kalita: ludzie pragną tego, czego nie ma

Andrzej Kalita
Fotorzepa/Robert
O modzie w Polsce, konkurencji, biznesie, planach i pieniądzach rozmawiamy ze znaną polską projektantką mody Lidią Kalitą i jej mężem Andrzejem Kalitą, prezesem giełdowej firmy Lidia Kalita Designer Shops.

Jak to się stało, że zawodowo jest pani w tym, a nie innym miejscu?

Lidia Kalita: Skończyłam Wydział Projektowania w łódzkiej ASP i od tego czasu konsekwentnie robiąc to co kocham doszłam do tego miejsca, w którym dzisiaj jestem. W 15 lat wraz z siostrą stworzyłam imperium modowe jakim stało się Simple Creative Products, a teraz spełniam się jako projektant i pod własnym nazwiskiem rozwijam nową markę. Zaczynając swoją przygodę jako projektant nie miałam żadnych planów, czy oczekiwań w jaki sposób Simple się rozwinie. Napędzała mnie chęć tworzenia mody, kreowania trendów i coraz większe grono stałych, wiernych klientek.

Andrzej Kalita: Tym różniło się Simple od firmy, którą dziś rodzinnie prowadzimy. LK Designer Shops ma od początku bardzo konkretny biznes plan.

Lepiej się Państwu pracowało wtedy?

AK: Zupełnie inaczej. To był inny rynek. Nie było wtedy centrów handlowych, sieci sklepów, które oferowałyby pełną gamę produktów pasujących do siebie jak klocki lego. Dopiero rodziła się świadomość, czym są kolekcje modowe.

LK: Lata „90" to było prawdziwe modowe Eldorado dla projektanta. Każdy fajny projekt znajdował odbiorców w ciągu kilku godzin. Kobiety były tak głodne trendów, chciały się edukować jak ubierać się modnie i stosownie do okoliczności. Cieszę się, że miałam swój żywy udział w tej edukacji. Dzisiaj klientki znają rodzaje tkanin, podszewek, potrafią docenić jakość skóry użytej na torby i paski. Orientują się w rozmiarach – nawet to nie było tak oczywiste w latach 90tych. Przede wszystkim wszystkie Panie chciały się upodobnić do swoich zagranicznych koleżanek z korporacji poczytując to za szczyt gustu i elegancji. Zero indywidualizmu i pełna unifikacja.

Proszę mnie poprawić, ale dziś mamy chyba do czynienia z odwrotnym trendem?

LK: Właśnie miałam to powiedzieć.

AK: Tak i my wypełniamy tę niszę i mierzymy się z tym nowym zapotrzebowaniem. Nasza firma, to firma projektancka odpowiadająca na bardziej indywidualne i oryginalne zapotrzebowanie klientek. Dlatego nie możemy być w każdym mieście, raczej w tych dużych, gdzie kobiety są bardziej zorientowane modowo. Nasz aktualny plan zakłada otwarcie 24 sklepów. Dziś jest już ich 12. Jesteśmy więc na półmetku.

LK: Moda opowiada nowe historie co sezon. Karmi się nieustającą zmianą. To co jest modne w jednym sezonie, zostanie zapomniane w następnym. Moda żyje szybko i szybko umiera. Ludzie zaś pragną tego, czego nie ma. Tak jak kiedyś, gdy nie było w Polsce firm sieciowych, wszyscy marzyliśmy o sklepach wielkopowierzchniowych , gdzie „kąpać się" można było w nieskończonym morzu ubrań. Kiedy pojawiły się centra handlowe: ZARA, H&M... skończyło się pragnienie rzeczy podstawowych, ogólnodostępnych. Zaczęło się szukanie projektów, które są niepowtarzalne.

Czy ta konkurencja ze strony młodych ludzi, małych firm butikowych jest dziś duża?

LK: Obserwujemy z ciekawością i życzliwością to co robią, bo sami kiedyś zaczynaliśmy... Ale nie czujemy oddechu konkurencji na plecach.

Kiedy dokładnie powstał koncept Lidia Kalita Designer Shops?

LK: Po tym jak rozstałam się z Simple zrodził się pomysł na firmę sygnowaną moim nazwiskiem. Bardziej projektancką, bo tworzę w tej chwili rzeczy dużo bardziej awangardowe, dużo więcej rzeczy wieczorowych niż w Simple. To kierunek, który mnie samą – bardzo przyjemnie – zaskoczył. Od projektanta klientki oczekują rzeczy bardziej indywidualnych. To dla projektanta raj, bo może puścić wodze fantazji.

Sąsiadujecie z Simple w tym samym podwórku. Nie przeszkadzacie sobie? A może współpracujecie?

LK: Zupełnie sobie nie przeszkadzamy. Mówimy sobie codziennie dzień dobry. Może z czasem będziemy współpracować. Rozmawialiśmy o tym, że być może będą dla nas produkować serię toreb. Na razie robią to dla nas inne trzy firmy.

Nie żałuje pani sprzedaży Simple?

LK: Nie... to była mądra i przemyślana decyzja. Poza tym... mam taki charakter, że nigdy nie żałuję tego co już się zdarzyło. Patrzę wyłącznie do przodu.

AK: Poza tym mamy tyle pracy, że nie ma czasu zastanawiać się nad przeszłością. Prowadzenie takiej firmy jest bardzo czasochłonne i ciągle pojawiają się nowe ciekawe projekty i możliwości.

LK: Myślimy o wyjściu z naszymi kolekcjami za granicę. Bliski jest mi sposób myślenia o modzie na rynku brytyjskim. Ale za wcześnie o tym mówić. Na razie nie możemy angażować się w stu procentach w ten projekt, bo przed nami duże wydarzenie marketingowe: własny pokaz mody na 1000 osób, który odbędzie się w październiku, w nietypowym, skomplikowanym logistycznie miejscu. To pierwsza taka możliwość zaprezentowania się na dużym – 60 metrowym wybiegu w niezwykłej scenografii, która jedzie do nas aż z Moskwy! To duża odpowiedzialność – mamy wielu sponsorów, którzy uwierzyli, że to może być wyjątkowa impreza – nie chcemy ich zawieść.

To będzie pokaz kolekcji jesień-zima?

LK: Nie pracuję w takim trybie, ponieważ Internet zmienił rynek mody, powszechny stał się tryb zakupów „SEE NOW – BUY NOW". Kobiety są głodne trendów, nie chcą czekać pół roku na sukienkę, która im się podoba. Ja też jestem taką osobą. Ciągle kocham tworzenie. Dlatego zaczęłam przygotowywać krótkie kolekcje kapsułowe, liczące 20 – 30 elementów dla konkretnej grupy docelowej. Zwykle maja swoją nazwę: były więc „ADVENTURE", „RESORT" – kolekcja pachnąca latem. Miałam też ochotę na kolekcję biznesową, której dawno nie robiłam – i tak powstał „OFFICE COD – 22".

Dużo państwo zainwestowali w LK Designer Shops?

AK: Nie chcielibyśmy podawać kwot. W tej chwili nasz biznes plan jest na szczęście bezpieczny, ponieważ udało nam się osiągnąć próg rentowności. Obroty firmy rosną z roku na rok o 50 procent. Myślę, że mało jest firm, które mogą pochwalić się takim przyrostem.

Udaje się to za sprawą rozbudowy sieci sklepów?

AK: Tak, oraz za sprawą coraz większej rozpoznawalności marki. LK: I przede wszystkim za sprawą świetnych kolekcji, które wymagają mnóstwa pracy mojej i zespołu ludzi, którzy tak jak ja kochają modę.

Ile osób pracuje dziś dla firmy?

AK: Około 35. To się zmienia gdy pojawia się nowy sklep lub gdy pojawiają się dodatkowe zlecenia, czy nowe zadania.

LK: Zawsze mówimy naszym pracownikom, że nie chcemy być korporacją, jesteśmy firmą rodzinną, a ja osobiście wierzę, że stwierdzenie „nie ma ludzi niezastąpionych" jest nieprawdziwe.

Jakie będą wyniki LK Designer Shops w tym roku i w kolejnych latach według państwa?

AK: Nie podajemy prognoz, ale naszą ideą jest aby firma była wielokrotnie więcej warta. Jeszcze ten rok będzie pod znakiem inwestycji, ale przyszły powinien być dla inwestorów bardzo atrakcyjny.

A dlaczego?

AK: Chyba nie mogę o tym mówić. Tę informację w pierwszej kolejności dostaną akcjonariusze.

Podaliście państwo komunikaty, z których wynika, że sprzedaliście część akcji funduszowi private equity Piotr Żółkiewicza.

AK: Nawiązaliśmy współpracę z inwestorem, który – jak się okazuje – obserwował nas od pewnego czasu i powoli kupował akcje. Teraz postanowił zainwestować w większy pakiet akcji o wartości 700 tysięcy złotych.

Dla firmy to chyba niewiele oznacza, bo pieniądze trafiają do państwa...?

AK: Nie... Cały kapitał uzyskany ze sprzedaży akcji został przekazany do spółki. W ten sposób łatwiej będzie realizować plany i stajemy się bardziej wiarygodni w oczach innych inwestorów. To ważne, ponieważ planujemy kolejną emisję – ta wiarygodność będzie bardzo istotna.

Emisja będzie miała miejsce jeszcze w tym roku?

AK: Najprawdopodobniej tak. Czekamy na wyniki trzeciego kwartału, aby pokazać je inwestorom.

Jaką część spółki jesteście państwo gotowi oddać inwestorom?

AK: Nie większość. Nie chcielibyśmy dopuścić do sytuacji, w której nasz pakiet byłby na tyle mały, że groziłoby nam wrogie przejęcie. To spółka prywatna i nie chcemy jej oddać.

Ile pieniędzy firma potrzebuje na rozwój?

AK: Dziś już nie tak dużo: około 2 mln złotych, aby płynnie realizować plany rozwoju.

Jaki będzie cel emisji?

AK: Między innymi spłata niektórych kredytów bankowych.

Na akcjach firmy projektanta można zarobić?

AK: Jesteśmy o tym przekonani. To zakłada nasz biznes plan.

Firma opublikuje oficjalne prognozy?

AK: Przy okazji emisji zapewne tak.

Czy dziś klientami LK Designer Shops są tylko osoby indywidualne?

LK: Tak, ale szukamy tez innych możliwości.

Gosia Baczyńska przygotowała kolekcje dla Rossmanna swojego czasu. Czy o takich projektach pani myśli?

LK: Na pewno będę pilnowała, aby były to rzeczy dużo wyższej jakości niż w przywołanym projekcie. To co podpisuję swoim nazwiskiem musi się charakteryzować odpowiednią jakością. Na pewno będziemy kontrolowali produkcję na każdym etapie. Jesteśmy firmą bardzo propolską, dbamy o to, aby rzeczy były produkowane w kraju. Myślę, że jako projektant od 20 lat w dużym stopniu przyczyniłam się do tego, że kobiety zaczęły postrzegać produkt polski jako produkt wysokiej jakości. Gdy zaczynałam wszystko co polskie kojarzyło się z bublem, brakoróbstwem i odrzutem z eksportu. Walczyłam z tym stereotypem przez wszystkie te lata, udowadniając, że w Polsce można produkować tak jak w Niemczech, czy Anglii, a czasem lepiej. Nie chcę tego zmieniać. Gdybyśmy współpracowali z jakąś siecią to warunkiem byłoby to, że większość produkcji będzie odbywała się w Polsce.

Dziękuję za rozmowę.

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL