Gospodarka

W koreańskiej jedności siła?

Północnokoreański przywódca Kim Dzong Un zabrał swoją żonę Ri Sol Yu na spotkanie z prezydentem Korei Południowej Moon Jae-inem i jego żoną Kim Joong-sook.
Archiwum
Goldman Sachs prognozował kiedyś, że państwa koreańskie po zjednoczeniu w trzy, cztery dekady stałyby się większą gospodarką niż Niemcy. Ale są też powody, by unikać połączenia obu krajów.

– Jeśli Korea Północna podejmie śmiałe działania prowadzące do denuklearyzacji, to USA wspólnie ze swoimi południowokoreańskimi przyjaciółmi będą gotowe, by pracować z Koreą Północną w celu budowania ekonomicznej prosperity – zapewniał na początku maja Mike Pompeo, amerykański sekretarz stanu. Jeśli Kim Dzong Un wybierze ten drugi wariant, zaowocuje to szerokim zbliżeniem gospodarczym między Koreą Północną i Południową. Czy mógłby być to pierwszy krok w stronę zjednoczenia Półwyspu?

Korzyści i koszty reunifikacji

Jak na razie dwa kraje zamieszkane przez ten sam naród dzieli ogromna ekonomiczna, społeczna i mentalna przepaść. PKB na głowę w Korei Płd. (bez uwzględnienia siły nabywczej) sięga, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego, 32 tys. USD. Korea Płd to państwo nie tylko zamożne, ale znajdujące się w światowej awangardzie technologicznej. Tymczasem, według szacunków banku UBS, PKB na głowę w Korei Północnej wynosi zaledwie 648 USD. Północnokoreańskie statystyki gospodarcze są trudno dostępne, a przy tym mało wiarygodne, ale wszyscy eksperci zgadzają się w tym, że komunistyczna Korea to państwo pod wieloma względami zacofane gospodarczo i technologicznie. Jego struktura społeczna zmieniała się co prawda w ostatnich latach, a władze przymykały oczy na rozwijający się drobny, prywatny handel, ale nadal jest to de facto państwo podzielone kastowo (uprzywilejowana nomenklatura i niewolniczy lud). Lata izolacji sprawiły zaś, że nawet używany na Północy język koreański zaczął się różnić od tego z Południa. Próba zjednoczenia obydwu państw koreańskich byłaby więc skokiem na głęboką wodę.

Czy zjednoczenie Korei ma jednak w ogóle sens ekonomiczny? Przykłady Chin i Wietnamu wyraźnie pokazują, że już samo poluzowanie kontroli państwa komunistycznego nad gospodarką (nawet bez wprowadzania demokracji) może prowadzić do boomu gospodarczego. Niektórzy eksperci podejrzewają więc, że gdyby uwolnić przedsiębiorczą energię Koreańczyków z Północy, to przyniosłoby podobne skutki. Np. w 2009 r. analitycy Goldman Sachs pisali, że zjednoczona Korea w ciągu 30–40 lat prześcignęłaby pod względem wielkości PKB Niemcy, Francję i Japonię. Obecnie Korea Południowa znajduje się na 11. miejscu pod względem nominalnego PKB. Uplasowała się między Kanadą a Rosją. Analitycy Brookings Institution w raporcie z zeszłego roku wskazują zaś, że gdyby został zrealizowany scenariusz stopniowego, pokojowego zbliżenia ekonomicznego pomiędzy obiema Koreami, to północnokoreański PKB rósłby w tempie wynoszącym 10–15 proc. rocznie. W 2040 r. gospodarka Korei Północnej byłaby cztery razy większa niż obecnie.

Nie zapominajmy jednak, że zjednoczenie dwóch państw o odmiennych systemach gospodarczych niesie ze sobą również duże koszty. Przykładem na to są Niemcy. Choć w tereny dawnego NRD wpompowano przez ostatnie ćwierć wieku ogromne pieniądze, to nadal mocno odstają pod względem gospodarczym od zachodnich landów Niemiec. O ile zaś w 1989 r. RFN była cztery razy ludniejsza od NRD, o tyle obecnie Republika Korei ma tylko dwa razy więcej ludności niż Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Różnice w poziomie życia ludności są zaś o wiele większe niż w przypadku obu państw niemieckich. Analitycy Eurizon SLJ Asset Management szacują. że Korea Północna wymagałaby pomocy finansowej wartej 2 bln USD w ciągu dziesięciu lat. „Możemy przyjąć dla uproszczenia, że USA, Chiny, Japonia i Korea Południowa podzieliłyby koszty równo po 500 mld USD" – piszą eksperci tej firmy. A co jeśli Chiny, Japonia i USA nie będą chciały się dołożyć do tego interesu? Politycy i biznesowi potentaci z Seulu również mogą uznać, że koszt reunifikacji jest dla nich za duży. Raczej trudno się też spodziewać, by Kim Dzong Un ryzykował utratę władzy, przywilejów, boskiego statusu i pewnie też życia, uruchamiając ryzykowny proces zjednoczeniowy.

Powrót do Kaesong

Zjednoczona Korea to kąsek tak duży, że elity przywódcze z Seulu i Pjongjangu nie byłyby w stanie go połknąć. Mogą za to sięgnąć po mniejszy, ale smaczny kęs – normalizację stosunków.

Dwa lata temu miałem okazję odwiedzić strefę zdemilitaryzowaną pomiędzy oboma państwami koreańskimi. Tym, co szczególnie mocno zapadło mi w pamięć, było istnienie tam stosunkowo nowych, dobrze utrzymanych dróg prowadzących na Północ, które zbudowano z myślą o ruchu... handlowym. Na północ prowadzą kilkupasmowe drogi, od czasu do czasu przegradzane bramkami dla ciężarówek, oraz nowiutka linia kolejowa. To infrastruktura służąca do obsługi strefy przemysłowej Kaesong leżącej na terenie Korei Płn. Ta enklawa kapitalizmu w państwie Kimów została otwarta w 2002 r. w ramach politycznej odwilży między Seulem a Pjongjangiem. Działało tam 250 południowokoreańskich firm, które zbudowały w strefie Kaesong fabryki zatrudniające ponad 50 tys. Koreańczyków z Północy. Inwestowały tam wielkie koncerny, takie jak Hyundai. Miejscowym płacono jakieś 10 proc. tego, co trzeba by płacić robotnikom wykwalifikowanym na Południu, a mimo to dla pracowników z Północy były to doskonałe zarobki. (Przyznawano im też bonusy w ciastkach czekoladowych, które były bardzo popularne w KRLD. Robotnicy odsprzedawali je z ogromnym przebiciem na czarnym rynku). Strefę przemysłową Kaesong zamknięto jednak w 2013 r. po tym, jak zmarł północnokoreański przywódca Kim Dzong Ill, a jego syn i następca Kim Dzong Un zaczął prowadzić prowokacyjną politykę, pozwalającą mu się uwiarygodnić jako silny lider komunistycznego, zmilitaryzowanego reżimu.

Kilkupasmowe drogi prowadzące do strefy Kaesong są puste, podobnie jak linia kolejowa, która miała połączyć Seul z Pjongjangiem. Położona na tej trasie nowoczesna, szklano-marmurowa stacja Dorasan jest już tylko atrakcją turystyczną. Na tablicach informacyjnych wciąż wyświetlane są informacje o pociągach, które kiedyś mają pojechać do północnokoreańskiej stolicy. Na peronie nadal eksponowane są zdjęcia z 2002 r. – ceremonii otwarcia stacji, wydarzenia, w którym uczestniczyli prezydent Korei Płd. Kim Dae-jung i prezydent USA George W. Bush. Wśród przedstawicieli południowokoreańskiego biznesu widać było dwa lata temu nostalgię za czasami Kim Dzong Illa. Uznawali go oni za przewidywalnego przywódcę, z którym można prowadzić normalne interesy. Teraz perspektywa zbliżenia między Pjongjangiem a Seulem i Waszyngtonem musiała wzbudzić u nich nadzieje na powrót „starych, dobrych czasów". I trudno się temu dziwić. Seul leży bowiem w zasięgu konwencjonalnej północnokoreańskiej artylerii. W seulskim metrze, w gablotach czekają w gotowości maski przeciwgazowe. W przypadku wojny nie musiałoby dojść nawet do użycia broni jądrowej przez Koreę Północną, by na Południu straty liczono w tysiącach zabitych i dziesiątkach miliardów dolarów zniszczeń. To scenariusz, który decydenci z Seulu chcą jak najbardziej oddalić.

A co siedzi w głowie Kim Dzong Una? – On chciał jednej rzeczy. By Obama do niego zadzwonił. Powiedział mi to. Powiedział też: nie chcę wojny – gdy amerykański koszykarz Dennis Rodman mówił to w 2012 r. po spotkaniu z Kim Dzong Unem, wielu ludzi się śmiało. Obama oczywiście nie chciał rozmawiać z północnokoreańskim przywódcą. Ale później zmienił się prezydent, a Rodman podarował Kimowi książkę Trumpa „The art of the deal", poświęconą twardym negocjacjom biznesowym.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL