Film

„Baby Driver" - film na lato

UIP
„Baby Driver" ma wszystko, czego potrzeba letniemu hitowi: dobrą muzykę, gwiazdy, pościgi i komiksowe strzelaniny.

Prawdopodobnie tak wyglądałby efekt, gdyby można było scalić „Gorączkę" Michaela Manna z młodzieżowym przebojem „High School Musical". Oczywiście „Baby Driver" nie jest tak dobry jak pierwszy film, ale na szczęście nie jest też tak infantylny jak drugi.

To komiksowa opowieść o nastoletnim kierowcy mafii. O dzieciaku, który irytuje dorosłych tym, że nigdy nie wyciąga słuchawek z uszu, a z oczu nie ściąga przeciwsłonecznych okularów. Komunikuje się monosylabami, a starsi gangsterzy wysyłają go po kawę. Ale są też w „Baby Driverze" brutalne sceny strzelanin, śmierć na autostradzie i zapierające dech realistyczne sekwencje pościgów samochodowych. Mocna sensacja przeplata się z kinem młodzieżowym.

Fabuła jest konwencjonalna. Młody chłopak (w tej roli młodzieżowa gwiazda Ansel Elgort), który zszedł na drogę występku, próbuje spłacić bossowi (Kevin Spacey) dług i porzucić występny fach. Doskonale wszakże wiemy, że mafia nie pozwala nikomu wystąpić ze swoich szeregów, a zwłaszcza najlepszemu kierowcy w mieście.

Dostajemy jednak i wzruszającą opowieść o rodzicach chłopaka, którzy zginęli w wypadku samochodowym. On też jechał z nimi, ale przeżył. Pozostała mu trauma i blizny na twarzy. A także permanentny uraz głowy i szum w uszach, który próbuje zagłuszać muzyką, stąd nieodłączne słuchawki. Pojawia się też piękna kelnerka (Lily James), z którą snuje marzenia, by ruszyć autostradą w głąb Ameryki.

Brzmi to jak film klasy B złożony z samych klisz. Jednak to, co z nią robi reżyser, nadaje całości zupełnie nową jakość. Edgar Wright nakręcił film muzyczny, w którym ani na moment nie przestają brzmieć popularne melodie. Jeśli zapada cisza, to można w ciemno obstawiać, że zaraz zdarzy się coś dramatycznego.

Drugim atutem jest znakomita choreografia i rytm. Wright lubi inscenizować sceny w jednym ujęciu bez cięć i często podąża za bohaterem długimi jazdami kamery, kiedy ten przemierza ulice Nowego Jorku, podskakując, tańcząc i robiąc piruety, jak gdyby był Frankiem Sinatrą albo Patrickiem Swayzem.

Trzecim asem jest wyborny drugi plan aktorski. Kevin Spacey, Jamie Foxx, Jon Bernthal i Jon Hamm stanowią wzorowy zestaw komiksowych śmieszno-strasznych „bad guyów". Nie mogło też zabraknąć muzyków w epizodach. Dłuższe i krótsze momenty mają Flea z Red Hot Chili Peppers, wokalistka Sky Ferreira oraz raperzy Killer Mike i Big Boi.

W Ameryce „Baby Driver" wjechał do kin z piskiem opon. W pierwszym tygodniu zarobił więcej niż jakikolwiek wcześniejszy film Edgara Wrighta. Jego zakręcone komedie („Hot Fuzz – Ostre psy" i „Wysyp żywych trupów") były lubiane w Wlk. Brytanii, ale za oceanem reżyser nie miał szczęścia. Próbował podbić Amerykę adaptacją komiksu „Scott Pilgrim kontra świat" (2010), a zaliczył klapę ku zaskoczeniu zachwyconej filmem krytyki.

„Baby Driver" zaciera tamto kiepskie wspomnienie. Tym bardziej że film o młodym kierowcy kosztował zaledwie 34 miliony dolarów i tyle samo zarobił w amerykańskich kinach już w ciągu pierwszego tygodnia po premierze. Dla porównania piąta część „Transformersów", która równocześnie weszła do kin, kosztowała ponad 200 milionów.

Złośliwcy określiliby „Baby Drivera" mianem „Szybkich i wściekłych" dla gimnazjalistów. Jednak szukanie wad w „Baby Driverze" świadczy o niewielkim zrozumieniu, czym jest wakacyjna rozrywka.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL