Film

89 rocznica urodzin Jana Machulskiego

Jan i Juliusz Machulscy (2005 r.)
Forum
Dwoje ludzi na opustoszałej plaży. Kobieta w średnim wieku i młody, piekielnie przystojny mężczyzna. Oboje tak samo wypaleni, z bagażem doświadczeń wyniesionych z wojny. Samotni, nieufni. W zrealizowanym w 1958 roku przez Tadeusza Konwickiego „Ostatnim dniu lata” kobietę zagrała Irena Laskowska, mężczyzną był Jan Machulski. Właśnie był: naturalny, kryjący jakąś tajemnicę, po cichu walczący z własnymi demonami. Przypominamy tekst archiwalny z 2008 roku.

We Francji Vadim zdążył już zrobić „I Bóg stworzył kobietę”, a Malle „Windą na szafot”, Truffaut kręcił „400 batów”, a Godard „Do utraty tchu”. Ale polskie kino, wykorzystując czas popaździernikowej odwilży, z ogromnym trudem wychodziło poza okowy socrealizmu. Maciek Chełmicki z twarzą Cybulskiego, choć chciał zacząć wszystko od nowa, konał wśród białych prześcieradeł na śmietniku historii. Machulski na pustej plaży nie potrafił wybrać życia. Znikał, a ślady jego stóp prowadziły do niespokojnego morza.

„Popiół i diament” wpisał się w polityczną dysputę, wyszedł w świat, za żelazną kurtynę. „Ostatni dzień lata” zauważyła wtedy tylko garstka intelektualistów. Ten film wyprzedził czas, został doceniony dużo później. A razem z nim dyskretne aktorstwo Jana Machulskiego.

Ale Machulski rolą bezimiennego mężczyzny z plaży nie wypłynął. Polskie kino nie miało dla niego dobrych propozycji. Z różnych filmów, w jakich wystąpił, liczyły się: „Wolne miasto” Różewicza, „Sublokator” Janusza Majewskiego, „Rękopis znaleziony w Saragossie” i „Lalka” Hasa.

Drugie, prawdziwie piękne życie na dużym ekranie dał Janowi Machulskiemu syn. Ci dwaj mężczyźni nigdy nie kryli, że bardzo wiele sobie zawdzięczają.

– Wychowałem się w domu, w którym nierzeczywistość była rzeczywistością. Pewnie dlatego zostałem reżyserem – powiedział mi kiedyś Juliusz Machulski.

– Grałem zwykle wysokich blondynów, mdławych dyrektorów. Julek zaoferował mi wspaniałe, wyraziste role, w każdym filmie zupełnie inną. Znał mnie na wylot, wiedział, że stać mnie na zagranie ich – mówił Jan Machulski.

Juliusz Machulski wyprowadził na wyżyny polską komedię. W wyrafinowanym „Vabanku” Jan Machulski stał się kasiarzem wszech czasów. Przez lata ludzie zwracali się do niego „Kwinto”. Zachwycił finezją gry, niewymuszonym humorem, dystansem, z jakim swego bohatera zagrał. Jego powiedzonka weszły do potocznego języka. Zwłaszcza to „Trzeba było uważać”, rzucone młodemu kasiarzowi, gdy ten spytał, w jaki sposób tak szybko rozbroił zamek w sejfie.

Potem Jan Machulski stworzył mniejsze lub większe, ale zawsze interesujące kreacje w innych filmach syna. Był Kwintkiem w „Kingsajzie”, ojcem chrzestnym chicagowskiej mafii w „Deja vu”, pułkownikiem Markowskim w „Szwadronie”, generałem policji w obu „Kilerach”, starym fałszerzem Hagenem w „Vincim”.

– Trzeba przypatrywać się aktorom, śledzić ich rozwój. Czasem jest tak, że jeśli da się komuś szansę zaistnieć w innym gatunku niż ten, do którego wszyscy go przypisują, to on rozkwita, staje się znakomity, otwiera w sobie pozamykane dotąd szufladki. Współpraca z ojcem ułożyła nam się świetnie. Nie obsadzam go w swoich filmach na siłę. To by się nie sprawdziło. Ojciec jest znakomity. I jeśli będę miał odpowiednią rolę, to ojciec zawsze będzie u mnie grał – powiedział mi kiedyś Juliusz Machulski, a Jan Machulski dodawał:

– Na planie nie ma żadnej taryfy ulgowej. Pracujemy jak zawodowy reżyser z zawodowym aktorem.

Syn pokazał na ekranie nową twarz ojca. Do Jana Machulskiego zaczęli się zgłaszać inni reżyserzy: Władysław Pasikowski, Michał Rosa. Nie odmawiał debiutantom. Przed premierą jest film z jego ostatnią rolą: „Ostatnia akcja” Michała Rogalskiego.

W pamięci milionów widzów pozostanie jednak głównie jako Kwinto – kasiarz, który kochał grać na trąbce. A kinomani zapamiętają go jeszcze jako pięknego chłopca odchodzącego nad ranem w nieznane na pustej plaży.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL