Film

„Sweet Country" Warwicka Thorntona od piątku w kinach

W „Sweet Country” są wszystkie elemeny westernów
Aurora
Antywestern „Sweet Country" Warwicka Thorntona to opowieść o zniewoleniu dawnych mieszkańców Australii. Od piątku w kinach.

Północna Australia, lata 20. XX wieku. Ziemia spalona przez słońce, biali przybysze z Europy, którzy trafili tu z traumatycznymi wspomnieniami I wojny światowej, ale też poczuciem wyższości w stosunku do miejscowej ludności.

Bohater filmu, Sam, jest Aborygenem, który razem z żoną zostaje „wypożyczony" na pobliską farmę przez kaznodzieję, dla którego pracuje. Tam staje w obronie miejscowego, drakońsko traktowanego chłopca. Właściciel posiadłości żąda wydania dziecka. Zaczyna strzelać. Sam zabija go w obronie własnej. I razem z żoną musi uciekać przed zemstą białych. Za zbiegami rusza pościg, skazany na przegraną. To Sam zna pustynne okolice i potrafi się po nich poruszać.

Ale Aborygen sam odda się w ręce „sprawiedliwości". Zdecyduje się wrócić, bo lepszych warunków i pomocy lekarza potrzebuje jego ciężarna żona. W miasteczku czeka go sąd. I nienawiść i pogarda białych kolonizatorów.

Reżyser „Sweet Country" Warwick Thornton urodził się i wyrósł właśnie w północnej Australii. Podobnie jak autor scenariusza David Tranter. – Nasze rodziny miały wiele wspólnego, w dzieciństwie słuchaliśmy podobnych historii – opowiadał. – W latach 20. rodowici Australijczycy nie byli wprawdzie niewolnikami, ale pracowali dla białych przybyszów za darmo albo za jedzenie. Więc ta autentyczna historia, którą opowiadam w filmie, jest częścią mojego dziedzictwa.

W filmie są wszystkie elementy westernów: szerokie połacie pustej ziemi, małe miasteczko, konflikt między osadnikami i rdzennymi mieszkańcami. Jest pościg za uciekinierami. Są wreszcie rewolwery i strzały padające znienacka. Jednocześnie reżyser proponuje western nowoczesny: bez galopady, z wolno ciągnącym się w skwarze czasem, bez ostrego podziału na dobre i złe charaktery.

Warwick Thronton, mający korzenie w indiańskim plemieniu, już wcześniej nakręcił świetny film „Samson i Dalila" o dwojgu aborygeńskich nastolatkach pałętających się i usiłujących przeżyć na ulicach miasta. Teraz znów opowiada o rasizmie. Bardzo niestereotypowo – jako o ideologii głęboko osadzonej w realiach świata, w którym zderzyły się różne systemy wartości, ideologie, kultury, tradycje. Portretuje też zalążki współczesnego społeczeństwa, pyta o tożsamość Australijczyków.

– Uważamy się za młody kraj, którego tradycję buduje XIX-wieczny bandyta Ned Kelly, syn irlandzkiego złodzieja skazanego na banicję do australijskiej karnej kolonii - mówi. – Tymczasem zapominamy, że nasza obecność na tym lądzie sięga zamierzchłych epok. I że my, Aborygeni, mamy prawo tu być.

„Sweet Country" jest filmem skromnym, a jednocześnie na swój sposób fascynującym. Bo wszystko jest prawdziwe. Wypłowiałe od słońca kolory, twarze naturszczyków, autentycznych mieszkańców tych ziem, którzy grają obok Sama Neilla czy Bryana Browna, miasteczko niby senne, a przecież nabrzmiałe od konfliktów.

Na ekranie czuje się obezwładniający żar. Thornton całkowicie zrezygnował też z muzyki, jakby chciał, by widz usłyszał ciszę przerywaną odgłosami ptaków czy świstem wiatru.

Bardzo to ciekawy film. Pełen ciszy i ukrytej poezji, wciągający w swój magiczny rytm, a jednocześnie niosący ostrą diagnozę społeczną.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL