Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Film

Film „W sieci" Kim Ki-duka wchodzi na ekrany kin

Ryoo Seung-bum w roli rybaka Nam Chul-Woo.
Aurora
W autorskim filmie „W sieci" Kim Ki-duk opowiada o człowieku zniszczonym przez dwa walczšce ze sobš koreańskie systemy. Od pištku na ekranach.

Bohater „W sieci" Nam Chul-Woo jest skromnym rybakiem, który mieszka z żonš i małš córkš w Korei Północnej, w biednej chacie nad granicš oddzielajšcš obie Koree. Jednego dnia w jego sieć wplštuje się w silnik. ŁódŸ zaczyna dryfować coraz dalej od brzegu. W końcu Chul-Woo zostaje zatrzymany przez południowokoreańskš policję i oskarżony o szpiegostwo.

Kim Ki-duk pokazuje brutalnoœć politycznej walki. Po obu stronach. Tu nie liczy się prawda. Nie liczy się człowiek. Ważny jest efekt propagandowy. To zresztš znaczšce, że Kim Ki-duk piętnuje nie tylko stosunki w Korei Północnej. Pokazuje, że również w jego kraju służby bezpieczeństwa sš gotowe zdeptać godnoœć i czyjeœ życie, zapomnieć o sprawiedliwoœci i podstawowych zasadach demokratycznego œwiata.

Człowiek między potęgami

Rybak może wiele zrobić dla swojej rodziny. Nawet odršbać sobie język albo popełnić samobójstwo, żeby żona i córka nie doznały represji ze strony władz północnokoreańskich. Jest sam pomiędzy dwiema potęgami, właœciwie z góry skazany na porażkę. Cokolwiek się stanie, zawsze będzie przegrany.

W Korei Południowej trafia na młodego funkcjonariusza, który wcišż jeszcze ma jakieœ ideały. W gruncie rzeczy to on doprowadza do tego, że Nam Chul-Woo zostanie wysłany z powrotem. Na do widzenia daje mu misia dla córki – nowoczesnego, połyskujšcego œwiatełkami, chodzšcego. W Korei Północnej rybak witany jest jak bohater, który nie ugišł się przed pokusami Południa i wraca do ukochanej ludowej ojczyzny. Tak jest przed kamerami. Poza nimi Chul-Woo raz jeszcze przekonuje się, że w obliczu reżimu człowiek jest tylko nic nie znaczšcš blotkš.

Kim Ki-duk ma 57 lat. Do kina trafił jako bardzo dojrzały człowiek, zaledwie 20 lat temu. Urodził się w małym południowokoreańskim miasteczku Bongwha. Mówi zawsze, że wszystko zawdzięcza matce, która ciężko pracowała, żeby on mógł mieć w miarę pogodne dzieciństwo.

Skończył zaledwie kilka klas szkoły rolniczej, zatrudnił się w fabryce w Seulu, pie?c? lat spe?dził w marynarce wojennej. Ten okres wspomina zresztš jak koszmar. Chciał uciec, myœlał o stanie duchownym. W końcu jednak rzucił wszystko i pojechał w nieznane, do Paryża. Tam uczył się rysunku, a potem odkrył dla siebie ruchome obrazy.

Po powrocie do Korei zaczšł pisać scenariusze, w 1996 roku zadebiutował jako reżyser filmu „Krokodyl", a cztery lata póŸniej jego „Wyspa" trafiła na festiwal w Toronto. Potem Kim Ki-duk poznał smak wielkich sukcesów, zdobywajšc nagrody w Berlinie czy Wenecji i zyskujšc miano mistrza azjatyckiego kina. Ale też zapracował sobie na głębokš depresję, która w 2008 roku wyłšczyła go z życia na kilka lat.

Filmy Kim Ki-duka sš bardzo różne. W „Wyspie", „Czasie" czy „Pustym domu" w niebanalny sposób opowiadał o miłoœci, nienawiœci, podległoœci. Ale nie uciekał też od kina społecznego, jak choćby w głoœnym „Strażniku wybrzeża", gdzie pokazywał wrogoœć panujšcš w relacjach między Koreš Północnš i Południowš, czy nagrodzonej w Wenecji „Samarytance" o nastoletnich prostytutkach z Seulu. A potrafił też – jak w obrazie „Wiosna, lato, jesień, zima... i wiosna" – zadumać się nad odwiecznym rytmem natury i ludzkim losem.

Odnoszšc poważne festiwalowe sukcesy, stał się niemal obywatelem œwiata. Królował na czerwonych dywanach w idealnie skrojonych marynarkach i czapkach z daszkiem, ulubionych przez zachodnich filmowców. Ale, jak sam dziœ mówi, zrozumiał, że to nie był jego œwiat. Gdy przyszło psychiczne załamanie, Kim Ki-duk zaszył się na pustkowiu, w chacie bez wody i ogrzewania. Tam nakręcił „Arirang" – ekshibicjonistyczny, ale piękny i prawdziwy dokument o własnych niemożnoœciach.

Uniwersalne historie

Kiedy znów pojawił się na festiwalu w Wenecji, z „Pietš" – obrazem o matczynej miłoœci, nagrodzonym zresztš Złotym Lwem - był innym człowiekiem. W tradycyjnym chałacie, w sandałach założonych na bose stopy, z długimi włosami zwišzanymi z tyłu w kitkę – podkreœlał swój zwišzek z tradycyjnš kulturš.

Do dzisiaj nie obcišł posiwiałych już włosów, ale pracuje na pełnych obrotach. I jest, jak zawsze, w pełni odpowiedzialny za swoje filmy. Do „W sieci" napisał scenariusz, sam też stanšł na planie za kamerš jako operator i w końcu sam swój film zmontował.

– Zagraniczni dziennikarze często mnie pytajš, dlaczego moje filmy sš bardziej popularne na œwiecie niż w Korei – powiedział mi niedawno w wywiadzie Kim Ki-duk. – Staram się w nich opowiadać historie uniwersalne – o człowieku, jego uczuciach, lękach, tęsknotach. O wyborach, jakich w życiu dokonuje. My, Koreańczycy, mamy wpajane od dzieciństwa bardzo wysokie mniemanie o sobie. Uczy się nas, że jesteœmy lepsi od innych. Ja temu nie ulegam. Sporo podróżujšc, pozbyłem się tego przeœwiadczenia. Każdy naród ma swoje powody do dumy i do wstydu. Marzenia, które w nas drzemiš głęboko, w œrodku, sš zwykle podobne. A ja, robišc filmy, próbuję zajrzeć głębiej.

Reżyser zapytany, co jest dla niego w pracy najważniejsze, odpowiada:

– Prawda. Cenię w sztuce uczciwoœć. Nie chcę się kierować cudzymi gustami, mrugać do publicznoœci i ulegać prawom rynku. Pracujšc, słucham tylko bicia własnego serca.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL