Film „W sieci" Kim Ki-duka wchodzi na ekrany kin

aktualizacja: 19.04.2017, 18:33

W autorskim filmie „W sieci" Kim Ki-duk opowiada o człowieku zniszczonym przez dwa walczące ze sobą koreańskie systemy. Od piątku na ekranach.

REDAKCJA POLECA
03.05.2017
Majówka z polskim kinem: Film "Szczęście świata"
kariera
Jak przekonać szefa do awansu?

Bohater „W sieci" Nam Chul-Woo jest skromnym rybakiem, który mieszka z żoną i małą córką w Korei Północnej, w biednej chacie nad granicą oddzielającą obie Koree. Jednego dnia w jego sieć wplątuje się w silnik. Łódź zaczyna dryfować coraz dalej od brzegu. W końcu Chul-Woo zostaje zatrzymany przez południowokoreańską policję i oskarżony o szpiegostwo.

Kim Ki-duk pokazuje brutalność politycznej walki. Po obu stronach. Tu nie liczy się prawda. Nie liczy się człowiek. Ważny jest efekt propagandowy. To zresztą znaczące, że Kim Ki-duk piętnuje nie tylko stosunki w Korei Północnej. Pokazuje, że również w jego kraju służby bezpieczeństwa są gotowe zdeptać godność i czyjeś życie, zapomnieć o sprawiedliwości i podstawowych zasadach demokratycznego świata.

Człowiek między potęgami

Rybak może wiele zrobić dla swojej rodziny. Nawet odrąbać sobie język albo popełnić samobójstwo, żeby żona i córka nie doznały represji ze strony władz północnokoreańskich. Jest sam pomiędzy dwiema potęgami, właściwie z góry skazany na porażkę. Cokolwiek się stanie, zawsze będzie przegrany.

W Korei Południowej trafia na młodego funkcjonariusza, który wciąż jeszcze ma jakieś ideały. W gruncie rzeczy to on doprowadza do tego, że Nam Chul-Woo zostanie wysłany z powrotem. Na do widzenia daje mu misia dla córki – nowoczesnego, połyskującego światełkami, chodzącego. W Korei Północnej rybak witany jest jak bohater, który nie ugiął się przed pokusami Południa i wraca do ukochanej ludowej ojczyzny. Tak jest przed kamerami. Poza nimi Chul-Woo raz jeszcze przekonuje się, że w obliczu reżimu człowiek jest tylko nic nie znaczącą blotką.

Kim Ki-duk ma 57 lat. Do kina trafił jako bardzo dojrzały człowiek, zaledwie 20 lat temu. Urodził się w małym południowokoreańskim miasteczku Bongwha. Mówi zawsze, że wszystko zawdzięcza matce, która ciężko pracowała, żeby on mógł mieć w miarę pogodne dzieciństwo.

Skończył zaledwie kilka klas szkoły rolniczej, zatrudnił się w fabryce w Seulu, pie?c? lat spe?dził w marynarce wojennej. Ten okres wspomina zresztą jak koszmar. Chciał uciec, myślał o stanie duchownym. W końcu jednak rzucił wszystko i pojechał w nieznane, do Paryża. Tam uczył się rysunku, a potem odkrył dla siebie ruchome obrazy.

Po powrocie do Korei zaczął pisać scenariusze, w 1996 roku zadebiutował jako reżyser filmu „Krokodyl", a cztery lata później jego „Wyspa" trafiła na festiwal w Toronto. Potem Kim Ki-duk poznał smak wielkich sukcesów, zdobywając nagrody w Berlinie czy Wenecji i zyskując miano mistrza azjatyckiego kina. Ale też zapracował sobie na głęboką depresję, która w 2008 roku wyłączyła go z życia na kilka lat.

Filmy Kim Ki-duka są bardzo różne. W „Wyspie", „Czasie" czy „Pustym domu" w niebanalny sposób opowiadał o miłości, nienawiści, podległości. Ale nie uciekał też od kina społecznego, jak choćby w głośnym „Strażniku wybrzeża", gdzie pokazywał wrogość panującą w relacjach między Koreą Północną i Południową, czy nagrodzonej w Wenecji „Samarytance" o nastoletnich prostytutkach z Seulu. A potrafił też – jak w obrazie „Wiosna, lato, jesień, zima... i wiosna" – zadumać się nad odwiecznym rytmem natury i ludzkim losem.

Odnosząc poważne festiwalowe sukcesy, stał się niemal obywatelem świata. Królował na czerwonych dywanach w idealnie skrojonych marynarkach i czapkach z daszkiem, ulubionych przez zachodnich filmowców. Ale, jak sam dziś mówi, zrozumiał, że to nie był jego świat. Gdy przyszło psychiczne załamanie, Kim Ki-duk zaszył się na pustkowiu, w chacie bez wody i ogrzewania. Tam nakręcił „Arirang" – ekshibicjonistyczny, ale piękny i prawdziwy dokument o własnych niemożnościach.

Uniwersalne historie

Kiedy znów pojawił się na festiwalu w Wenecji, z „Pietą" – obrazem o matczynej miłości, nagrodzonym zresztą Złotym Lwem - był innym człowiekiem. W tradycyjnym chałacie, w sandałach założonych na bose stopy, z długimi włosami związanymi z tyłu w kitkę – podkreślał swój związek z tradycyjną kulturą.

Do dzisiaj nie obciął posiwiałych już włosów, ale pracuje na pełnych obrotach. I jest, jak zawsze, w pełni odpowiedzialny za swoje filmy. Do „W sieci" napisał scenariusz, sam też stanął na planie za kamerą jako operator i w końcu sam swój film zmontował.

– Zagraniczni dziennikarze często mnie pytają, dlaczego moje filmy są bardziej popularne na świecie niż w Korei – powiedział mi niedawno w wywiadzie Kim Ki-duk. – Staram się w nich opowiadać historie uniwersalne – o człowieku, jego uczuciach, lękach, tęsknotach. O wyborach, jakich w życiu dokonuje. My, Koreańczycy, mamy wpajane od dzieciństwa bardzo wysokie mniemanie o sobie. Uczy się nas, że jesteśmy lepsi od innych. Ja temu nie ulegam. Sporo podróżując, pozbyłem się tego przeświadczenia. Każdy naród ma swoje powody do dumy i do wstydu. Marzenia, które w nas drzemią głęboko, w środku, są zwykle podobne. A ja, robiąc filmy, próbuję zajrzeć głębiej.

Reżyser zapytany, co jest dla niego w pracy najważniejsze, odpowiada:

– Prawda. Cenię w sztuce uczciwość. Nie chcę się kierować cudzymi gustami, mrugać do publiczności i ulegać prawom rynku. Pracując, słucham tylko bicia własnego serca.

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE