Film

"Porto": Historia kochanków, nad którą unosi się duch Jima Jarmuscha

Lucie Lucas (Mati) i Anton Yelchin (Jake).
Madness
"Porto" Gabe Klingera to film eksperyment. Opowiada o chwilach, którym nie pozwalamy zmienić naszego życia. Od piątku na naszych ekranach.

Trzy nazwiska kinomanom powiedzą o tym filmie bardzo dużo.

 

Jim Jarmusch – producent wykonawczy. Gabe Klinger – znany krytyk filmowy i reżyser dokumentalista, zdobywca weneckiego Lwa za dokument „Outsiderzy: James Benning i Richard Linklater". I wreszcie Anton Yelchin, aktor, który zagrał m.in. w filmie Jarmuscha „Tylko kochankowie przeżyją".

Rola w „Porto" jest jedną z jego ostatnich: Yelchin w wieku 27 lat zginął w Los Angeles, w czerwcu 2016 roku, pod kołami samochodu, który stoczył się z podjazdu przed jego domem.

„Porto" to film-eksperyment. Opowieść o przypadkowym spotkaniu dwojga ludzi. Los łączy ich w tytułowym portugalskim mieście, gdzie oboje są obcy. Jake jest Amerykaninem, który nie poddał się wyścigowi szczurów i wyrzucony z domu przez bogatych rodziców, podróżuje po Europie, żyjąc z dnia na dzień.

Mati jest Francuzką, studentką archeologii, zakochaną w swoim profesorze. Widzą się pierwszy raz na terenie wykopalisk, potem trafiają na siebie w kawiarni, spędzają razem namiętną noc. Ale Gabe Klinger nie jest zainteresowany zrobieniem komedii romantycznej. Jego „Porto" jest wariacją na temat chwili, która pozostaje w ludziach na zawsze. Życie może potoczyć się dalej, ale wspomnienie ma dużą siłę.

Reżyser nie opowiada tego filmu chronologicznie. Miesza czasy – wspomnienie tamtego jednego dnia miksuje ze scenami, które mają miejsce wiele lat później. Mati ma syna, jej związek z profesorem rozpadł się. Ale gdzieś z tyłu głowy stale w niej jest tamten jeden wieczór i jedna namiętna noc spędzona z nieznajomym.

Klinger i jego operator Wyatt Garfield serwują widzowi obrazy nakręcone na taśmie 35 mm, 16 mm, Super8. Każdy z tych obrazów ma inną głębię, inną przestrzeń. W ten sposób twórcy dotykają różnych strun, poruszają się w zakamarkach pamięci bohaterów.

I nie przez przypadek nad wszystkim czuwa Jim Jarmusch. W „Porto" jest coś z nastroju jego filmów. Przypadkowe spotkanie, rozmowa przy kawie, zwyczajność. I wielka samotność, która – paradoksalnie – może ludzi połączyć. Choćby na moment.

„Porto" jest filmem nie do końca spełnionym. Nie ma tu chyba materiału na długi metraż, a Klinger i jego ekipa liczą na widza bardzo wyrobionego i skłonnego za zaakceptowania w kinie eksperymentu. Z pewnością nie znajdą tu niczego dla siebie amatorzy kina akcji. Ale przecież kino musi poszukiwać nowych środków wyrazu. I czasem może stać się esejem, próbą zagłębienia się w ludzką pamięć, naszą podświadomość.

W końcu każdy z nas nosi w sobie wspomnienie ludzi, których nie zaprosił do swojego życia na dłużej, chwil, które nieoczekiwanie uleciały. I pytania, co by było, gdybyśmy pozwolili im trwać, gdyby stały się codziennością. Czy nie zatraciłyby czaru? Czy miałyby taką moc? A może lepiej, że zostały tylko niepokojącym marzeniem?

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL