Film

Sally Potter: Wolny duch musi przetrwać w kinie

Kristin Scott Thomas jako gospodyni organizująca „Party”. Film od piątku w kinach
Aurora Films
Znakomita brytyjska reżyserka Sally Potter mówi Barbarze Hollender o nowym filmie „Party", o sztuce, polityce i brexicie.

Rz: Po premierze filmu na festiwalu w Berlinie powiedziała pani, że „Party" to portret pękniętej Anglii.

Sally potter: Tak, mój film jest opowieścią o siedmiu osobach, które zbierają się, by uczcić nominację gospodyni na ministra brytyjskiego rządu. Ale rzeczywiście staram się nakreślić stan ducha społeczeństwa. Coraz bardziej zagubionego.

Każdy z pani bohaterów kryje jakąś tajemnicę.

Już w czasie pisania scenariusza próbowałam stworzyć postacie, które nie będą jednoznaczne. W „Party" nie ma ludzi dobrych lub złych. Wszyscy są wielowarstwowi. Próbuję podejrzeć, jak reagują na sytuację kryzysową, gdy nagle ich mozolnie budowany świat wali się i zdają sobie sprawę, że oni też są kimś innym, niż sami myślą.

„Party" ma bardzo wyraźny podtekst polityczny.

Scenariusz zaczęłam pisać przed ostatnimi wyborami w Wielkiej Brytanii. Nikt z polityków nie dbał, jaka jest prawda, wszyscy próbowali wyczuć, jakiej „prawdy" oczekuje społeczeństwo. Dzisiaj wszystko się pogłębiło. Żyjemy wśród pozorów. I mój film stał się jeszcze bardziej aktualny. Zwłaszcza po decyzji o brexicie.

Wyniki referendum zostały ogłoszone w czasie, gdy pracowała pani z aktorami na planie. Jak pani ten dzień zapamiętała?

Wstrząs. Po prostu trauma. Mieliśmy bardzo międzynarodową ekipę. Zdjęcia robił rosyjski operator, za dźwięk odpowiadali Francuzi, za kostiumy – Argentyńczyk mieszkający w Paryżu. Miałam też włoskiego asystenta, kilku znakomitych brytyjskich aktorów, ale i Amerykanów. Wszyscy byliśmy tak samo przerażeni. Niektórzy wręcz płakali. Nikt nie wierzył, że to się stało: że Wielka Brytania chce wyjść z europejskiego sojuszu.

Nie próbowała pani zmienić scenariusza?

Nie. Ale myślę, że coś i tak się zmieniło. Pojawiły się inne podteksty, aktorzy grali bardziej zdecydowanie i wyraziście. Jakbyśmy chcieli powiedzieć: „Tak, ci porozbijani ludzie to Anglia". Podejrzewam też, że inaczej reagują na nasz film brytyjscy widzowie. Bo dzisiaj jesteśmy w trudnej z punktu widzenia państwa, ekstremalnej sytuacji. Musimy rozwiązać wiele problemów. Dlatego potrzebujemy odpowiedzieć sobie na pytanie: „Jacy jesteśmy?". W końcu to, co zdarza się w świecie, nie bierze się znikąd. Brexit też.

Ale jednocześnie jest w „Party" dużo humoru.

To wspaniałe uczucie, kiedy człowiek słyszy, jak ludzie śmieją się na jego filmie. Śmiech odświeża, uwalnia emocje. Ja sama uwielbiam zabawne filmy, zwłaszcza takie, które komedię łączą z dramatem i głębszą refleksją. Jak u Chaplina. Choć faktem jest, że kiedy reżyserujesz, naprawdę nie wiesz, jak widzowie zareagują. Mnie się na przykład wydawało, że „Orlando" jest komedią, a widzowie się w kinach na nim nie śmiali.

Śmiech odświeża, ale jest jak wentyl. Walka polityczna toczy się gdzie indziej.

Tak pani myśli? Bo ja sama już nie wiem. Milion ludzi wzięło udział w pochodzie przeciwko inwazji w Iraku. Sama w nim szłam. I co? Kiedyś stale biegałam na różne marsze i manifestacje. A dzisiaj widzę, jak niewiele zdziałaliśmy. Jedyną sferą, w której udało się coś osiągnąć, jest feminizm. Tu naprawdę wiele się zmieniło. Ale poza tym czuję niedosyt i rozczarowanie kierunkiem, w jakim poszedł świat. Dlatego wolę skupić się na sztuce.

Jednak rzadko staje pani za kamerą. „Party" to dopiero pani ósmy film.

Jeśli ekranizuje się cudze teksty, można robić filmy częściej. Mnie napisanie scenariusza zajmuje przynajmniej rok. Zbieranie finansów to kolejny rok. Casting – kilka miesięcy. Potem bardzo długo pracuję z aktorami. Zdjęcia trwają dwa, trzy tygodnie. A jeszcze trzeba doliczyć sześć miesięcy montażu, trzy –pracy nad PR-em. Cały proces zabiera kilka lat.

Aktorzy są wielką siłą pani filmów. W „Party" udało się pani zgromadzić znakomity zespół. Kristin Scott Thomas, Patricia Clarkson, Bruno Ganz, Timothy Spall, Cillian Murphy, Emily Mortimer, Cherry Jones. I nikt z tego angielsko-amerykańsko-niemieckiego teamu nie chce grać pierwszych skrzypiec.

To właśnie efekt przygotowań. Kiedy zjawiliśmy się na planie, znałam doskonale aktorów, a oni znali doskonale mnie i swoją rolę. Reszta była niespodzianką, bo nastąpiło zderzenie osobowości. Ale moje gwiazdy były gotowe podjąć ryzyko, gdyż czuły się bezpiecznie. Wiedziały, że traktuję ich pracę z wielkim szacunkiem, że staram się stworzyć wyjątkową atmosferę. Nie było w ekipie plotek, niechęci, zazdrości. Wszyscy graliśmy w jednej drużynie.

Co dalej? Co brexit oznacza dla brytyjskiego kina?

Mój prywatny świat się po brexicie nie zmieni. Wciąż będę piła kawę w mojej ulubionej kawiarence i przechadzała się po Haggerston Park, po okolicy, gdzie mieszają się ludzie różnego pochodzenia, różnych kolorów skóry, różnych kultur. A kino? W nim nieważny jest stempel w paszporcie. Artyści nie budują barier. Zawsze będą się tworzyły międzynarodowe ekipy, zawsze będę myślała, że pracuję nie tylko dla Brytyjczyków, ale dla widzów w różnych miejscach świata, z którymi mogę się podzielić moimi refleksjami i moją wrażliwością. Problem tylko w tym, by z naszego kina nie ulotnił się wolny duch, by nie zapanowały w nim nacjonalizm i ksenofobia. Bo one nigdy do niczego dobrego nie doprowadziły.

Sylwetka

Sally Potter, reżyserka, scenarzystka

Urodziła się w 1949 r. w Londynie. Realizowała filmy dokumentalne i krótkometrażowe, najczęściej eksperymentalne. Zrobiła też osiem fabuł. Sławę przyniósł jej „Orlando" (1992) – ekranizacja powieści Virginii Woolf. Inne jej filmy to m.in. „The Gold Diggers", „Lekcja tanga", „Człowiek, który płakał", „Krzyk mody", „Yes", „Ginger i Rosa". Jej filmy zdobyły w sumie ponad 40 międzynarodowych nagród. Była też kompozytorką i wokalistką, tancerką i choreografką.

71 minut, podczas których może się zawalić życie

Zadbana kobieta w średnim wieku otwiera drzwi domu. Celuje do kogoś, kto stoi w progu. To prolog filmu „Party". Potem cofamy się w czasie niewiele ponad godzinę. Zaczyna się tytułowe przyjęcie, które główna bohaterka, Janet, wydaje z okazji swojej nominacji na ministra zdrowia. W kuchni gospodyni cały czas odbiera miłosne telefony, a jej mąż przy piątce gości ogłasza, że jest śmiertelnie chory. I że dni, które mu pozostały, chce spędzić z inną kobietą. Tak zaczyna się gra, w której każdy ma jakiś sekret i nic nie jest w rzeczywistości takie, jak się wydaje. Dwie lesbijki, z których jedna spodziewa się trojaczków, zdradzany mąż – bankier heroinista, średnio lojalni przyjaciele. Polityka wdzierająca się do codziennego życia. Działaczka partyjna, która mówi: „Czasem trzeba udawać, żeby wygrać". Skompromitowana demokracja i umierający idealizm. Wreszcie wszechogarniające kłamstwo.

Sally Potter zrobiła film najskromniejszy z możliwych: bardzo niewielki budżet, czarno-białe zdjęcia. Jeden dom, salon, łazienka, mały ogródek. I siedmioro rewelacyjnych aktorów: Kristin Scott Thomas, Timothy Spall, Patricia Clarkson, Bruno Ganz, Cillian Murphy, Emily Mortimer, Cherry Jones. 71 minut, bo wszystko dzieje się w czasie rzeczywistym: tyle wystarczy, by zawaliło się życie. „Party" to tragikomiczna, fascynująca, wciągająca opowieść. Przewrotna, inteligentna, zrealizowana z dystansem, a jednocześnie gorzka. —bh

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL